niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział dwunasty. 'Gdzie ty jesteś!?'

Słońce powoli chowało się za horyzontem, rzucając na ziemię rubinową poświatę. Leżałam na kocu i wpatrywałam się w chmury, a w słuchawkach rozbrzmiewała moja ulubiona piosenka. Zamknęłam oczy i oddałam się muzyce w całości. Lekki wiatr owiewał moją skórę. Było cudownie. Byłam beztroska. Zero zmartwień. Przeszłość dała mi spokój choć na chwilę.
Po pewnym czasie mój instynkt zaczął podpowiadać mi, że mogę nie być tu całkowicie sama.
Uchyliłam jedno oko.
Zobaczyłam nad sobą wysokiego blondyna.
- Niall? - podniosłam się do pozycji siedzącej. - Co tu robisz?
Jego obecność tutaj była da mnie niecodzienna.
- Przyszedłem pogadać.
- Um, a o czym?
- Mówiłaś serio, czy skłamałaś, żeby się odczepił i nas wypuścił? - spytał siadając naprzeciwko mnie.
Kłamał?
Uh, a ja uwierzyłam. Jestem głupia, mogłam o tym pomyśleć. Na pewno nie mówił tego dobrowolnie.
- A ty? - postanowiłam odwrócić kota ogonem.
Wywrócił oczami.
- Pytałem na serio. No wiesz, wczoraj. Odpowiesz wreszcie na moje pytanie?
- A ja ci szczerze odpowiedziałam - uciekałam od niego wzrokiem.
- Pokój? - wyciągnął do mnie dłoń.
- Pokój - podałam mu rękę.
Chwilę siedzieliśmy w ciszy. On chyba też nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Jak miło, Niall, dobrze, że wpadłeś!
W myślach walnęłam się ręką w głowę i zaczęłam się drzeć: "facepalm".
- Oh, dzień dobry pani Loud.
Czy ona mnie śledzi, czy co!?
- Jak wakacje?
- W porządku - powiedział.
Spojrzałam mu w oczy, nawet nie wiem dlaczego. Wydały mi się...inne. Smutniejsze?
Nie wiem. Odwrócił wzrok.
- Zostaniesz na obiad? - spytała.
Halo, halo dopiero się pogodziliśmy, nie wszystko naraz, jeszcze mogę zmienić zdanie!
- Nie, dziękuję, ale nie chcę robić problemu - uśmiechnął się słabo.
- Nie robisz. Zostajesz i tyle! - powiedziała i zniknęła za drzwiami domu.
- Yym...?
- Taka jest już moja babcia - westchnęłam.
- Wolę nie wiedzieć, o czym ona myśli.
- I wierz mi, że ja też.
- Ashley, nie chcę robić problemu - zaczął jęczeć.
- A co ja ci mogę na to poradzić?
- Bo ja wiem?
- Było tu nie przychodzić - powiedziałam i nie zdążyłam ugryźć się w język. - Znaczy... nie o to mi chodziło.
- Już idę, tylko powiedz swojej babci, że...
- Obiad gotowy! - babcia zawołała przez okno.
- Chodź - mruknęłam pod nosem i poszłam do domu.

***

Po skończonym obiedzie wyszliśmy na dwór.
Do Nialla zaczął dzwonić telefon.
- Halo?...Mhm...Nie za bardzo, Lou...Jestem u Ashley - spojrzał na mnie kątem oka - ...Lou? Lou jesteś tam? - wywrócił oczami.- Loueh, halo?......Ok...Nie wiem, zobaczy się. Cześć.
- Mamy iść nad jezioro, chłopaki już tam są. Co ty na to? - zwrócił się do mnie.
- Mogę iść, lepsze to niż siedzenie tutaj i odpowiadanie na głupie pytania tej kobiety - skinęłam głową w stronę domu. - Powiem tylko dziadkom, bo potem znów będą wywiady, ugh.

***

Doszliśmy nad jezioro po półgodzinnym marszu. Pamiętam, jak w dzieciństwie odwiedzałam to miejsce.
- Hej, super, że przyszliście! - krzyknął Harry.
- Łap Ley - Lou rzucił mi wędkę.
- Chyba sobie żartujesz, ja nie umiem się tym posługiwać.
- Hm, no to niech Niall cię nauczy. A w ogóle to to są Zayn - wskazał na wysokiego bruneta - i Liam - kiwnął na drugiego. Ten był szatynem, tym samym, którego widziałam kilka dni temu na imprezie. - A to jest Ashley, możecie jej mówić Ley - skierował swój wzrok z powrotem na mnie. - Miłej zabawy z łowieniem ryb - uśmiechnął się i pobiegł do Harrego.
- Cześć - powiedzieli zgodnie Liam i Zayn.
- Cześć - odpowiedziałam im.
- To co, nadal jej nie lubisz, bo wiesz, wygląda zupełnie inaczej - Zayn wymamrotał Niallowi do ucha.
Udałam jednak, że wcale nic nie usłyszałam, ale chętnie walnęłabym mu teraz z liścia. Nawet mimo tego, jak strasznie wyglądał, bo - nie oszukujmy się - był ze dwa razy wyższy ode mnie i wyglądał groźnie.
- Zamknij się, bo się policzymy - wysyczał przez zaciśnięte zęby blondyn.
- Hej, księżniczko, spokojnie - odpowiedział mu mulat i zaczął się śmiać.
- Ja z tobą nie gadam, bo donikąd to nie prowadzi.
Brunet cmoknął w powietrzu, za co dostał od Nialla kopa.
- Ała, za co to było!? - rzucił i zaczął śmiać się dalej.
- Cha, cha, cha, bardzo śmieszne Zayn.
- Dobra już dobra.
Wyłączyłam się i nie słuchałam dalszej rozmowy. Popatrzyłam na przedmiot, trzymany przeze mnie w ręku.
To trochę dziwne. Niall i Harry mają 18 lat. Louis ma 20, pozostała dwójka wygląda na tyle samo, może z rok więcej. Co u licha oni robią? Myślałam, że ryby łowią jacyś starsi panowie na emeryturze, którzy nie mają na co marnować swojego czasu. No cóż, chyba się pomyliłam. I jeszcze jedno pytanie. Co ja robię tu z nimi?
- Masz zamiar tak stać? - z rozmyślań wyrwał mnie jakiś głos.
- Nie umiem łowić ryb.
- Eh, dziewczyny...

***

- I jak już masz wszystko gotowe, to zarzucasz. Poczujesz szarpnięcie i kręcisz tą korbką. Zdejmujesz rybę z haczyka i kładziesz ją tu - pokazał na wiadro wypełnione wodą.
- Ok, powiedzmy, że załapałam.
- Ja teraz muszę zamienić sobie słowo z Zaynem. Albo dwa.

Ok, jak on to mówił?
Nie wiem kiedy jak i co, ale chyba udało mi się zarzucić tą wędkę do wody. Czułam się jak wariatka robiąc to.

- Niall!? Niall, chodź tu! - zaczęłam krzyczeć, kiedy poczułam, że nie dam rady dłużej utrzymać wędki, a zapomniałam, co powinnam teraz zrobić.
Rozejrzałam się wkoło, ae nigdzie nie mogłam go dostrzec. Kilkanaście metrów ode mnie był Louis, ale śmiał się z Liamem i najwyraźniej mnie nie słyszał.
Zachwiałam się.
- Niall słyszysz mnie do cholery!? Gdzie ty jesteś!?
Kilka sekund później moim oczom ukazała się blond czupryna.
- Co chciałaś? - zapytał.
- Nie widzisz, że sobie nie radzę? Pomóż mi!
- Ok, ok - podszedł do mnie. - Puść to - zacisnął palce na moich.
- Nie mam jak, trzymasz moją rękę.
- Bo złapałaś za całą wędkę, będziesz współpracować, czy sama wyciągniesz tą rybę, czy co ty tam złowiłaś, skoro nie możesz tego wyciągnąć.
- Jestem od ciebie jakieś trzy razy lżejsza, oszczędź sobie.
- To puścisz tą wędkę, czy nie?
Cofnęłam się do tyłu i od razu tego pożałowałam.
Za mną nie było już pomostu, więc wpadłam do wody, ciągnąc za sobą Horana, który nadal nie puścił moich palców.
Poczułam, że idę na dno. Nie umiem pływać. Na co mi to było!? Mogłam tu nie przychodzić!
Zaczęłam machać w wodzie rękoma, ale to nic nie dawało. Poczułam, że ramię owija się wkoło mojego pasa i ciągnie mnie do góry, nad wodę.
Powietrze!
- Serio, jesteś trzy razy lżejsza i spowodowałaś, że wpadliśmy tam oboje?
- Zamknij się - fuknęłam.
- Powinnaś dziękować za to, że chociaż jedno z nas umie pływać, a nie się odszczekiwać.
- Jesteś dupkiem. Możesz mnie już wypuścić?
- Złap się mostu i wyjdź z wody.
- Uh, ok.
Wydostałam się i odgarnęłam włosy, które przylepiły mi się do czoła.
Niall usiadł obok mnie.
- Chyba ten wypad na ryby się nie udał.
- 'Chyba'? 'Chyba'?
- Ok, dla ciebie się nie udał, ale złowiłaś rybę... No a wędka z nią poszła gdzieś na dno. Potem ją wyłowię.
- Idę do domu - burknęłam.
- Taka mokra?
- Hej, Ley co się stało!? - przybiegł Louis z Liamem.
- Oh tak, teraz to przyszedłeś?
Lou posłał pytające pytanie Niallowi.
- Mnie nie pytaj - odpowiedział mu Niall i wskoczył do wody.
- Wszystko w porządku? - Liam przy mnie przykucnął.
W sumie miły.
- Nie - nie chciałam brzmieć niemiło, ale po prostu nie umiałam inaczej, zagrali mi na nerwach.
Po chwili Niall znowu pojawił się nad powierzchnią wody.
- Mam ją - wyjął spod wodnej tafli wędkę. - Złowiłaś glana, brawo Ashley, wpadliśmy do wody, bo złowiłaś jebanego glana wypełnionego glonami i wodą - rzucił moją 'zdobycz' na mostek.
- Niall, przestań, nie jedź po niej, ona nie umie łowić ryb i miałeś ją tego nauczyć a nie gadać z Zaynem.
- Pokazałem jej jak się używa wędki, a jak jesteś taki mądry, to mogłeś sam to zrobić Liam - warknął. - Ok, chodź Ashley, mam w plecaku jakąś suchą koszulkę.
Uniosłam w zdziwieniu brwi.
- Idziesz? - obejrzał się przez ramię.
Podniosłam się z mostu i poszłam za nim, niepewnie patrząc na Louisa i Liama.

Blondyn wygrzebał z plecaka granatowy T-shirt i mi go podał.
- Co? - spytał po chwili.
- Odwróć się. Chyba nie myślisz, że się przebiorę, kiedy bezczelnie się na mnie gapisz.
Kiedy się odwrócił zdjęłam swoją koszulkę i przeciągnęłam przez głowę granatowy materiał.
- Już.
- To idziemy złowić jeszcze jakiegoś glana? - zdjął z siebie mokry T-shirt i zaczął się śmiać.
- Teraz idziemy złowić dla mnie nową parę creepersów - uśmiechnęłam się i poszłam przed siebie.

______________________________________________________________
Możecie mnie tam utopić. Nie protestuję. Ten rozdział jest do dupy. Ale i tak go publikuję, bo nie mam żadnego innego pomysłu. Napiszcie co myślicie (ale i tak wiem, że Wam się nie podobał, samo lanie wody).

Pozdro dla Julci i Olci, dzięki za pomysły :)

PRZECZYTAŁEŚ/AŚ = SKOMENTUJ

Ok, tu ma być 12 komentarzy, dopiero dodam rozdział. ;)

ily




piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział jedenasty. 'Nie wypuszczę was stąd'

Od rana leżałam na łóżku i rozmyślałam.
Jestem tu już długo, ale w zasadzie zleciało w mgnieniu oka.
Jest już 18 lipca.
Moja matka od początku mojego wyjazdu zadzwoniła tylko 2 razy - raz, aby mnie opieprzyć, drugi, bo pomyliła numery i zamiast do swojej kosmetyczki zadzwoniła do mnie. 'Przykładowa mamusia'.
Nic od rana nie zjadłam.
Znów powróciły myśli o ojcu.
Ale pozostawałam dziwnie spokojna. Przynajmniej z pozoru.
Nie wiem, do czego jestem zdolna.
Mój telefon zawibrował. Spojrzałam na wyświetlacz. Lou.
Przesunęłam palcem po ekranie.
- Halo?
- Cześć Ash. Słonko, chciałem cię bardzo, ale to bardzo przeprosić. Jest mi tak przykro - jego głos był smutny. - Mam nadzieję, że mi wybaczysz, ale nie zmuszam cię do tego. Oni mogli ci coś zrobić, nigdy bym sobie tego nie wybaczył, nie znamy się długo, ale naprawdę cię lubię. Jesteś tam jeszcze?
- Tak, jestem.
- I co, wybaczysz mi, czy nie?
- Wybaczę Louis. To nie twoja wina.
- A właśnie, że moja. Niall miał rację, powinienem załatwiać swoje sprawy sam.
- Niall nie powinien się tak zachować. Mógł ci coś zrobić.
- I czułbym się lepiej. A tak to mam kilka siniaków. Mógł zrobić mi coś gorszego, przynajmniej wiedziałbym, że dostałem to, co powinienem dostać od tych gości.
- Lou... znasz ich?
- Um, taa. Nie obraź się, ale nie za bardzo chcę o tym mówić.
- Louis, oni chcieli mnie zabić a ty nie chcesz mi powiedzieć kim oni do cholery są!?
- Ashley, to skompliko-
Nie pozwoliłam mu dokończyć tylko wcisnęłam czerwoną słuchawkę i rzuciłam telefon na koniec łóżka.
Nie minęło 10 sekund, a telefon znów zaczął wibrować.
Ugh.
- Co?
- Ashley, przykro mi, nie mogę ci tego powiedzieć. Ale może w zamian za to dasz się do mnie zaprosić?
Nie odpowiadałam.
- Ashley, proszę... Nie chcę się z tobą kłócić. Nie rób ze mnie drugiego Nialla, proszę. Nie chcę się czuć takim dupkiem jak on, chociaż pewnie nim jestem.
- No dobra przyjdę do ciebie.
- Przyjadę. Tak dla bezpieczeństwa.
- Ok - rozłączyłam się.
Nie lubię, kiedy ktoś mówi mi, co mam robić, ale boję się. Więc to lepiej, że przyjedzie.
Poczułam skurcz w żołądku.
Może jednak powinnam coś zjeść? Żeby nie nabawić się znowu tego gówna - anoreksji.
Wyszłam z pokoju.
- Dziecko, siedzisz w ty pokoju cały dzień, powinnaś gdzieś wyjść.
- Louis po mnie zaraz przyjedzie.
- Oh, to dobry pomysł. Wreszcie ktoś wyciągnie cię z twojego wyimaginowanego świata.
- Mój świat, moje życie, moja sprawa - wymruczałam pod nosem i włożyłam do buzi plasterek ogórka.
- Louis jest twoim chłopakiem?
Zaczęłam krztusić się warzywem.
- Co? Nie. On jest... - zdążyłam ugryźć się w język.
Może to, że jest homoseksualny lepiej zachowam dla siebie. Kto wie, co ona by wymyśliła.
- Jest...? - dociekała babcia.
- Jest moim przyjacielem - wybrnęłam.
- Wiesz, to może się zmienić.
- Nie, nie zmieni się, zapewniam cię. I proszę cię, nie próbuj mnie swatać.
- Ja tylko wyrażam swoje zdanie - wzięła kolejny talerz do umycia.
- Mamy jakiś ser? - spytałam.
Babcia podeszła do lodówki i podała mi biały ser w kostce.
- Szybko zgłodniałaś - powiedziała. - To dobrze. Trzeba cię trochę dotuczyć.
- Mhm - mruknęłam i położyłam kawałek sera na bułce, po czym posypałam solą.
Dobrze, że nie wie, że tak naprawdę moje śniadanie dostał jakiś przypadkowy kotek, który zabłąkał się na podwórku rano.
Zjadłam dwie kanapki i poszłam do łazienki uczesać się.
Związałam włosy w kitkę i pociągnęłam rzęsy tuszem.
Wróciłam do pokoju i włożyłam telefon do kieszeni szortów, po czym założyłam na siebie dużą, szarą bluzę.
Usłyszałam dzwonek do drzwi.

- Cześć Ash - cmoknął mnie w policzek. - Chodźmy - uśmiechnął się i złapał moją rękę.
Kiedy mieliśmy wyjść, nagle jakimś magicznym sposobem zza drzwi wychynęła babcia.
Wiem, że obserwowała nas od początku, nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.
- O, dzień dobry - przywitał się Louis.
- Dzień dobry - odpowiedziała i spojrzała na nasze dłonie.
Nie, babciu, nic nawet nie próbuj mówić.
- Dokąd się wybieracie? - wywiad czas zacząć. Ugh.
- Idziemy do mnie - odpowiedział Louis z szerokim uśmiechem na twarzy.
Babcia posłała mi to swoje spojrzenie typu: "Masz 17 lat, uważaj na siebie, nie rób głupstw, nie idź z nim do łóżka'". Żeby ona tylko wiedziała...
- O której wrócisz?
- Nie wiem, zobaczy się.
- Ok, ale wolałabym, żebyś o ósmej była w domu.
- Postaram się, cześć - wyciągnęłam go z domu.
- To było lekko dziwne, nie sądzisz? - Lou zaczął się śmiać.
- Tsa... Moja babcia jest przewrażliwiona, zdecydowanie - dołączyłam do niego, ale zaraz ucichłam.
W świetle słonecznym lepiej było widać jego twarz.
Była pokryta grubą warstwą pudru, ale i tak zauważyłam lekko fioletowe zabarwienie jego skóry.
Potarłam kciukiem jego policzek.
- Louis, przykro mi.
- Zostawmy ten temat, dobrze? - spojrzał na mnie niepewnie, jakby bał się, że zaraz odwrócę się na pięcie i ucieknę do domu.
- Dobrze - szepnęłam i skierowałam się w stronę czarnego auta.

***

- Zaczekaj tu chwilkę, zaraz wracam, przyniosę colę.
Usiadłam na kanapie i zaczęłam rozglądać się po pokoju, którego wcześniej nie widziałam.
- Louis!? - zaczęłam krzyczeć. - Louis, chodź tutaj!
- Co jest!? - speszony chłopak wbiegł do pokoju z otwartą butelką w ręku.
- Masz FIFĘ 2014 i nawet mi o tym nie powiedziałeś!?
- Yyy... - jego mina-bezcenna.
- Nie 'yyy', tylko siadaj tu i odpalamy!
- Interesujesz się tym? Ty czasami naprawdę mnie zaskakujesz!
- Nie gadaj już tyle, tylko tu przynieś tą colę i gramy!

Po 11 rundkach, wygrywałam 7:4.
- Dobra jesteś! Nawet Harry nie potrafi ze mną wygrać! Jak ty tego dokonałaś?
- Tylko 3 punkty przewagi, nie dramatyzuj, Lou.
- Co teraz robimy?
- Nie wiem. Ty coś zaproponuj.
- No to może... gramy w karty?
- Umiem grać tylko w 'go fish', reszta idzie mi słabo.
- No to zagrajmy w 'go fish' - posłał mi jeden ze swoich pięknych uśmiechów.
To się jednak sprawdza:
Przystojny, miły chłopak albo jest:
a) gejem
b) a
c) b
Hmm.

Louis potasował karty, ale zanim zdążył je rozdzielić usłyszeliśmy dzwonek domofonu.
- Zaraz wracam, Ley - powiedział i wyszedł.
Ustaliliśmy, że będzie się do mnie zwracał per 'Ley', bo to brzmi bardziej znośnie niż 'Ashley'.
Czekałam aż wróci i w tym czasie rozdałam karty, trochę przy tym oszukując. I tak się domyśli, że maczałam palce w jego kartach, bo to chyba niemożliwe, by się nie zorientować, kiedy ma się najsłabsze karty.
- Hm, no tak, to wcale nie jest dziwne, powinienem się domyślić, że tu będziesz.
Odwróciłam głowę w stronę, z której dobiegał głos.
Oczywiście, że on, jakżeby inaczej.
- Ja idę - powiedzieliśmy naraz.
Spojrzałam na niego wrogo.
- O nie, nigdzie nie idziecie.
- Co? - spytał oburzony blondyn.
- To co słyszałeś, Niall.
- O nie, ja stąd spadam. Przyszedłem tylko po to, aby przeprosić cię za wczoraj. Teraz idę, narka.
- Nigdzie nie pójdziecie.
- Nie możesz nas tu tak więzić! - krzyknęłam.
- A właśnie, że mogę - uśmiechnął się z przewagą. - I dopóki się nie pogodzicie, nie wypuszczę was stąd - powiedział szatyn.
- No ty se chyba kurwa jaja robisz - warknął Niall.
- O, czyli w czymś jednak się zgadzamy - mruknęłam.

Minęła godzina. Godzina ciszy. Było słychać tylko lekkie uderzenia palców Louisa o szybkę telefonu, kiedy pisał sms-y do Harrego, oraz miarowe tykanie zegara. Niall rozłożył się na podłodze pod ścianą, a ja siedziałam skulona na fotelu. I wtedy Niall poderwał się z podłogi, zrzucając przy tym tam swoją bluzę, po czym usiadł na kanapie naprzeciwko mnie.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
Chłopak zebrał karty i zaczął je tasować. Rozdzielił je pomiędzy nas dwoje.
- Graj ze mną - powiedział.
Nie usłyszałam żadnej zdradzającej nuty w jego głosie, a emocje nie dotknęły jego niebieskich tęczówek.
Louis w jednej tysięcznej sekundy skierował swój wzrok na nas.
Wzięłam ze stolika swoją część kart.
Zagraliśmy kilka razy i za każdym przegrałam. No dobra, raz wygrałam, ale co to jest jeden raz do jakichś dziesięciu?
- Gramy jeszcze raz? - zapytał.
Skinęłam głową.
- Dawaj.

Wygrałam. Uśmiechnęłam się. Naprawdę. Naprawdę się uśmiechnęłam.
Złapał moje spojrzenie. Przypomniała mi się wczorajsza noc. Patrzył na mnie w ten sam sposób.
- Możemy przestać się kłócić? - spytał nagle, przygryzając przy tym wargę.
Nigdy, przenigdy nie spodziewałabym się, że takie pytanie padnie z jego ust.
- Um. My... w zasadzie to... czemu nie...
Dokładnie słyszałam przyspieszony oddech Louisa.
Niall się uśmiechnął.
- Ale niczego nie obiecuję - dopowiedziałam.

_______________________________________________________________________
Cześć kotki. Tak, wiem, coś mi ostatnio nie idzie pisanie. :( Wydaje mi się, że ten rozdział to tragedia.
Proszę, wyraźcie swoją opinię na temat tego rozdziału, abym mogła się do Was dostosować.
Za ewentualne błędy przepraszam. xoxo

czytasz=skomentuj

Turkusowa


piątek, 4 kwietnia 2014

Rozdział dziesiąty. 'Drogi pamiętniku, jego oczy są koloru oceanu.'

- Chcę wrócić do domu - wyszeptałam, kiedy nadal trwaliśmy w uścisku.
- Nie, najpierw muszę załatwić coś z Louisem.
Wzdrygnęłam się i momentalnie wstałam.
Zaczęłam kręcić przecząco głową.
- Nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia - powiedział twardo.

Ludzie patrzyli na nas z ukosa, kiedy tak szliśmy - ja w samej sukience, bez butów (które gdzieś zgubiłam) z lekko czerwonymi ramionami przez ręce Nialla i on cały we krwi. Chciałam niezauważalnie mu się wymknąć i iść do domu, ale zorientował się, złapał mnie za przedramię i pociągnął mnie w kierunku swojego mieszkania, skąd nadal dudniła muzyka.
Niall wwlókł mnie za sobą do domu. Wszyscy skupili swoją uwagę na nas. Wyraźnie się tego nie spodziewali.
- Horan, miałeś wrócić z piwem, nie z laską - odezwał się jakiś głos.
Niall nic sobie z tego nie robiąc przeszedł przez pokój i wyciągnął kabel z gniazdka, odcinając tym muzykę.
- Koniec imprezy.
Wszyscy wydali jęk niezadowolenia, jednak po około 15 minutach było już pusto. Zostało tylko kilku chłopaków.
- Niall, co ty wyprawiasz? - spytał wysoki szatyn o intensywnie brązowych oczach.
- Muszę coś z kimś załatwić. Idźcie chłopaki, ale Lou zostaje.
- Spoko, narka - rzucili i wyszli zostawiając naszą trójkę samotnie.
Bałam się co teraz będzie.
- O co chodzi Ni? - spytał Louis.
Niall nie odpowiedział, tylko złapał go za koszulkę i przyparł do ściany.
- Lou, jesteśmy przyjaciółmi, ale teraz to już kurwa przegiąłeś! Załatwiaj swoje sprawy sam!
- O-o co ci chodzi? - spytał speszony Louis.
- O Jamesa i Hougha!
- Cholera... - zaklął szatyn.
- Louis, to jest dziewczyna, ona sobie nie poradzi, my tak, bo jesteśmy facetami, ale to jest tylko mała, krucha dziewczyna! - przewrócił Louisa.
- Niall, przestań! - wrzasnęłam i do nich podbiegłam.
- Ashley, nie wpierdalaj się teraz! - warknął.
- Zostaw go, to nie jest jego wina - do oczu napłynęły mi łzy.
- Na pewno?! Nie rozwiązał sam swoich spraw, czy do ciebie jeszcze nie dotarło, że oni mogli cię zabić?! - kopnął go w udo.
- Niall, nie rób tego! - krzyknęłam i próbowałam odciągnąć go od niego.
Louis wstał.
- Hej, hej, hej, Niall, ja nie wiedziałem, że oni wiedzą o Ashley... - zrobił unik, kiedy Niall próbował przywalić mu w nos.
- Nie obchodzi mnie to.
- Niall! - złapałam go za nadgarstki i próbowałam sprowokować, aby na mnie spojrzał.
To są chwile, kiedy trzeba bronić swojego. Jeśli nic nie zrobię, to on może go nawet zabić.
- Proszę cię.
- Zamknij się - warknął i wyrwał swoje ręce z mojego uścisku.
Ani razu od początku nie spojrzał na mnie.
Wstrzymałam oddech, kiedy zobaczyłam, jak jego pięść ląduje na twarzy Louisa. Nie mogłam na to patrzeć.
- Niall, do cholery, uspokój się - warknął Louis, ale nadal wydawał się być nieprzejęty tym, że jego policzek jest cały czerwony, a z nosa pociekła mu krew.
Tym razem druga pięść Nialla wylądowała na jego policzku - dla odmiany lewym.
Płakałam coraz mocniej, zaczęłam wręcz dławić się łzami.
Cholera, cholera, cholera.
Co ja mam teraz zrobić?
Jestem za niska, chuda, mała, wątła...
Nie dam rady postawić się facetowi.
- Czy ty możesz przestać dramatyzować?! - tym razem odwrócił swoją uwagę od Louisa i spojrzał na mnie wrogo, zaciskając ręce w pięści. - Co ci do cholery jest, ciągle tylko byś beczała! Jakoś nigdy wcześniej tego nie robiłaś!
Teraz albo nigdy. Raz się żyje.
- Bo nie chciałam wychodzić na słabą. Dawać ci tej satysfakcji. Tyle razy próbowałeś mnie złamać i za każdym razem ci się to kurwa udało! Ale ja nie dałam tego po sobie poznać. To przez ciebie kurwa, ciebie płakałam całymi nocami! Próbowałeś zrobić ze mnie gówno, upokarzałeś mnie, ale znalazłam w sobie jeszcze odrobinę siły, aby nie rozpłakać się przed tobą! Nie dałam się poniżyć. I teraz, gdyby nie ci ludzie i to, że chcesz zrobić Louisowi krzywdę, prawdopodobnie moje policzki byłyby suche!
- Zawsze grałaś i nie musiałaś mi tego wcale mówić! Nie jestem ślepy!
- Chyba jednak jesteś! Jesteś ślepy na ludzkie uczucia! Nie obchodzi cię, czy kogoś zranisz czy nie! Ty po prostu mówisz to co przyjdzie ci na język, nie myśląc o konsekwencjach!
- Życie z myślą o konsekwencjach jest dla niewolników. Ja się na to nie piszę! Ale komu ja to mówię, przecież ty nie wiesz co to 'ryzyko'.
Jego słowa z jednej strony trochę raniły. Ale z drugiej byłam zadowolona, że odwrócił swoją uwagę od Louisa.
A ten biedak tymczasem leżał na podłodze i chyba był nie do końca świadom, co się wkoło niego rozgrywa.
Musiał mocno oberwać od Nialla.
- Doprawdy? Wielu rzeczy o mnie nie wiesz i próbujesz mnie oceniać!
- Bo się do wszystkiego wtrącasz!
- To nie jest powód! Jesteś pieprzonym egoistą!
- Jesteś okropna! Nie prosiłem o powtórkę z rozrywki! Ty umiesz się ze mną tylko kłócić!
- Masz rację! Umiemy się tylko kłócić! Ja wychodzę - obróciłam się na pięcie, ale zostałam zatrzymana przez silne ramię.
- Nigdzie sama nie idziesz!
- Nie mam zamiaru robić czegoś, co ty mi każesz!
- Jesteś chora psychicznie? Dopiero chcieli cię zabić, a ty masz zamiar iść do domu sama!?
- Nie jestem dzieckiem, Horan! Od twojego domu do mojego tylko kilkanaście metrów, ogarnij się!
- Nie! Nie idziesz sama i koniec!
- Zdecyduj się palancie! Zdecyduj się, czy mnie nienawidzisz czy się o mnie troszczysz!
Ok, to zabrzmiało... dziwnie.
Nic nie odpowiedział.
Widziałam jak zaciska zęby, a jego mięśnie się napinają pod materiałem czarnej koszulki.
- Nie pogrywaj sobie ze mną!
- A co, uderzysz mnie?! Ty niczego innego nie umiesz, prawda? Tylko rozwiązywać konflikty przemocą i raniąc słowami!
Spojrzałam w dół.
Gdzie jest Louis!?
Niall powędrował wzrokiem za moim.
- Kurwa gdzie on jest? - wymruczał niezadowolony. - Dobra, znajdę go później. Odprowadzę cię - powiedział cicho, unikając mojego wzroku.
Nie odezwałam się, tylko ruszyłam w stronę drzwi. Poszedł za mną. Nacisnęłam na klamkę i ruszyłam do przodu, jednak o czymś sobie przypomniałam, więc energicznie się obróciłam, przez co wpadłam na blondyna. Spuściłam wzrok i go wyminęłam.
- Dokąd idziesz? - spytał zniecierpliwiony.
- Ubrudziłeś mnie rękoma. Nie chcę, żeby babcia przeprowadzała ze mną wywiad. Gdzie jest łazienka?
- Po schodach i na prawo.
Pobiegłam na górę i zamknęłam się w łazience. Odkręciłam kran i zaczęłam zmywać krew ze swoich ramion. Wspomnienie tego uścisku wywołało we mnie wstrząs obrzydzenia. On jest okropny.
Jak ja się pokażę dziadkom? Mam doły pod (czerwonymi) oczami, potargane włosy i sukienkę rozdartą z jednej strony. Zmyłam z polików zaschły tusz, który dawno spłynął z moimi łzami.
Wytarłam ramiona i twarz ręcznikiem, i powoli opuściłam łazienkę.
- Możemy iść - oznajmiłam, kiedy znalazłam się na dole.

Nie odzywaliśmy się do siebie w drodze do mojego domu. Dobrze, że to tak blisko, w innym wypadku nie zgodziłabym się, żeby mnie odprowadzał. Stanęłam pod drzwiami mojego domu. Patrzył mi w oczy. Zobaczyłam w nich coś nowego. Coś dzikiego. Tylko nie wiem, czy w pozytywnym, czy raczej negatywnym sensie tego słowa. Nadal patrząc mu w oczy przekręciłam klucz w drzwiach. Nie odrywałam wzroku od jego tęczówek, bo było w nich dzisiaj coś hipnotyzującego. To przeszywające spojrzenie... ono... było... całkiem ok. Całkiem przyjemne. Jakby tu i teraz stał przede mną inny Niall. Nie ten, który zawsze mnie ranił. Jakby nasza przeszłość wyglądała inaczej. Lepiej.
Czemu nadal tak stoimy i gapimy się na siebie?
I... co by się wydarzyło teraz, gdyby rzeczy z przeszłości nigdy się nie wydarzyły?
Ashley, stój, nawet byś z nim tu teraz nie stała, gdyby nie było przeszłości.
Chyba.
Zamrugałam kilkakrotnie i nadal nie odrywając oczu od jego uchyliłam drzwi, po czym za nimi zniknęłam.
Uff. To było... bardzo dziwne.

Poszłam do pokoju i spojrzałam na zegarek. Po 12:00. Otworzyłam pamiętnik. Nie napisałam o ludziach, którzy chcieli mnie zabić, o kłótniach, które odbyłam dzisiaj z Niallem. Skupiłam się tylko na jednym.

Drogi pamiętniku,
Jego oczy są koloru oceanu. Chociaż... może to złe określenie. Takie błahe, nudne, oczywiste. Jego oczy są jak... Jak niebo w letni poranek. Jak napój dodawany do drinków. Jak krajobraz w Arktyce. Lub jak niezapominajki. Jeden z kolorów tęczy. Błękitne.

___________________________________________________________________
Cześć misie, jak rozdział? Bo według mnie szału nie ma.
Nie podoba mi się ten rozdział. Ale czekam na Wasze opinie.

Czytasz = skomentuj!

Turkusowa

środa, 26 marca 2014

Rozdział dziewiąty. 'I z wszystkich ludzi na świecie...'

Nie mam pojęcia co ja robię, ale stoję właśnie pod drzwiami Louisa, w sukience i szpilkach.
Tak, SUKIENCE i SZPILKACH.
S Z P I L K A C H.
Oni mają moc przekonywania, naprawdę.
- Wow, Ash, wyglądasz cudownie! - krzyknął Lou.
- To teraz powiecie mi, gdzie będzie ta impreza?
- Zobaczysz jak dojedziemy - powiedział Louis tajemniczo.
- Uh, nie lubię czekać, nie chcesz mi powiedzieć od samego początku, robię się niecierpliwa - zaczęłam marudzić. - Gdzie Harry?
- Już na miejscu.
- Ok.
- Pani przodem - otworzył mi drzwi od strony pasażera.
- Dzięki.

***

- Louis?
- Tak, kochanie?
- Ja nie wysiadam.
- Hej, nie bądź taka, proszę.
- Nie - powiedziałam stanowczo.
- Cieszyłaś się, że cię gdzieś zabiorę, nie psuj tego - prosił.
- Wiesz, równie dobrze mogłabym przyjść sama, ale wiesz, nigdy bym nawet tego nie rozważała. Idę do domu.
- Ashley...
- Nie Lou. Dobrze wiedziałeś, że go nienawidzę i zabierasz mnie do niego na imprezę?! - wrzasnęłam.
Louis nic nie odpowiedział.
- Sorry - szepnęłam.
- ...Pójdź tam ze mną, proszę.
- Lo-
- Ashley... Proszę. Jesteś taka piękna, zależy mi na tym, naprawdę.
Chwilę siedziałam cicho, przetwarzając w głowie różne wątki.
- Dobra. Jeden jedyny raz i nigdy więcej.
- Dziękuję ci, naprawdę, jesteś wielka.

Wzięłam głęboki oddech i weszłam za Louisem do domu Horana. Szykuje się najgorszy wieczór w moim życiu. Życzcie mi powodzenia.

***

Minęły może dwie godziny. Niall chwilami posyłał mi dziwne spojrzenia. Nie spodziewał się mnie tu. Ale nic nie mówił, chyba nie chciał znowu rozzłościć Louisa.
- Jak tam? - Louis oparł się tuż koło o blat.
- Milej byłoby, gdybym została jednak w domu.
- ...Idziemy tańczyć? - wyciągnął ku mnie swoją dłoń.
- Ok.

Przetańczyliśmy kilka piosenek.
- Hej, odbijamy - krzyknęła jakaś złotowłosa dziewczyna i chwyciła za ramię Louisa, po czym przyciągnęła go do siebie.
Dopiero teraz skapnęłam się z kim tańczyła przed chwilą.
Stałam zdezorientowana naprzeciwko Nialla. Zrobiłam krok wstecz i poczułam, że lecę do tyłu. Ciepła ręka oplotła się na moim nadgarstku nie pozwalając mi upaść. Blondyn prychnął pod nosem.
Nigdy więcej nie założę szpilek!
Nie odzywałam się do niego, kiedy pomógł mi zachować równowagę, tylko uparcie patrzyłam w bok. Nie uciekłam, bo to by mu dało satysfakcję i przewagę.
A on natrętnie patrzył na mnie ze swoim kpiącym uśmieszkiem i wypisanym na twarzy zdaniem: "Jestem od ciebie lepszy w każdym calu".
- Ty nie nosisz szpilek - stwierdził.
- Może noszę? - właśnie obrałam sobie za cel utarcie mu nosa.
- Naprawdę? Czyli że często masz randki z podłogą? - zakpił.
- Nie, ja w przeciwieństwie do ciebie nie potrzebuję się dowartościowywać. Znam swoją wartość. Może nie jest wysoka, ale na pewno na lepszym poziomie niż twoja.
- Oh, czyli będziemy się kłócili?
- Czemu nie. Ty zawsze dajesz mi do tego powody.
- Nie, ty zawsze do tego dążysz, co by się nie wydarzyło.
- Słyszałam już od ciebie jaka to jestem beznadziejna. Nie działa to już na mnie.
- Na pewno? Bo ostatnio byłaś bardzo, nawet bardzo krucha - pochylił się nade mną i szepnął do mojego ucha.
Moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Do moich nozdrzy uderzył silny zapach męskich perfum pomieszany z alkoholem. Zakręciło mi się w głowie. Sama jego obecność mąciła mi w głowie i miałam ochotę wrzeszczeć, jakim jest idiotą.
Wzięłam głęboki wdech.
- Czy ty się trzęsiesz? - spytał z przewagą w głosie. - No już, przyznaj, jaka jesteś krucha - jego usta były coraz bliżej mojego ucha.
- Nie - mój głos drżał, ale wiedziałam, że albo teraz będę walczyła, albo pogrążę się na wieki.
Gdzie nagle do cholery podział się Louis, Harry, ktokolwiek?!
- Stawiasz mi się? - odsunął się lekko. - No to zagramy inaczej - wziął z bufetu plastikowy kubek, butelkę wódki i nalał trunku do połowy. Dopełnił pojemnik sokiem i podał mi. - Proszę bardzo. Może procenty trochę ci uświadomią - chciał mnie wyminąć, ale w porę zastąpiłam mu drogę.
- Jesteś dla mnie nikim. Zwykłym śmieciem - fuknęłam. - Nienawidzę cię - wcisnęłam mu kubek z powrotem i ruszyłam do wyjścia.

Ostre powietrze wypełniło moje płuca.
Nie wracam do domu.
Zsunęłam z nóg fioletowe szpilki, bo miałam ich już serdecznie dosyć.
Powędrowałam w kierunku splątanych uliczek, na których nie było latarni, a domy zdawały się być dawno opuszczone i naznaczone zębem czasu.
Błądziłam tak przez kilkadziesiąt minut, może nawet ponad godzinę, kiedy niespodziewanie ktoś zakrył moje usta ręką i pociągnął w tył.
- Nie krzycz, bo cię zabijemy - wychrypiał okropny głos tuż obok mojego ucha.
Przełknęłam ślinę.
Nie panikuj.
Nie panikuj.
Poczułam chłód ostrza na swojej szyi.
- Zapewne nie wiesz, dlaczego się tu znalazłaś.
Spojrzałam na dwójkę mężczyzn.
Bałam się jak nie wiem co.
Ale nie mogłam dać poznać tego po sobie.
Muszę walczyć.
- Otóż, jesteś tu z powodu swojego przyjaciela. Tak, z powodu tego geja!  Już od dawna mamy niewyrównane rachunki. Będziesz naszym pośrednictwem.
O czym ten typ gada?!
- Zemścimy się na nim. A chyba na początek dobrą zemstą będzie, kiedy zobaczy, że jego przyjaciółeczka została skrzywdzona. Ostatnie słowa zanim zrobię ci krzywdę? - lekko odchylił swoją dłoń. - Ale ostrzegam, jeśli krzykniesz, zabiję cię od razu.
- Jakoś mnie to nie obchodzi. Tak byłoby o wiele łatwiej - wyszeptałam.
Byli zdziwieni moją odpowiedzią.
- Ok... - podciągnął trochę moją sukienkę i przystawił mi ostrze do uda. - Skoro chcesz z nami współpracować, to tym lepiej.
Facet, który dotychczas tylko stał, podszedł do mnie i włożył mi coś do ust, abym nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku.
Mężczyzna, który nadal mnie trzymał lekko przejechał ostrzem po mojej nodze, ale jeszcze nie przecinając mojej skóry.
Zacisnęłam oczy.
Sekundy wydawały się wiecznością.
Jeszcze nie zrobił na moim udzie nacięcia, ale wiedziałam, że to wkrótce nastąpi.
Moje oczy nadal były zaciśnięte, kiedy poczułam, że coś jest nie tak.
Uchyliłam jedną powiekę.
Widok, który zastałam totalnie mnie zamurował.
Przed moimi oczyma rozgrywały się niemożliwe sceny.
Horan okładał pięściami faceta, który chciał mnie skrzywdzić, drugiego już nie było - wyraźnie uciekł.
Tak, Niall Horan. Ten Niall Horan, który dopiero co się ze mną kłócił.
Nie wiem co zdziwiło mnie bardziej - to, że ktoś chciał mnie zabić, czy to, że on zjawił się aby mnie uratować.
Facet właśnie dostał kolejny pocisk w twarz i odskoczył na bok.
- To jest dziewczyna, gnoju! - krzyknął blondyn. - Spierdalaj do cholery!
To mogłoby wydawać się dziwne, że taki sobie blondyn z rumieńcami na policzkach potrafi tak się bić i przy okazji nie oberwać ani razu w głowę, a przekleństwa są dla niego jak każde inne słowa. A przekonałam się o tym już 12 lat temu, kiedy się pierwszy raz spotkaliśmy w przedszkolu. Musiałam męczyć się tu z nim calutkie 10 lat. Od małego pokazywał jaki jest "lepszy" od innych. Trzymał się zawsze ze swoją bandą lamusów.
Ale mnie w zasadzie już dzisiaj nic nie zaskoczy.
Ten dzień chyba nie może być już gorszy.
Nadal siedząc na zimnej ziemi przysunęłam się bliżej muru i oparłam o niego. Byłam wykończona.
Po następnych kilku minutach zostałam już sama z Niallem, tego faceta nie było.
Chłopak wytarł zakrwawione ręce o materiał spodni.
Spojrzałam na niego wystraszona.
Co dalej?
Usiadł tuż koło mnie. Zaległa cisza.
- W porządku? - spytał po chwili.
- T...Nie - spuściłam głowę.
Dopiero teraz zobaczyłam na swojej nodze niewielkie zadrapania przez nóż, więc szybko opuściłam grafitowy materiał w dół.
Czułam pod powiekami gromadzące się łzy. Zamknęłam oczy, aby ani jedna nie mogła wypłynąć.
Duże ręce oplotły mnie w talii i posadziły sobie na kolanach.
To co się działo było co najmniej dziwne i niecodzienne.
- Niall... czemu-
- Bo skończyło się piwo, dobra? - uprzedził mnie.
Nie odezwałam się już. Nie dałam rady upilnować łez, więc pozwoliłam im skapywać z moich polików wprost na jego zakrwawioną koszulkę.
Przytulił mnie do siebie, przyciągnęłam go bliżej.
I z wszystkich ludzi na świecie, schowałam się właśnie w jego ramionach.

____________________________________________________________________________
Jak się podoba? Bo mi osobiście bardzo (skromność). Miałam napisać dłuższy, ale uznałam, że to co wydarzy się później napiszę już w 10. rozdziale. Proszę Was, jeśli czytacie, to zostawiajcie komentarze, to motywuje, niektóre osoby pewnie o tym wiedzą.

Turkusowa

poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział ósmy. 'Naprawdę'

- Halo?
- No hej Ash. Mam dla ciebie propo... Czekaj, ja chcę to powiedzieć! Niee, to moja przyjaciółka! - dwa głosy kłóciły się po drugiej stronie słuchawki.
- Chłopaki powiecie mi wreszcie o co chodzi? - zaśmiałam się.
- Chcielibyśmy zabrać cię na imprezę - powiedział Harry.
- Ojej, to miło z waszej strony, ale dziadkowie się na pewno nie zgodzą. Nie po tej akcji...
- A co jakbym ja z nimi pogadał? - zasugerował Louis.
- Eh, no nie wiem...
- Wpadniemy i pogadamy z twoimi dziadkami. Na pewno się zgodzą.
- Jak chcecie.
- Do zobaczenia Piggy.
- Chłopcy... - mruknęłam.
- No co? Wpadniemy jutro. Impreza jest za tydzień.
- Um... w co powinnam się ubrać?
- Pytasz chłopaków o zdanie?
- Pytam dobrze ubranych chłopaków.
- Możesz założyć jakąś sukienkę.
- Nie noszę sukienek... - wymruczałam.
- Ashley...
- Uh, no dobra, dobra. Ale szpilek nie założę.
- Spoko. Tylko przyjdź.
- To już leży w waszych rękach.
- Zrobimy co się da. Na razie.
- Pa.
Rzuciłam telefon na łóżko. Co teraz? Babcia na pewno się nie zgodzi, dziadek może tak, ale ta kobieta jest uparta...
Wyszłam z pokoju.
- Miałyśmy porozmawiać - powiedziała stanowczo babcia, kiedy mnie zauważyła.
- Nie mamy o czym.
Nie chciałam być dla niej niemiła, ale nie miałam też zamiaru wysłuchiwać kolejnego w tym tygodniu kazania z jej strony. Zresztą ludzie zazwyczaj nie interesowali się tym, co się ze mną stanie, więc czemu nagle ich to obchodzi?
- Owszem, mamy. Dopóki jesteś w moim domu, żyjesz na moich zasadach.
- Musimy teraz?
- Tak.
Chwyciłam karton soku pomarańczowego i nalałam go do szklanki.
- Ok. - usiadłam na bufecie.
- Czemu chciałaś się pociąć?
- Bo życie daje mi kopa za każdym razem, kiedy próbuję wyjść na prostą.
- Dlatego? - babcia wydawała się być nieusatysfakcjonowana moją odpowiedzią.
- Tak.
- Nie kłam.
- Zrobię co zechcę.
- Nie. Masz niecałe 17 lat, jeszcze nie decydujesz o dobie, nie jesteś pełnoletnia ani psychicznie, ani fizycznie.
- Um. Ok.
- To powiedz mi prawdę.
- Bo jestem nikim - szepnęłam i poczułam, że do moich oczu napływają łzy.
Poczułam, że babcia mnie przytula. Oparłam czoło na jej ramieniu.
- Nie mów tak.
- Ale to prawda. Sprawiam same kłopoty, nie daję sobie rady w życiu i... i... - mój głos łamał się coraz mocniej - ja... ojciec...on... mnie nie...
- Nie mów tak - uciszyła mnie babcia. - Nie był ciebie wart. Nie myśl o nim. Od początku nie podobał mi się ten mężczyzna. Wiem trochę o ludziach i potrafię stwierdzić, czy są porządni, czy raczej nie.
Na myśl przyszło mi to, co powiedziała o Niallu.
"Miły chłopiec"
Nic o nim nie wiedziała.
"To znowu ty (...) nie mam zamiaru tracić na ciebie swojego czasu"
"To nie jest moja laska, Zayn! Nawet jej nie lubię"
"Czemu ty ciągle musisz taka być?! Taka wszystkiemu przeciwna!?"
"W ogóle to od kiedy ty się przyjaźnisz z ludźmi takimi jak ona?!"
"Bo ona ciągle uważa siebie za królową i w ogóle nie liczy się z niczyimi uczuciami! Jest oschła i nieczuła!"
"Odezwała się miss perfekcji! Może chociaż raz byłabyś z kimś szczera?"
"Zawsze udajesz taką silną, a naprawdę wcale taka nie jesteś! Ty tylko grasz!"
" Zawsze musisz górować, prawda?! Musisz pokazywać, jak bardzo masz innych w dupie!"
On też był przyczyną, przez którą chciałam się skrzywdzić.
- Nie znasz się na ludziach, wierz mi.
- Znam się. Na przykład ty... Jesteś zamknięta w sobie, ale gdzieś w środku siedzi diablica - babcia zaczęła się śmiać.
- Znasz mnie od urodzenia.
- Ale nie widziałyśmy się bardzo dawno. Dwa lata to przepaść, kiedyś widywałyśmy się co dzień i nagle zostałyśmy wyrwane z naszej rutyny i rzucone w dwa różne miejsca. Zmieniłaś się. Zaczęłaś pokazywać rogi bardziej niż kiedyś.
- Ta rozmowa donikąd nie prowadzi.
- Chcę ci tylko powiedzieć, żebyś pamiętała o konsekwencjach.
- Tego jest za dużo babciu.
- Nie wymagam od ciebie dużo.
- Może nie dużo, ale trudnych rzeczy. To się kalkuluje. Myślisz, że chcę skończyć źle? Ja po prostu już nie wytrzymuję.
- Jeszcze kiedyś zaświeci słońce, zobaczysz.
- Mogę iść już do siebie?
- Tak.

Powoli zamknęłam drzwi od swojego pokoju. Życie mnie przerasta. Wyjęłam dziennik.

Walcz.

Moje wpisy od jakiegoś czasu były krótką, ale obszerną myślą.

*kolejny dzień*

Usłyszałam dzwonek do drzwi. Poszłam otworzyć.
- Hej, Ashley! - krzyknęli Lou z Harrym.
- Cześć. Wiecie, nie jestem pewna, czy moi dziadkowie ucieszą się na wasz widok...
- Niech cię o to głowa nie boli. My się już postaramy, aby cię puścili.

***

- Jesteście magikami! Nie przypuściłabym, że tak łatwo się zgodzą.
- No wiesz, ma się ten urok - Harry zatrzepotał rzęsami, na co wybuchnęłam śmiechem.
- Muszę przyznać. Jesteście słodcy. A w ogóle to gdzie jest ta impreza?
- Zobaczysz - powiedział tajemniczo Lou.
- Ok. Ale nadal nie wiem co mam na siebie założyć, bo nie posiadam żadnych sukienek.
- Żadnych?! - krzyknęli naraz.
Pokręciłam przecząco głową.
- No to... to idziemy na zakupy. Bierz potrzebne rzeczy, a my ci pomożemy.
- Spoko.

***

- Woah, Ashley, wyglądasz nieziemsko - powiedział Lou, otwierając szerzej oczy.
- Nie jestem przekonana. To nie mój styl.
- Ale wyglądasz pięknie - skomplementował Harry.
- Dziękuję wam chłopcy, ale chyba jednak założę spodnie.
- Nie chcę ci rządzić, ale ty plus ta sukienka równa się atak serca.
- Yyy... to chyba źle?
- Wręcz przeciwnie.
- Uh, no dobra, wezmę ją.
Wróciłam do przymierzalni i jeszcze raz spojrzałam w lustro. Wygładziłam grafitowy materiał z asymetrycznym zakończeniem. Sukienka była bez ramiączek i miała koronkowe wstawki.
Może wcale nie wyglądam tak źle?

Odeszłam od kasy.
- Ok, co teraz?
- Buty - powiedzieli zgodnie.
- Mogę założyć tramp...
- Chyba żartujesz! Idziemy kupić ci odjazdowe buty!
- Jesteście podli - udałam urażoną minę. - No i wiedzcie, że nie założę szpilek. Nawet za 1000 lat.
- Ale Ash...
- Nie ma mowy - ucięłam.
- To idziemy kupić ci odjechane balerinasy! - krzyknął Harry.
- Co? - zaczęłam się śmiać.
Ja się śmieję. Naprawdę się śmieję. Naprawdę jestem na zakupach z przyjaciółmi. To wszystko jest prawdziwe, niezmyślone, namacalne. Czyli może nie jest tak źle? Może uda mi się wyjść na prostą?...

________________________________________________________________
Tadaaam! Oto kolejny rozdział! Komentujcie, proszę Was, to mnie motywuje. xoxo

Turkusowa




środa, 19 marca 2014

Rozdział siódmy. 'Kod kreskowy'

Będzie łatwo. No już, zrób to. Zrób to, zanim się rozmyślisz. Pokaż, że masz nad tym władzę. Że potrafisz to kontrolować. Że nie jesteś uzależniona od cierpienia, to ty masz wpływ na cierpienie. No już, dalej.  Zrób to szybko i zapomnij o całym źle tego świata. Obejmij kontrolę nad bólem. Ash, no już. To tylko sekunda. To pomaga... podobno. Nie wiem. Jeszcze nigdy się nie odważyłam. Dlatego, że to pozostawia znamię na całe życie. Cała historia zapisana w kilku kreskach. Trochę jak kod kreskowy, tylko że należący do człowieka. I tego się obawiam. Że to będzie mnie prześladowało. Że będzie przypominało. Gdybym tyle nie myślała, moje życie byłoby łatwiejsze. Metal był nadal jedynie minimetry od cienkiej skóry moich nadgarstków. Nie mogłam zmusić się, by dotknąć go do ręki. Trwałam tak kolejne pięć minut aż w końcu wzięłam głęboki wdech, zamknęłam oczy i dotknęłam ostrzem nadgarstka. poczułam ukłucie i miałam przejechać żyletką po nadgarstku, kiedy niespodziewanie ktoś wpadł do łazienki. Prostokąt wypadł mi z rąk na podłogę. Zakryłam usta dłonią. Spojrzałam do góry i moje oczy napotkały intensywne, niebieskie spojrzenie.
- Ashley!? Co ty wyprawiasz, dziecko!? - babcia od razu do mnie doskoczyła, więc schowałam ręce za plecy. - Co miałaś zamiar zrobić!? Jak ty w ogóle mogłaś! Pokaż ręce.
Pokręciłam przecząco głową.
- Pokazuj - babcia odstawiła na bok miskę z praniem; ruszyła w moją stronę.
Następnym razem zamknę się na klucz. O ile będzie następny raz.
- Daj mi te ręce albo natychmiast dzwonię do twojej matki! - zaczęła szarpać mnie za ramiona.
- Nic sobie nie zrobiłam.
Kobiecie udało się uwolnić moją prawą dłoń, ale niewiele jej to dało, bo jestem praworęczna a to mówi samo za siebie.
- Do jasnej cholery, dasz mi tą rękę?
Spojrzałam na podłogę. Żyletka leżała nadal w tym samym miejscu.
- Ashley, co się z tobą dzieje? - babcia wyglądała na roztrzęsioną i widziałam, że nie wiedziała jak ma się zachować.
- Uh, proszę cię, daj mi spokój - jeszcze mocniej przylgnęłam plecami do ściany.
Gdybym pomyślała i zamknęła drzwi albo nie zachciało jej się łazić z praniem akurat teraz wszystko byłoby łatwiejsze.
Babcia schyliła się i chwyciła żyletkę ostrożnie pomiędzy palce.
- Dziadek powinien bardziej uważać, gdzie je kładzie. Wychodź. Już. Zaraz sobie pogadamy - wypchnęła mnie za drzwi łazienki.
Poczłapałam do swojego pokoju. Na nadgarstku miałam tylko płytkie wcięcie z jednej strony. To nawet nie była ranka. Jak zwykle babcia musiała wszystko popsuć. Usiadłam na skraju łóżka. Ok, nie jestem silna. Jestem słaba. Bardzo. Gdybym była silniejsza, już dawno bym to zrobiła. Potarłam wierzchem dłoni oczy. Ona chce ze mną gadać. A ja nie mam zamiaru przechodzić przez piekło. Znów. W mojej głowie zamigał plan. To co, że będę miała przechlapane i będzie chciała tym bardziej ze mną gadać a może nawet dostanę szlaban. Mówi się 'yolo'. Otworzyłam okno i wspięłam się na parapet. Miałam wyskoczyć, ale jeszcze na chwilę wróciłam. Wyrwałam z przypadkowego zeszytu kartkę i nabazgrałam na niej: Nie martwcie się o mnie, wrócę późno, nie szukajcie mnie. Położyłam karteczkę w dość widocznym miejscu i zsunęłam się na trawę. Po cichu przebiegłam do płotu, po czym wspięłam się na bramę od strony pola i znalazłam się poza podwórkiem. Teraz już tylko z górki.

***

Robiło się coraz ciemniej i zimniej. Mogłam o tym pomyśleć. A tak to błąkałam się po centrum miasta w samej bluzie i spranych jeansach. Wiatr przybrał na sile, więc mocniej opatuliłam się bluzą. Zaczęło padać. Zarzuciłam na głowę kaptur i usiadłam na ławce przed galerią sztuki. Było pusto, a moje ubranie stawało się coraz bardziej mokre. Czas przestał mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Siedziałam pochylona, wpatrując się w swoje tenisówki. Po upływie około pół godziny ujrzałam przed sobą buty. Podniosłam wzrok i napotkałam na intensywnie zielone tęczówki. Mężczyzna trzymał między wargami papierosa.
Trochę mnie spłoszył, przyznaję. Czego chce?
Wyjął niedopałek papierosa i wypuścił z ust kłąb białego dymu, po czym rzucił go na ziemię i przydepnął.
- Co ładna dziewczyna robi przemoknięta na ławce, w centrum miasta?
Kiedy nie odpowiedziałam, przysiadł się tuż obok mnie, nawet nie starając się o to, by zachować mimędzy nami stosowną odległość. Odsunęłam się od niego.
- Hej, nie gryzę. Odpowiesz mi?
- Nie.
- Jak chcesz - wygodnie oparł się o ławkę, krzyżując nogi w kostkach.
Zirytował mnie. Uh, naprawdę muszą kręcić się wkoło mnie sami idioci?
- Która część twoich włosów jest naturalnego koloru? Obstawiam, że te - skubnął końcówkę mojego kucyka.
- Pudło.
- Grzywka? Hmm. A jaki masz teraz na sobie kolor bielizny? - posłał mi głupi uśmiech.
- Nie wiesz nawet jak mam na imię i wychodzisz z takimi pytaniami!? - wrzasnęłam energicznie wstając.
- Pewnie jakoś Jessie, Victoria, Chloe albo może Sophie, więc po co mi ta informacja, skoro mogę zadać ci kreatywne pytanie?
- Ja stąd idę - zrobiłam krok do przodu, ale poczułam, jak na moim nadgarstku zaciskają się palce. - Puść mnie!
- Zostań. Posiedzimy tu razem. I tak pada, więc mogę dotrzymać ci towarzystwa.
- Nie potrzebuję niczyjego towarzystwa - fuknęłam i próbowałam mu się wyrwać. - Jesteś jakimś psychopatą? - warknęłam.
- Nie, jestem Harry.
Przestałam się wiercić.
Chwileczkę...
Zdarłam mu z głowy grubą czapkę.
- Hej co robisz? - zaczął się śmiać.
Ale ja już wiedziałam, co robię. Moim oczom ukazały się ciemne kręcone włosy.
- Styles? - spytałam niepewnie.
- Tak, Styles. Znamy się?
- Um... Louis... - nie wiedziałam co powiedzieć dalej.
- Ah, już rozumiem. Ty jesteś Ashley.
- Taa - byłam zaskoczona tym, że Louis mu o mnie powiedział.
- No więc... - wyczułam, że jest zakłopotany.
On nie wie, czy ja wiem, czy nie.
- Um.. Louis... - powtórzył moje zdanie - miałem do niego dzisiaj iść... W zasadzie, to byłem w drodze, ale cię zobaczyłem no i postanowiłem dotrzymać ci towarzystwa. Ale teraz zabieram cię do Lou, nie ma mowy, abyś tu tak mokła! Louis by mnie zabił.
- Nie chcę się narzucać, naprawdę...
- Idziemy i już.

***

Weszłam do mieszkania, w którym byłam już wcześniej.
- Cześć Ash, co ty tu robisz!? I czemu jesteś taka mokra? - posłał mi szeroki uśmiech.
- Cześć, Lou - powiedziałam. - No więc, w zasadzie to nie chciałam przeszkadzać, ale Harry mnie tu zaciągnął.
- Siemka - chłopak stanął obok mnie i wyciągnął do Louisa dłoń, ale ten zamiast ją przyjąć przytulił się mocno do chłopaka.
Widziałam, że Harry zrobił się lekko czerwony.
- Yyy, Louis?
- Ona wie, Hazz - wymruczał Louis w jego włosy.
Odsunął się od niego.
- Idę zrobić herbatę i przynieść wam coś suchego do ubrania, czekajcie tu! - krzyknął i zniknął w pokoju.

____________________________________________________________
Jak rozdział? Jest trochę beznadziejny, według mnie, ale Wam zostawiam ocenę.

*czytasz = skomentuj*

Turkusowa

piątek, 14 marca 2014

Rozdział szósty. 'Nie jestem tak ohydna jak ty'

Drogi pamiętniku,
Idę za chwilę na spotkanie z Louisem. To już drugie, odkąd go poznałam. Jestem tu już 8 dni. I chyba po raz pierwszy w swoim życiu znalazłam przyjaciela. Jednak mam małe obawy. Co jeśli Louis wcale mnie nie lubi i jest środkiem Nialla, aby w jakiś sposób mnie upokorzyć? A może powinnam mu jednak zaufać? Nie wiem. Mam mętlik w głowie. Ale wiem, że nie jestem na to jeszcze gotowa. Potrzebuję czasu. I dowodu, że mnie nie zrani. Lecz czy wystarczającym dowodem nie jest to, iż powiedział mi o swojej orientacji? Co mam o tym wszystkim myśleć? Może powinnam dać mu chociaż odrobinę zaufania?

Zamknęłam pamiętnik i westchnęłam. Podeszłam do lusterka i dodałam mojemu spojrzeniu odrobinę dzikości czarną konturówką. Zarzuciłam na ramię plecak i wyszłam z domu. Miałam iść dziś do Louisa. Trochę się denerwowałam, chociaż w zasadzie nie miałam czym. Szłam do domu Lou co jakiś czas spoglądając na karteczkę, na której narysował mi mapę. Cóż, dawno nie szwendałam się po mieście, zwłaszcza po tym, jak się wyprowadziłam. A dom Lou był w nieco cichszej, bardziej splątanej różnymi dróżkami i tajemniczej części miasta. Wcześniej tu nie byłam za często, przez te 15 lat spędzone w Mullingar. Władały mną lekkie obawy, bo robiło się ciemnawo, a ja... to głupie, ale czułam, jakby ktoś mnie obserwował. Wmawiałam sobie, że to absurd. Znalazłam się pod wyznaczonym blokiem i nacisnęłam okrągły guzik przy nazwisku Tomlinson. Usłyszałam brzęk, więc weszłam do środka.
Louis otworzył mi drzwi i szeroko się uśmiechnął.
- Hej, Ash!
- Cześć.
- Wchodź, zapraszam - przepuścił mnie w drzwiach.
To, co zobaczyłam w środku niemało mnie zdziwiło. Czyżbyśmy byli aż tak podobni? Czy może kupił to mieszkanie już urządzone? Tak też mogło być.
Zaprowadził mnie do pokoju, który (jak sądzę) należał do niego.
- Usiądź - wskazał ręką na kanapę - ja zaraz wracam tylko skoczę po coś do picia i przekąski - wyszedł.
Nie zrobiłam tego, co polecił, tylko podeszłam do niskiej, dębowej komody. Piękna. Jednak nie ona zwróciła moją uwagę. Wzięłam do ręki zgrabną ramkę. W środku było zdjęcie przedstawiające uśmiechniętego chłopaka o ogromnych, zielonych oczach. Jego twarz okalały brązowe loczki. Uśmiechał się, a w jego policzkach były urocze dołeczki.
Nagle Louis powrócił. Odwróciłam się w jego stronę nadal trzymając zdjęcie. Poliki chłopaka nabrały czerwonego koloru. Uśmiechnęłam się do niego.
- To twój chłopak? - wypowiadanie tego słowa było dla mnie dziwne, lekko krępujące, ale na pewno Louis był bardziej zawstydzony.
- Um, tak.
- Jak ma na imię?
- Harry. Harry Styles. Nie jest Irlandczykiem, ale mieszka tu od 15 lat. Przeprowadził się z mamą... A ona dwa lata temu zginęła - to zdanie wyszeptał. - W wypadku samochodowym.
- O Boże... przykro mi...
- Wiesz, on nie ma ojca. Zostawił go i jego mamę gdy był jeszcze malutki. Miał dwa miesiące.
Odstawiłam zdjęcie na swoje miejsce.
- Najsmutniejsze jest to, że zostałem mu już tylko ja.
- ...Ile on ma lat?
- 18.
- Em... Mieszkacie razem?
- Nie, ale on często tu przychodzi.
- Czyli nie przeszkadzam czy coś?
- Nie no jasne że nie - posłał mi uśmiech.
Usiedliśmy przy małym stoliku. Wzięłam do ręki szklankę i upiłam trochę soku.
- Dawno tu jesteś?
- Dwa lata...
- Ze względu na Harrego?
- Tak. Poznaliśmy się kiedyś w Londynie. Studiowałem, on był wtedy w szpitalu u mamy. To w Londynie miała wypadek. No i moja babcia była chora, więc poszedłem do niej w odwiedziny. Chodziłem tam dłuższy czas, ale któregoś dnia go tam spotkałem. Potem kolejny raz. Nie zwracałem na niego zbytniej uwagi, pomyślałem, że ma kogoś chorego i przyszedł w tym samym celu co ja. I ta rutyna się powtarzała, co dzień mijaliśmy się na korytarzu. Czasami stał przy szybie wychodzącej na jakąś salę. Dało się zauważyć, że spędzał tam dużo czasu. I któregoś dnia siedział na podłodze pod tą salą. Skulony, z twarzą schowaną w dłoniach... Płakał. Przykucnąłem przed nim i spytałem co się stało. Jego mama... ona zmarła - wyszeptał i spuścił głowę, dyskretnie ocierając kciukiem policzek, na którym zabłąkała się łza.

W tym momencie nie umiałam niczego powiedzieć, nie umiałam myśleć o niczym innym, jak przeznaczenie. To, co przytrafiło się mamie Harr'ego, było przykre, ale... Co, jeśli tak miało być? Tak, wiem, zdecydowanie za dużo myślę, ale ja szukam sensu w zdarzeniach. Według mnie, nic nie dzieje się przypadkowo. Ja jeszcze nie rozwikłałam, czy odejście mojego taty coś zmieniło, ale wiem, że niedługo pewnie uzyskam odpowiedź. No bo gdyby nie ten wypadek... Harry na pewno nigdy nie znalazłby się wtedy w Londynie, a tym bardziej w szpitalu! I choroba babci Lou... Gdyby nie to wszystko, oni pewnie nigdy by się nie poznali. Za czym idzie - nie zakochaliby się w sobie.

- Hej, w porządku? - Lou podsunął mi paczkę chusteczek.
Dopiero teraz zorientowałam się, że po moich policzkach spływają łzy i skapują na stół.
- Tak, myślę, że tak - wzięłam jedną. - Dzięki.
- Porozmawiajmy o czymś weselszym...
- Ok. To... sam tu udekorowałeś?
- W połowie. Te meble tu były, ale nie miałem serca ich wyrzucić, lubię takie starocie.
Na mojej twarzy zagościł uśmiech.
- Podoba mi się tu. Też lubię takie klimaty.
- Naprawdę? Nie posądził bym cię o to.
W pomieszczeniu niespodziewanie rozbrzmiał dzwonek do drzwi.
- Sorry, zobaczę kto to.
- Hej stary, sorry, że tak bez zapowiedzi, ale musimy pogadać.
- Jak się tu dostałeś? - ton głosu Louisa był jakiś inny. Skwaszony?
- Jakaś babka stąd wychodziła i się wślizgnąłem.
W drzwiach pokoju stanął właśnie nikt inny jak Horan.
- Co ty tu robisz?
- Em, Niall, to moja przyjaciółka - Louis wszedł do pokoju.
- To ja już pójdę, nie będę wam przeszkadzać - podniosłam się z krzesła.
- Nie, to ja stąd spadam. W ogóle to od kiedy ty się przyjaźnisz z ludźmi takimi jak ona?!
- Jak mówię, że pójdę, to pójdę - powtórzyłam.
- Niall, nie wybierasz mi przyjaciół - próbował bronić mnie Louis. - A w ogóle to może powiecie mi czemu wy tak bardzo się nie lubicie?
- Chcesz wiedzieć? Dobra! - krzyknął Niall. - Bo ona ciągle uważa siebie za królową i w ogóle nie liczy się z niczyimi uczuciami! Jest oschła i nieczuła!
- Powiedział facet, który przypierdala się do wszystkiego i rani ludzi na każdym kroku!
- Odezwała się miss perfekcji! Może chociaż raz byłabyś z kimś szczera?
- Może wcale nie chcę?! I niby kiedy byłam nieszczera?!
- Zawsze!
- Tak?! To podaj przykład!
- Proszę bardzo! Zawsze udajesz taką silną, a naprawdę wcale taka nie jesteś! Ty tylko grasz!
- A nie pomyślałeś może o tym, że gram, bo nie daję sobie rady?! - stój Ash, nie zdradzaj mu za dużo, Ashley, skup się i zamknij mordę.
- Tak?! Ale zawsze musisz górować, prawda?! Musisz pokazywać, jak bardzo masz innych w dupie!
- Sam to robisz! Ciągle komuś wytykasz!
- Oh tak, ty to święta, ale ja to ostatnie gówno!
- Nie powiedziałam, że nie popełniam błędów, popełniam ich masę, ale nie jestem tak ohydna jak ty!
- Czemu ty ciągle musisz taka być?! Taka wszystkiemu przeciwna!?
- Nic o mnie nie wiesz, nie wiesz, jak przeżyłam odejście ojca, nic nie wiesz! - zakryłam usta dłonią. Powiedziałam mu za dużo. Nie powinien o tym usłyszeć. Teraz zna mój słaby punkt. A to jest taki gnój, który będzie męczył, aż cię wykończy.
- Niall, myślę, że powinieneś już iść - powiedział Louis.
Blondyn fuknął, złapał swój plecak i wyszedł, trzaskając drzwiami.
- Ash... przepraszam, nie wiedziałem, że on tu przyjdzie, naprawdę.
- Lou... myślę, że powinnam już sobie iść... tylko... jestem roztrzęsiona i nie wiem czy w takim stanie znajdę drogę do domu. Albo czy nie wpadnę pod auto.
- Ok, odwiozę cię.
- Dzięki.

Wbiegłam do pokoju nawet nie patrząc na dziadków. Otworzyłam swój pamiętnik i nawet nie dopisując nagłówka nabazgrałam na kartce dwa zdania.

Jestem nikim. Cholernym nikim.




*czytasz = zostaw komentarz*
Turkusowa