poniedziałek, 14 listopada 2016

Rozdział pierwszy. 'Zawsze, zawsze się oddalasz, kiedy zapada wieczór'

- Więc mówisz, że jest jeszcze w pracy? - powtórzyłam słowa, które krótką chwilę temu zasłyszałam.
- Tak, pisał mi w niedzielę, że cały tydzień pracuje po południu, czyli do osiemnastej.
- Dziękuję Harry! - krzyknęłam entuzjastycznie. - Do zobaczenia wkrótce.
- Trzymaj się kochana - odparł, a potem się rozłączył.
Szybko sprawdziłam w mapach Google jak dojść do tutejszej siłowni, zrobiłam zrzut ekranu, a następnie wdziałam buty, założyłam bluzę i wyszłam z domu. Złapałam dwukrotnie za klamkę, w celu sprawdzenia czy drzwi rzeczywiście są zamknięte i wyruszyłam.
Zgubiwszy się na jednym z zakrętów musiałam zapytać przechodnia o właściwą drogę, aż w końcu stanęłam przed wielkim szyldem z napisem "Siłownia". Pchnęłam ciężkie szklane drzwi i znalazłam się w środku. Rozejrzałam się za recepcją, a wtedy momentalnie czarne włosy, zarost i opalona skóra rzuciły mi się w oczy.
- Dzień dobry, szukam pana Malika, pracuje tu ktoś taki? - rzuciłam, podchodząc bliżej.
Chłopak podniósł głowę znad komputera. Widziałam jak w jego oczach w ułamku sekundy zdezorientowanie przerodziło się w rozpoznanie.
- Ash! - Mulat szybko obkrążył ladę, silne ramiona objęły mnie w talii, a ja poczułam, że moje stopy nie dotykają już ziemi.
- Hejka Zayn.
- Pisałaś, że nie masz pojęcia czy w tym roku przyjedziesz, kłamczucho.
- Owszem, chciałam zrobić wam niespodziankę.
- Nieładnie. Co u dziadków?
- W porządku, właśnie robią remont w kuchni, malują ściany i prawdopodobnie zmieniają meble.
- Mhm. Spytałbym, co u ciebie, ale ostatnio odebrałem twojego e-maila jakoś dwa dni temu, więc nie sądzę, aby to miało jakiś sens, no chyba, że przez ten czas dokonałaś jakichś poważnych decyzji i tym podobne.
- Nie, Zayn. Jedyna decyzja jaką podjęłam, to aby dotrzeć do każdego z was. Dawno nie kontaktowałam się z Danielle, co u niej? - Skierowałam rozmowę w tę stronę.
- Trzyma się dobrze. Wiesz, otworzyli niedawno nowy klub i potrzebowali tancerek na występy, które odbywają się codziennie o 19. Nic wyzywającego, po prostu hip-hop, jednak Liam płonie z zazdrości. Stał się stałym bywalcem tego miejsca, a ja obstawiam, że jeszcze miesiąc i zacznie starać się o posadę barmana.
Zaśmiałam się.
- Czyli idziemy pić za miesiąc? - Uniosłam jedną brew.
- Nie. Jeśli tylko pozwolisz się zaprosić, idziemy pić już dziś. - Oparł się o kontuar.
- Dziękuję za propozycję, ale...
Cisza była o sekundę za długa. W oczach Zayna pojawiła się iskierka zrozumienia. A potem jakby błysnął w nich smutek, zmieszany z gniewem.
- Ale Niall? - dokończył za mnie.
Pokiwałam głową, nie patrząc mu w oczy. Zastanowił się chwilę. Minęła nas dwójka ludzi, mówiąca "do widzenia", jednak ani ja ani mulat nie odpowiedzieliśmy.
- Kiedy ostatni raz z nim szczerze gadałaś?
Zmarszczyłam brwi. Niall mu coś o mnie mówił? Może to ja wspomniałam coś niechcący, pisząc z nim? A może było to po prostu widać?
- Nie pamiętam - przyznałam. Zayn był osobą, której ufałam, może dlatego, że był z reguły tajemniczy i wiedziałam, że wszystko, co mu powiem, zostanie miedzy nami.
- Powinnaś z nim porozmawiać - westchnął. - A może to on powinien porozmawiać z tobą, chociaż wątpię, by to zrobił. Tak, to on powinien z tobą porozmawiać... - Widziałam, jak bije się z myślami. Położyłam rękę na jego bicepsie, schowanym pod bluzką z długimi rękawami, które ściągnął po łokcie. Ocknął się. - Przepraszam... Muszę wracać do pracy. Moja propozycja aktualna. Jakby... zawsze. Gdybyś miała ochotę, dzwoń, i tak nie mam co robić wieczorami.
Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową. Stanęłam na palcach i pozostawiłam na jego policzku buziaka, jako rodzaj rekompensaty za odrzucenie jego zaproszenia i być może próby flirtu.

***

Odbierz, pomyślałam, dziś już trzeci raz klikając na numer mamy, która wraz z Georgem wyjechała dwa dni temu. Wracałam właśnie od Zayna i próbowałam wyciągnąć od niej przepis na deser, który ostatnim razem zaserwowała mi i swojemu narzeczonemu. Chciałam zrobić babci niespodziankę z okazji imienin.
- Halo? - Usłyszałam i westchnęłam z ulgą.
- W końcu! Możesz wysłać mi przepis na to ciemne ciasto z gruszkami?
- Okej.
- Ale kiedy mówię "przepis" mam na myśli prawdziwy przepis, z proporcjami i w ogóle. Nie toleruję zwrotu "na oko"! I mogłabyś jeszcze napisać mi, jak-
Byłam w połowie zdania, gdy poczułam krople wody na swoim czole, nosie i policzkach.
- Myślisz, że co do cholery robisz?! - Momentalnie uniosłam głowę, by zorientować się, że stoję tuż przed bramą Nialla, a on patrzy na mnie uradowany, zagryzając dolną wargę, w ręku dzierżąc końcówkę węża ogrodowego.
- Słucham? - Usłyszałam oburzony ton mojej matki.
- Ja... muszę kończyć, zadzwonię potem, pa, po prostu przyślij mi ten przepis - wydukałam szybko i się rozłączyłam.
- Podlewam kwiatki i kwiatuszki - odrzekł spokojnie Niall w odpowiedzi na moją reakcję. Poczułam, jak na dźwięk słowa "kwiatuszki", które zdecydowanie skierowane było w moją stronę, lód w moim sercu topnieje.
- Um, od kiedy robisz cokolwiek, co przysłuży się temu miejscu albo twoim rodzicom?
- Chyba wyszedłem z tego okresu buntu...
- Tak, ja też. - Pokiwałam głową. Wciąż stałam po mojej stronie ogrodzenia, a on po swojej.
- Nie wspominałaś, że przyjeżdżasz - zauważył.
- Nie pytałeś - odrzekłam, słysząc w swoim własnym głosie nutę goryczy i rozczarowania.
Ponownie przygryzł wargę, zwieszając głowę. Miałam ochotę odejść, ale nogi przytrzymywały mnie w miejscu. Kogo ja okłamuję, to było serce. Chciałam udowodnić sama sobie, że mój Niall nie zniknął, że wciąż tu jest, że te głupie 10 miesięcy niczego nie zniszczyło.
- Jak żyjesz, Ashley? - spytał po chwili ciszy.
Zastanowiłam się. Chciałam odpowiedzieć mu czymś, co zawierałoby wszystko to, co czuję. Chciałam usiąść tam przed nim, na rozgrzanym chodniku i opowiedzieć mu o wszystkim, co robiłam, o tym co się w moim życiu wydarzyło, co się zmieniło. Chciałam powiedzieć jak bardzo tęskniłam, a potem zapytać o niego, o jego pracę, o to, na jakie uczelnie złożył papiery, czy planuje jakiś wakacyjny wyjazd, jakie książki w tym roku przeczytał i w jakich miejscach bywał, czy otaczali go nowi ludzie, czy zmienił auto, czy we Wh@ jest jakiś nowy smak herbaty i czy ma czas w sobotę. Aczkolwiek jedyne, co wydobyło się z moich ust, to:
- Dobrze. Żyję całkiem dobrze.
Nie miałam nawet odwagi spytać, co u niego. Odwróciłam się i odeszłam w stronę domu, wsadzając nos w telefon, aby uniknąć uczucia, że patrzy na moje plecy, gdy idę.

Przez cały tydzień miałam się z Niallem na mieście. Za każdym razem zmieniliśmy parę słów, a raz nawet zdobyłam się na wyznanie, że się za nim stęskniłam. Przytulił mnie wtedy do siebie, odpowiadając, że jemu też mnie brakowało. Takim oto sposobem zmarnowaliśmy cały tydzień, a może tylko ja go zmarnowałam, ponieważ blondyn wyraźnie zachowywał dystans. Coś musiało w końcu przelać czarę goryczy.

***

- Hej kochanie, przyjeżdżamy już za trzy dni! - krzyknął Louis, kiedy tylko jego twarz pojawiła się na ekranie mojego telefonu. Z tyłu widać było buszującego po pokoju loczka.
- Nie mogę się doczekać, dawno się tak nie nudziłam. Załatwiłam sobie pracę u Lloyda, zaczynam w poniedziałek.
- Nie wierzę, że odbiłaś mi posadę!
- Nie odbiłam jej, po prostu cię zastępuję. Poza tym sądzę, że powinieneś poszukać pracy w szpitalu albo przynajmniej w miejscowej przychodni, skoro chcesz być lekarzem.
- Myślałem o tym, to byłoby dobre do CV.
- Tak samo jak: "Nie sprzątam po sobie naczyń, o zmywaniu nie wspominając, i rozwalam brudne skarpetki po całym domu" - odezwał się Harry.
- Medycyna jest chwilami przytłaczająca! - Zaczął się bronić Lou.
- Wiem, wiem, jestem dumny. - Brunet nagle zbliżył się do szatyna i zostawił na jego skroni buziaka.
- Hej Ash. - Uśmiechnął się do mnie w kamerce i powrócił do krzątania się.
- Co Harry w ogóle robi? - zapytałam.
- Szuka ładowarki do telefonu.
- Nie macie dwóch?
- Pod jedną jestem właśnie podpięty.
- Oh.
- Jakieś plany na wieczór?
- Zero - westchnęłam.
- Jak to? Żadnych randek? - Chłopak spróbował zażartować.
- Coś nie układa się pomiędzy mną a Niallem. - Spuściłam wzrok. Musiałam w końcu powiedzieć to głośno. Louis zmarszczył brwi, więc kontynuowałam. - Czuję jakby świadomie mnie omijał. Nie mam pojęcia co się dzieje i czuję się... źle. Jakbym była tylko atrakcją na jedne wakacje. I wiesz, jego oczy mówią coś zupełnie innego niż czyny, a jednak to te drugie przejmują kontrolę nad wszystkim, co się dzieje, gdy w końcu na siebie wpadamy.
- Więc zaproponuj spotkanie. Nawet, jeśli miałabyś się narzucać. Nie może unikać cię całe dwa miesiące.
- Nie wiem, czy jestem na to gotowa już dzisiaj.
- Dziewczyno, czas leci! Przynajmniej zabaw się dobrze w te wakacje!
Pomyślałam chwilę.
- Wiesz, masz rację. Dzięki, muszę kończyć, pa.
Tomlinson zmrużył oczy, a zanim zdążył cokolwiek odrzec, ja się rozłączyłam i jak najszybciej wyszukałam numer Nialla w kontaktach. Nie odebrał. Nabrałam w płuca powietrza i po upływie kilku minut spróbowałam ponownie, i ponownie. Nic. Pieprzyć to.

***

- Ashley, jakiś przystojny chłopak stoi przed naszą bramą! - Głos babci poniósł się po całym domu. No jasne, że musiała użyć swojego ulubionego zdania.
- Już, wezmę jeszcze tylko pieniądze.
- Dokąd idziesz?
- Do klubu.
- Słucham?! Po pierwsze: chodzenie do klubów w twoim wieku wręcz owocuje w zagrożenia ze strony mężczyzn. Po drugie: dzisiaj piątek, a imprezy w ten dzień są wbrew temu, co mówi nauka kościoła. Po trzecie: jeszcze nie skończyłaś osiemnastu lat, więc to nielegalne! Po czwarte: dlaczego nie spytałaś mnie o zgodę!?
Cholera.
- Um, zwolnij babciu, nie dałaś mi dokończyć. Idziemy z Zaynem do klubu literackiego. Recytują tam wiersze i takie tam. Czysta sztuka. Liryka z górnej półki. - Zagryzłam wnętrze policzka, obawiając się, czy oby na pewno uwierzy. Kobieta zamrugała, a następnie westchnęła.
- No dobrze. Ale nagraj kawałek! Wykorzystaj telefon w dobrym celu chociaż raz.
Wytrzeszczyłam oczy, lecz w porę się opanowałam.
- Jasne babciu. - Pokiwałam głową. - Nie czekajcie na mnie, mogę wrócić troszkę późno.
Takim oto sposobem skończyłam w taksówce razem z Zaynem, śmiejąc się z jego żartów i odpowiadając na jego pytania.


Wieczór mijał raczej szybko. Bogaty był w kolorowe światła, głośną muzykę, dziesiątki twarzy nieznajomych oraz tą Zayna, która z każdym łykiem alkoholu wydawała się coraz bardziej rozmazana, ale zarazem pociągająca. W pewnym momencie poczułam, że telefon w mojej kieszeni zawibrował. Kiedy przeczytałam słowa wypisane na ekranie o mało nie zakrztusiłam się gęstym powietrzem. "Myślę o Tobie". Rozejrzałam się dookoła. Ludzie tańczyli, zamknięci w swoim kole transu. Nikt zdawał się nie zauważać niczego dziwnego, ale ja poczułam jakby dookoła rozsypały się iskry, a fruwające wszędzie atomy naelektryzowały. "Myślę o Tobie". Zamknęłam oczy. Poczułam jak ktoś wyjmuje mi telefon z dłoni, więc w odruchu ścisnęłam go mocniej, lecz gdy zobaczyłam, że to tylko mulat, pozwoliłam mu go od siebie wziąć. Przejechał wzrokiem po wyświetlaczu. W zasadzie nie wiem czemu to zrobił ani czemu mu na to pozwalałam, ale byłam zbyt skołowana przez taniec, trunki i otrzymaną ówcześnie wiadomość. Zayn patrzył mi prosto w oczy. Zabrałam mu telefon i schowałam z powrotem do kieszeni. Wtedy zawibrował ponownie. W zniecierpliwieniu go wyciągnęłam. "Spotkajmy się". Nie odpisałam. "Śpisz?". Zastukałam stopą o podłogę. "Nie spie". Zayn wyjął z kieszeni paczkę papierosów, uniósł jednego, dając mi milczący znak, że chce zapalić. Skinął głową w stronę wyjścia, a w jego oczach malowało się pytanie. Odebrałam to jako "Chcesz iść ze mną?", więc niewiele myśląc uśmiechnęłam się z lekka fałszywie i za nim podążyłam. Usiadłam na ławce, a brunet na jej oparciu, stawiając swoje czerwone buty tuż obok moich ud. Czułam, jak przychodzi do mnie nowy sms. Nie odważyłam się jednak sięgnąć po telefon. Usłyszałam dźwięk odpalanej zapalniczki. Chwilę potem wiatr skierował kłąb dymu w moją stronę. Nic nie mówiłam, po prostu siedziałam z dłońmi schowanymi między nogami, pochylona, zapatrzona w brudny blat drewnianego stołu. Z wewnątrz budynku dudniła muzyka. Ja jednak skupiona byłam ciągle na tym samym: czemu napisał. Czemu nagle się obudził, czemu zaczęło mu zależeć, dlaczego akurat teraz.
- Dostanę jednego? - spytałam niepewnie Zayna, odwracając twarz w jego stronę. Popatrzył na mnie w zamyśleniu, w tym samym czasie wydychając mi na twarz dym.
- Tylko pod jednym warunkiem - odrzekł, grzebiąc w kieszeni. - Przestaniesz być smutna.
- Nie jeste-
- Ash. Mam oczy. - Przekrzywił głowę i wyciągnął do mnie papierosa. Przyjęłam go od niego, nic nie mówiąc. Gdybym otworzyła buzię i tak przegrałabym to starcie. Miał rację.


Przetańczyliśmy jeszcze parę piosenek, wypiliśmy trochę wódki, po czym zebraliśmy się do domu. Zayn opuścił szybę, podziękował za spotkanie, a potem taksówka odjechała sprzed mojego podjazdu. Stałam tam, czując, ze potrzebuję odrobinę więcej świeżego powietrza niż jest go w moim pokoju. Wbiłam paznokcie w uda, a następnie po nich dwa razy przejechałam - to jednak nie dało rady mnie powstrzymać i w końcu uległam ciekawości. Wyciągnęłam telefon.
Niall: Nie mogę znieść ciszy między nami
I to był czynnik zapalny, to, co skłoniło mnie do działania, ponieważ w tamtym momencie coś we mnie pękło. Skierowałam się w dół ulicy, mijając po drodze samotnego kota. Znalazłam się przed odpowiednim domem. Pchnęłam furtkę. Mimo, iż dochodziła druga, w małym pokoju na pierwszym piętrze widziałam dokładnie blask lampki nocnej. Nie chciałam używać dzwonka, na wypadek gdyby któreś z jego rodziców było w środku. Wybrałam numer Nialla. Reakcja była natychmiastowa.
- Ashley?
- Wyjdź.
Rozłączył się i pół minuty później już był na dole. Jego twarz wyrażała wielkie zdumienie. W końcu ostatnią wiadomość wysłał do mnie jakieś dwie godziny wcześniej...
- Wejdź - nakazał delikatnym głosem, ja jednak zignorowałam jego polecenie. Już z pierwszym słowem załamał mi się głos. Nie płakałam.
- Dlaczego nie odbierałeś, kiedy dzwoniłam? Chciałam się z tobą spotkać. Chciałam to zrobić odkąd tu jestem. A teraz czuję jakby osoba, która stoi przede mną, wcale nie była tobą. Albo po prostu poznałam fałszywą stronę ciebie.
Mój głos był słaby. Wciąż kołowało mi się w głowie i zaczynałam czuć bezdenną pustkę w żołądku. Trzęsłam się. Niall zauważywszy to, bez słowa wszedł z powrotem do domu, zdjął z wieszaka jakąś kurtkę i mnie nią okrył. Nie protestowałam. Przełknęłam ślinę. Chłopak zrobił krok w moją stronę, położył jedną rękę na moich plecach, drugą na głowie i przytulił mnie do siebie. Poddałam się każdemu jego dotykowi, niewiele o tym myśląc. Pragnęłam go. Czułam, że się rozpadam i potrzebowałam kogoś, kto powstrzymałby ten proces.
- Pachniesz alkoholem - stwierdził.
- Tak, ale to wciąż nie zmienia faktu, że rozumuję normalnie i być może powiem ci odrobinę więcej, niż na trzeźwo, więc doceń ten moment.
- Przepraszam, że nie odebrałem. Byłem cały dzień zajęty - powiedział i oparł brodę na mojej głowie. Odetchnęłam głęboko. Tam było jej miejsce.
- Czuję się źle z faktem, że mnie ignorujesz - zaskomlałam.
- Ja... wytłumaczę ci to, obiecuję.
- Nie chcę twoich wyjaśnień. Chcę ciebie. Prawdziwego. - Odchyliłam głowę do tyłu, wysuwając dolną wargę.
- Po prostu... zostań na noc. Proszę.
- Niall, naprawdę muszę siku - odparłam tylko po chwili ciszy. Zamknęłam oczy, by stłumić szum w moich uszach, jednak jedyne, co się stało, to fakt, że się cofnęłam, gdyż zakołowało mi się w głowie. Chłopak mnie puścił.
- Idź.
Popatrzyłam się na niego przez chwilę, a potem odwróciłam na pięcie, aby pójść do swojego domu, jednak Niall złapał mnie za rękę, zatrzymał i powiedział:
- Tu. - Skinął głową w kierunku budynku za sobą. - Będzie bliżej. - Widziałam jak jego oczy się śmieją, a kąciki próbowały nie unieść do góry.
- Przestań robić taką minę i po prostu pozwól mi wytrzeźwieć. - Wywróciłam oczami i pobiegłam do łazienki.

Rozejrzałam się po ciemnym korytarzu, a kiedy nie dojrzałam żadnego zarysu sylwetki, na palcach zaczęłam iść do wyjścia. Jednak będąc tuż przy drzwiach, o coś się potknęłam, poleciałam do przodu i boleśnie upadłam.
- Kurwa - wyrzuciłam na wydechu.
- Jezu, przepraszam! - Nagle przed moimi oczami pojawił się Niall.
- Co ty w ogóle robisz półleżąc w korytarzu do cholery?!
- Ja... myślę że usnąłem, kiedy byłaś w łazience.
- Jejku, jesteś tak bardzo nieodpowiedzialnym facetem! To żałosne, przysięgam - urwałam, kiedy zobaczyłam w jego oczach speszenie. I okej, prawdopodobnie wyżywałam się na nim za bardzo, ale alkohol nadal całkowicie nie wyparował z mojej krwi, a ja wciąż nosiłam w sobie swego rodzaju uraz do Nialla z powodu jego zupełnej ignorancji. Ale teraz siedziałam na swoich piętach, patrząc na tego chłopaka, który podpierał się na łokciach na zimnych płytkach, patrzył na mnie dużymi oczyma, bluzka w paski, którą na sobie miał, tak idealnie pasowała do jego karnacji... Momentalnie poczułam się źle z tym, jak go chwilę wcześniej potraktowałam. Dlatego zamknęłam dystans między nami, przytulając się do jego torsu i zaciągnęłam zapachem, którego nie czułam tak intensywnie - jak się zdawało - stulecia. Czułam jak chłopak całkowicie się kładzie, zarzuca ramiona na moje plecy i chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi. Jego nos znalazł się w miejscu, gdzie kończył się mój obojczyk. I tak leżeliśmy na chłodnej podłodze, w korytarzu, w Mullingar, gdzieś na świecie, we wszechświecie. A jednak z całego wszechświata zawsze wybrałbym to miejsce.

- Niall? - mruknęłam kilka minut (a może dekad) później zaspanym głosem, choć tak bardzo nie chciałam przerywać tej cudownej chwili.
- Hm? - odmruknął.
- Powiedziałam babci, że będę w klubie literackim. Kazała mi coś nagrać i... mógłbyś mi wyrecytować kawałek jakiegoś wiersza?
Westchnął ze zrezygnowaniem.
- Ale jeśli pozwolisz mi cię nie puszczać i zostaniesz do rana.
- Jest jakaś trzecia, nigdzie się nie wybieram - mruknęłam.
- W takim razie w porządku.
- Ale musisz wstać z tej podłogi Niall.
Wydał z siebie dźwięk niezadowolenia, kiedy się odsunęłam. Podniósł się do pozycji siedzącej, oparł plecy o szafę i podciągnął odziane w czarne dresy nogi do klatki piersiowej.
- Znasz jakiś wiersz?
- Hmm, poczekaj... Tak.
Kiedy włączyłam aparat z lampą, automatycznie zakrył oczy dłonią. Wyglądał zbyt niewinnie i chłopięco, abym mogła go za to winić. A potem zaczął mówić. Jego głos był ospały, lekko zachrypnięty i stosunkowo cichy. Jednak nigdy nie słyszałam jeszcze Nialla deklamującego czegokolwiek i teraz patrzyłam na niego w zachwycie, wsłuchując się w każde słowo, które wypowiadał tak pięknie...

Myśmy nawet ten zmierzch stracili.
Nikt nas nie widział z rękami złączonymi tego wieczora,
kiedy noc błękitna zapadała nad światem.

Widziałem z mojego okna
uroczystość zachodu na dalekich wzgórzach.

Jak moneta czasem
w moich rękach zapalał się kawałeczek słońca.

Wspominałem cię z sercem ściśniętym
od tego smutku, z którego mnie znasz.

A więc, gdzie byłaś?
Wśród jakich ludzi?

Jakie mówiłaś słowa?

Dlaczego cała miłość przychodzi nagle wtedy,

kiedy czuję się smutny i czuję, że daleko jesteś?

Upadła książka, którą zawsze się bierze o zmierzchu,
i jak raniony pies u moich stóp wlókł się płaszcz.

Zawsze, zawsze się oddalasz, kiedy zapada wieczór,
w tę stronę, gdzie biegnie mrok zacierając pomniki.

Już nie osłaniał się przed błyskiem lampy, nie patrzył też w obiektyw. Patrzył prosto w moje oczy, z których na policzki kapały mi łzy. Ucięłam nagranie. Wyciągnął do mnie rękę, a ja ją ujęłam, podniosłam się do góry i opadłam na jego kolana, które chwilę wcześniej rozprostował. Jego kurtka zsunęła się z moich ramion, upadając na podłogę, jednak żadne z nas się tym nie trudziło. Pocałował mnie w czoło.
- Trzymaj się mocno - powiedział, więc przylgnęłam do niego. Jakimś niewyobrażalnym sposobem wstał z podłogi, zdołał zaplątać moje nogi dookoła swoich bioder i zaniósł mnie na górę, do swojego pokoju.
- Chcę, żebyś na ten wieczór była tylko moja - wyszeptał mi do ucha, gdy posadził mnie na łóżku i się nade mną pochylił. Wypuściłam drżący oddech.
- Ale mamy noc, Niall. W zasadzie niedługo będzie świtać - odparłam, pewnie patrząc mu w oczy, a potem obniżając wzrok na jego usta. Końcówka jego nosa balansowała na czubku mojego. - Po prostu mnie sobie weź - w darze, w całości i w każdym centymetrze.

Niallowi nie trzeba było nigdy niczego powtarzać. Rozebrał mnie z wszystkich moich tajemnic, odkrywając najgłębiej drzemiące we mnie pokłady grzeszności.
I któż by wtedy pomyślał, iż moje ówczesne stwierdzenie: "Nie chcę twoich wyjaśnień" będzie jak samobójstwo.

__________________________________________________________
No więc, jak by to powiedzieć, żebyście mnie nie zabili, hmm... Kompletnie zapomniałam, że mam dodać rozdział, dlatego dodaję go z dwutygodniowym opóźnieniem. Ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale, prawda? Jak Wam się podoba? Czekam na komentarze!

wtorek, 11 października 2016

Prolog II

Czasami ludzie gubią się w uczuciach, mylą się co do nich, może nigdy nie mieli z niektórymi styczności. I mimo, że wcześniej nie miałam do czynienia z tym, byłam przekonana co do moich emocji, umiałam znaleźć odpowiednie słowo, by to nazwać. Miłość. Jednak nie ważne jak bardzo pewna byłam wszystkich tych rzeczy, wiedziałam, że w którymś momencie dużo się zmieni. I że potem nic nie obliguje losu, by cokolwiek wróciło do normy. Aczkolwiek życie lubi płatać figle.

W zwartym tłumie opuściłam teren szkoły. Ludzie przepychali się między sobą, pragnąc jedynie zrzucić odświętne stroje i w końcu, po długich dziesięciu miesiącach wyczekiwań, nareszcie posmakować wakacji. Podążyłam za grupą kierującą się do najbliższej stacji metra, myślami będąc już w domu. No dobrze, tak właściwie to nie tyle w domu, co w Mullingar.
Po dotarciu do mojego pokoju, w trybie natychmiastowym rzuciłam się do walizek, które od tygodnia leżały otwarte na podłodze, a z dnia na dzień poziom ich wypełnienia się podwyższał. Zapakowałam strój kąpielowy, prostownicę, adidasy i piżamę. Zaczęłam wybierać kosmetyki, które mi się przydadzą. Zdjęłam z półki moją ulubioną książkę oraz nową, którą kupiłam przed tygodniem. Poszłam do sklepu po jakiś prowiant i słodycze na drogę, a zanim moja rodzicielka wróciła z pracy byłam już gotowa. Mieliśmy całą trójką (ja, mama i George) jechać nocnym pociągiem. Dziadkowie musieli w końcu poznać wybranka mamy, z kolei oni chcieli zaprosić dziadków na ślub.

Tylko Lou wiedział, że przyjeżdżam. Oczywiście powiedział Harry'emu. Jednak chłopcy mieli pojawić się w Mullingar dopiero za dwa tygodnie, kiedy pozaliczają wszystkie egzaminy.
Ze Stephenem czasem wymieniałam się smsami, z Liamem wiadomościami na facebooku, a Zayn był typem człowieka, który uwielbiał pisać maile. Dla nich miała to być jednak niespodzianka.


Pozostawał jeszcze Niall. No więc Niall... Tu sprawy nieco bardziej się komplikowały. Ostatnimi czasy nasz kontakt się pogorszył, choć na początku wszystko się układało. To chyba przez natłok obowiązków... Spotkaliśmy się raz w październiku, ale potem, kawałek po kawałku nasza relacja zaczęła pękać i żadne z nas nie chciało tego przyznać. Chłopak znalazł jakąś pracę, poza tym miał szkołę i egzaminy. Ja również próbowałam wyciągnąć oceny jak najwyżej, a w weekendy pomagałam mamie w salonie, chociaż moje plany na przyszłość były nieco inne niż kosmetologia. Jakimś cudem zbliżyło nas to do siebie, choć nadal istniało między nami całe morze tematów tabu. Brak czasu sprawił jednak, że między mną a chłopakiem zaczął odbudowywać się mur, który oddzielał nas do tego stopnia, że chwilami czułam, jakby brakowało mi powietrza. Rozmyło się zaufanie i wspólne tematy rozmów, a może po prostu oboje uznaliśmy, że ubiegłe wakacje były snem, letargiem, amokiem. Tak czy inaczej wiedziałam jedno. Chciałam by wszystko znów wróciło do punktu, w którym się zaczęło, nie tyle po to, by zrobić coś inaczej, a żeby w końcu poczuć się tak, jakbym śniła, latała, dryfowała, zawieszona w pięknej przestrzeni między krainą marzeń a jawą, czyli po prostu w ramionach chłopaka, którego pokochałam. A wydawało się, jakby ten chłopak już nie istniał, jakbym go sobie zmyśliła, jakby zniknął tego samego dnia, gdy wsiadłam do auta. Była to dość smutna perspektywa, ale tak po prostu wyglądało moje życie. Najważniejsi ludzie zawsze z niego odchodzili i zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Ale tak bardzo próbowałam wmówić sobie, że mój Niall nie zniknął, że spokojnie żyje sobie w Mullingar, chodzi do szkoły, popołudniami pracuje, a w nocy patrzy na miliony gwiazd i wraca myślami do niezapomnianego sierpnia, kiedy to wszystko jakoś działało. Jednak on to nie ja, i mimo, że chłopak jest dość wrażliwy, istnieje widoczna granica pomiędzy uczuciami kobiet i mężczyzn. I owszem, byliśmy niczym. Nigdy nie byliśmy w związku, bo chyba nawet żadne z nas nie miało takiej potrzeby. Ale oboje żywiliśmy jakieś uczucia, tego jestem pewna. Ale czy nadal tak było z jego strony...?
Ocknęłam się z moich rozmyślań, kiedy poczułam słoną łzę w kąciku moich ust. Szybko ją otarłam, nie pozwalając sobie na chwilę słabości. Miłość to nie wszystko. O ile to w ogóle była...
- Oh, no wreszcie, już zaczynałam się martwić! - Nagle przed moim nosem znalazła się mama. Zmarszczyłam brwi. - Od jakichś dwudziestu minut pozostawałaś w stanie katatonii, gapiąc się w okno.
Kuchenne okno. U babci oznaczałoby to widok na zielone podwórko, utkane kwiatami o wymyślnych kształtach i kolorach. W Longford jednak, jedyne na co miałam widok z każdego okna, to zabudowa miejska, oglądana z perspektywy czwartego piętra. Cholerni biznesmeni. Chociaż facet mamy musiał naprawdę ją kochać, pozwalając jej się tu wprowadzić razem z nastoletnią córką, czasami wyglądającą jakby miała kogoś zabić.
- Kiedy wraca George? - zapytałam.
- Za piętnaście minut. Lepiej się szykuj.
Jak na komendę poderwałam się ze swojego miejsca, podążając do pokoju, w celu spakowania ostatniej, najważniejszej rzeczy. Rozpięłam plecak i upchnęłam w nim najbardziej lojalnego przyjaciela - pamiętnik.

___________________________________________________________________________
W zasadzie nie wiem czemu publikuję to właśnie teraz, czyli o 00:35, w nocy z poniedziałku na wtorek. Prawdopodobnie dlatego, że zbierałam się już dłuższy czas, a jednak zawsze to obowiązki rozporządzały moim czasem. Nie będę nikogo informować o tym rozdziale - zbieram nową publikę. Mam nadzieję, że nie gniewacie się, iż trwało to tak długo. Enjoy!

piątek, 10 czerwca 2016

Epilog. 'Już wtedy wiedziałem...'

- A więc co z tym Louisem, którego obiecałaś mi przedstawić?
- Wszystko okej, wraca do Londynu na medycynę. - Włożyłam do bagażnika jedną z walizek.
Mama gwałtownie się odwróciła.
- Więc ile on ma lat?
- Dwadzieścia.
Nastała chwilowa cisza.
- Mam nadzieję, że to rozsądny chłopak. I... nie chcę zabić twojej nadziei ani entuzjazmu, ale... Wiesz, skoro on wyjeżdża do zupełnie innego kraju, to jeśli cokolwiek ci obiecywał, nie bierz tych słów w stu procentach na poważnie. Nawet nie w pięćdziesięciu. Nie da się w jedne wakacje zapałać takim uczuciem, które przetrwałoby kilometry. Miłość na odległość to coś, co po paru miesiącach po prostu pęka. Przyjaźń - okej. Ale miłość to gesty, nie literki na ekranie twojego telefonu.
Oh, czyli się nie zrozumiałyśmy. I, hej, stosowałaś tą metodę całe wakacje, prawda? Praktycznie nie dzwoniłaś, nie pisałaś. Tu nie chodzi o wyznaczniki miłości. Tu chodzi raczej o matczyne powinności czy czystą ciekawość. Nic nie powiedziałam. Nauczyłam się bowiem, że szorstkie słowa nie przynoszą niczego dobrego, a już na pewno nie porozumienia.
- Co jeśli powiem ci, że to tylko mój przyjaciel?
- Ach, więc jednak przyjaciele. Wszyscy mówią "tylko", a potem budzisz się, przewracasz na drugi bok i widzisz jego wielkie wory pod oczami, bo wasze dziecko płakało całą noc.
- Dopiero co byłaś zdania, że nasza relacja nie przetrwa.
- Tak, ale teraz daję ci pouczenia co do nazywania ludzi swoimi przyjaciółmi, ponieważ "przyjaciel" to bardzo szerokie pojęcie. Trzeba umieć rozróżnić słowo "przyjaciel", "ktoś, komu nie warto zawierzać" i "ten o którym myślisz: nie chcę żebyś był moim przyjacielem, przestań nim być, błagam, przestań, bądź zamiast tego moim księciem".
- Czy możesz dawać mi lekcje dopiero w samochodzie, gdy obie będziemy udawać, że temat nas obchodzi, ja w tym czasie będę słuchać muzyki na maksa, a ty podziwiać widoki? - warknęłam.
- Nie. Przyjaciele to poważny temat.
- Ale Louis ma chłopaka!
- Spotykałaś się z nim, kiedy tamten nie wiedział?!
Westchnęłam.
- Przecież mówię ci, że nic nas nigdy nie łączyło poza przyjaźnią. 
- Oh... no dobrze. Pożegnałaś się z nim?
- Owszem. Ze wszystkimi się pożegnałam.
No... prawie - dodałam w głowie i przęłknęłam ślinę.
- Mhm. A teraz sprawdź czy wszystko na pewno zabrałaś.
Pokiwałam głową i ostatni raz skierowałam się do mojego starego pokoju.
Rozejrzałam się po wnętrzu, które wyglądało teraz dość pusto i straciło jakąkolwiek osobowość. Zajrzałam do wszystkich szuflad i szafek. Obrzuciłam wzrokiem czyste biurko i... słowo "Nial" nadal tam było. Bo jakby miało go nie być? Przejechałam po napisie palcem, a potem odeszłam w kierunku drzwi. Zatrzymałam się jednak jeszcze na chwilę przy lustrze. Spoglądała na mnie niby ta sama, a mimo to tak inna dziewczyna od tej, która stała tu zaledwie dwa miesiące temu. I nie chodzi nawet o to, że te blade i chude patyki, odziane tym razem w legginsy, były teraz troszkę okrąglejsze, a gdyby spodnie się podwinęło, ukazałaby się opalenizna. Nie chodzi o to, że granica koloru grzywki i reszty włosów się zatarła. Nawet nie o to, że dziewczyna w końcu nauczyła się rysować równe kreski na powiekach, dzięki czemu nie wyglądała już śmiesznie. Interes toczył się o ten uśmiech, przyozdabiający twarz nastolatki, i o te iskierki w jej oczach - szczęścia, a zarazem smutku, z ów powodu, że w tym miejscu ta przygoda się kończy. Przejechałam palcem po ramie lustra, zbierając drobinki kurzu. Kurz. Pył. Symbol tego, jaki ten świat jest ulotny. Pociągnęłam w dół niebieską koszulkę, którą dostałam od Nialla, a następnie szarpnęłam ekspres szarej, miękkiej bluzy do góry. Czas na mnie.

- Wszystko - oznajmiłam.
- Wspaniale. Zatem daj dziadkom po buziaku i wsiadajmy.
Nie ruszyłam się jednak z miejsca. Złapałam prawą ręką lewy łokieć i spojrzałam pod stopy rodzicielki.
- Ja chyba... Powinnam się jeszcze z kimś pożegnać.
Kobieta zrobiła oburzoną minę.
- Miałaś całe wakacje! No i podobno "z wszystkimi się pożegnałaś"!
- To nie potrwa długo, przysięgam.
Babcia, która stała obok mamy, spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek.
- Sevilla?
- Tak, mamo? - zwróciła się do babci.
- Co powiesz na małą kawę? Doda ci energii na drogę. I mam ciastka maślane.
- Przecież wiesz, że odchudzam się, ponieważ już niedługo ślub.
- Jedno ciastko nie zrobi ci krzywdy. Niech Ashley idzie.
- Daleko? - Mama uniosła brew.
- Daj mi dziesięć minut - powiedziałam tylko.
- Masz piętnaście i ani chwili dłużej.
- Dzięki - krzyknęłam, biegnąc w kierunku furtki.

Przemierzyłam dystans. Zadzwoniłam do drzwi. Po minucie ustąpiły. Czułam się dokładnie tak jak wtedy, gdy dowiedziałam się o zaręczynach mamy i gdy pojawiłam się w progu u Nialla. Nie wiedziałam co powinnam zrobić i czułam niemałe otępienie. On również wyglądał podobnie, co wtedy. Jego oczy były lekko podkrążone, niewyraźne, ale na mój widok trochę zciemniały i stały się bardziej dostępne. Powoli wypuścił z warg wstrzymywany wcześniej oddech.
- Ashley?
- Pomyślałam, że wypadałoby się pożegnać. - Zrobiłam nieznaczny kroczek w jego stronę. Zauważył. Rozłożył ramiona, więc pokonałam odległość między nami i się do niego przytuliłam. Westchnęłam i mimo, iż w jego objęciach czułam się lepiej niż w każdym innym miejcu na ziemi, po kilku sekundach się odsunęłam. Nie mogłam bawić się niczyimi uczuciami, a zwłaszcza nie Nialla. Tak będzie lepiej.
- Wejdziesz?
- Nie - odparłam i zaczęłam cofać się w tył, by po chwili całkowicie się odwrócić. I akurat wtedy, gdy teoretycznie zamknęłam niewidzialne drzwi i stanowczym krokiem wyszłam z jego życia, Niall postanowił trzasnąć nimi z impentem o wszystkie moje wewnętrzne mury - po raz kolejny zresztą, i wciągnąć mnie tam z powrotem. Będąc szczerą, prawdopodobnie to właśnie dzięki niemu w mojej psychice powstały nowe fundamenty, na zupełnie innych, lepszych podłożach.
Złapał mnie w pasie i subtelnym ruchem oparł o futrynę. Obdarzył mnie blagającym spojrzeniem.
- Nie będę cię całował, skoro tego nie chcesz, ale proszę, zostań jeszcze na sekundę i daj mi się nacieszyć swoim towarzystwem.
Przytrzymałam chwilę jego wzrok. Położyłam ręce na piersi chłopaka i odepchnęłam go od siebie. Nie protestował. W jego oczach mignął cień rozczarowania. Jednak ja nie miałam zamiaru odchodzić. I wcale nie chciałam zamykać tego rozdziału. W zasadzie... czemu by nie uchylić tej książki jeszcze odrobinę? Czemu by nie wlać tu trochę światła, prawdy i... miłości? Popchnęłam go na futrynę z przeciwległej strony i naparłam własnym ciałem na jego, poddźwigując się zarazem na palcach. Zamknęłam oczy i złączyłam nasze usta, wieszając mu ramiona na szyi. Chyba go to zdziwiło, ponieważ w pierwszej chwili nie zrobił zupełnie nic, jednak już sekundę później zachłannie mnie całował. Ręce ulokował na dole moich pleców, jednak trzymał mnie tak blisko i tak ciasno, przy okazji pomagając mi utrzymać się na palcach, że w bardzo krótkim czasie zabrakło mi powietrza, dlatego przerwałam pocałunek. Odsunęłam się od niego na tyle, by móc zobaczyć całą jego twarz. Wciąż nie wypuszczał mnie z uscisku. Szybko schylił się do mojego czoła i zostawił tam mokrego buziaka. Pozwoliłam swoim piętom dotknąć podłoża. Przeniosłam dłonie na jego rozgrzane policzki i przetarłam je palcami. Niall nie robił zupełnie nic, zdawało się, że nawet nie oddychał, jakby najmniejszy jego ruch miał spowodować, że ucieknę, prysnę niczym mydlana bańka. Spojrzałam mu w oczy, które tak desperacko szukały moich. 
- Ja ciebie też kocham.
Wypuścił z siebie nierówny oddech, patrząc na mnie tak wielkimi oczami, jakich nigdy dotąd nie widziałam.
- Oczywiście jeśli się rozmyśliłeś - kontynuowałam - to jest to w porządku, bo-
Buzię zamknęły mi niedbale całujące usta. Jeszcze nie zdążyły wyschnąć po poprzednim spotkaniu z moimi. Złapał mnie w pasie i obrócił tak, że teraz to ja byłam na jego miejscu, przyciśnięta do futryny.
- Przestań, nawet tak nie mów. Pamiętasz swoje urodziny? Kiedy spytałaś mnie jakie mam marzenia?

Zdarza mi się marzyć o tym, żeby pewna kobieta.. um, żeby moja mama mnie kochała. Żeby mi ufała. Nigdy nie mieliśmy zbyt dobrych stosunków, ale po przemyśleniu paru rzeczy doszedłem do wniosku, jak pusty byłby bez niej mój świat.

Skinęłam.
- Wcale nie mówiłem o mamie. Mówiłem o tobie. Już wtedy to czułem. Już wtedy wiedziałem, że cię kocham. A nie zaczyna się kogoś kochać z dnia na dzień. - Złapał między palce jeden ze sznurków mojej bluzy. - Zimno ci?
Przytaknęłam. Wtedy zarzucił mi na głowę kaptur i tym razem pociągnął za oba ściągacze.
- Serio? - spytałam sarkastycznie, mając ograniczone pole widzenia.
Niall jedynie zachichotał.
- Wchodź do środka.
Posłuchałam, zsuwając materiał, który w następstwie opadł mi na plecy. Zatrzymałam się na środku holu.
- Kuchnia, pokój? - zapytałam, bujając się na boki.
- Kuchnia?
- Okej. - Podreptałam za nim. Oparłam się o blat bufetu.
- Więc... Myślisz, że w te kilka minut uda mi się sprawić, że jeszcze bardziej oszalejesz na moim punkcie? - wymamrotał półgłosem do mojego ucha, po tym, jak praktycznie zamknął przestrzeń między nami.
- Nie wiem o czym marzysz chłopcze, ale owszem, z miłą chęcią napiję się z tobą herbaty.
Odchylił głowę i uniósł brew. Posłałam mu uśmiech zwycięzcy. Zrobił krok w tył, po czym oddalił się kawałek. Obserwowałam go, gdy nalewał do czajnika wody, a następnie podłączał gaz.
- Mam do ciebie prośbę - powiedziałam, zagryzając dolną wargę w oczekiwaniu, jak zareaguje.
- Słucham.
- Nie widzieliśmy się przez kilka dni i to dało mi trochę czasu na przemyślenia. Nie mam zamiaru wchodzić z butami w twoje sprawy i plany życiowe, ale proszę cię, nie zmarnuj swojego intelektu.
- O czym mówisz? - Ściągnął brwi w konsternacji.
- No wiesz, rozmowy z tobą są zawsze takie dorosłe i wyciąga się z nich tak dużo życiowych świętości...
Chłopak westchnął. Złapał z koszyczka stojącego na blacie jeden długopis i mi go wręczył.
- A sprzedasz mi to?
- Co? - bąknęłam tylko.
- Długopis. - Kiwnął głową w stronę przedmiotu, który przed chwilą wsunął w moją dłoń. - Co byś powiedziała, gdybyś chciała mi go wepchnąć? Najlepiej za największe pieniądze.
- To nie ma sensu.
- Po prostu spróbuj - zachęcił.
- Okej. - Uniosłam długopis na wysokość oczu i go obróciłam. - To długopis. Jest ładny i fioletowy. Koniec.
- Włóż w to trochę życia!
Spojrzałam na niego spod rzęs, uniosłam jedną brew i starałam się nie wybuchnąć śmiechem.
- Co z tobą nie tak? - zapytałam.
- Zrób to, o co proszę i dam ci spokój.
- Czuję się dziwnie - zaśmiałam się, aby trochę odwrócić jego uwagę.
- Przy mnie? - Przechylił głowę na bok.
- Owszem, przy tobie. - Położyłam nacisk na swoje słowa.

- Powiedziałaś mi niedawno, że mnie kochasz, ale wstydzisz się zrobić reklamy kawałkowi plastiku?
- Zgadnij która rzecz jest bardziej normalna!
- Nienawidziłaś mnie, możesz zrobić wyjątek i w tej sprawie. - Wzruszył ramionami.
- Kup ode mnie ten cholerny długopis, bo jest fioletowy, a to z kolei twój ulubiony kolor! - Krzyknęłam, udając entuzjazm.
- To jest twój ulubiony kolor. - Przyciągnął mnie za biodra.
- Cóż, od teraz i twój. Poza tym to najładniejszy kolor jaki istnieje, kojarzy mi się z rosą.
- Punkt dla ciebie. Musisz sprawić, że ktoś będzie pragnął tego długopisu, bo będzie mu się kojarzył z czymś przyjemnym. - Wyjął go z moich rąk delikatnie, zarazem drugą dłoń trzymając wciąż na moim biodrze i było to tak drobnym gestem, a zarazem tak rozciągniętym w czasie i zmysłowym, że mój oddech zadrżał. - A z czym ja ci się kojarzę?
- Z ciepłem - odparłam bez zastanowienia. Pokiwał głową.
- Zapisz mi swój adres - powiedział, nie odrywając swoich oczu od moich.
Uniosłam rękę, by wziąć od niego długopis, ale on cofnął swoją.
- Najpierw musisz go kupić. - Ściągnął brwi, jednak nie przestawał się uśmiechać. - Popyt i podaż.
- Oh. Już rozumiem - wyznałam.
- Ale serio, daj mi swój adres.
Uniosłam brwi. No tak. I gdy znów chciałam chwycić obiekt wystający spomiędzy jego palców, kolejny raz zabrał go sprzed moich oczu.
- Przestań! Nie baw się tym, jak niska jestem.
- Każda rzecz w sklepie ma swoją cenę. - Spojrzał na mnie zwycięsko.
Wywróciłam oczami, złapałam jego policzki między kciuk a palec wskazujący tak, że jego twarz zaczęła przypominać kaczy dziub, cmoknęłam go w usta, wykorzystując moment, by wyrwać mu długopis. Rozejrzałam się po kuchni.
- Tylko nie mów, że kawałek kartki też mam sobie kupić. - Spojrzałam na niego ostrzegawczo.
Jak na komendę, chłopak pogrzebał w kieszeni i wydobył z niej kilka pogniecionych papierków. Rozprostował jeden.
- Potem sobie to przepiszę, ale na razie mogę ci zaproponować nieaktualną listę zakupów, bądź też paragon, co wybierasz? Oba produkty są z oczywiście z wysokiej półki. Gwarancja jakości. To będzie kosztować jakieś trzy buziaki. - Posłał mi łobuzerski uśmiech.
- Pierwsza zasada, jaką rządzi się wolny rynek: wolna konkurencja. - Ściągnęłam materiał bluzy aż po jego łokieć, złapałam nadgarstek i napisałam na przedramieniu adres.
- Cwaniara. - Pokręcił głową. - Więc co, poradzę sobie w pracy?
- Jak najbardziej. - Uśmiechnęłam się neutralnie. - A teraz wyłącz wodę. Gotuje się od co najmniej minuty.


- Gadałem z ciocią, wiesz?
- Tak? I co? - Odstawiłam do zlewu pusty kubek.
- Jest aktualnie w Meksyku.
- "Aktualnie"? - powtórzyłam.
- Mhm. Ciągle przenosi się z miejsca na miejsce, szukając tego odpowiedniego.
- Podziwiam ją. Mimo że jest sama, umie sobie poradzić. Ja nigdy tak nie umiałam. - Uśmiechnęłam się smutno i spuściłam wzrok.
- Jestem w Mullingar. To wcale nie tak daleko. Pamiętaj o tym. - Poczułam dużą dłoń chłopaka głaszczącą moje ramię.
Wzięłam wdech.
- Chyba muszę się zbierać. Mój czas stanowczo minął. Odprowadzisz mnie kawałek?
- Jasne. - Spojrzał na mnie, zagryzając wargi.

Zatrzymaliśmy się przed moją furtką. No ok, za moment nie miała już być "moja". Tak jak nie to miejsce, nie ten dom i nie ten chłopak. Oparłam czoło o klatkę piersiową blondyna. Zastanawiałam się, czy babcia z mamą patrzą właśnie przez okno, ale nie miało to aż takiego znaczenia.
- Będziesz tęsknić? - spytałam cicho, zamykając oczy naprzeciw materiału jego koszulki. Pachniała tak... ciepło. Tak dobrze i słodko.
- Będę tęsknić - odpowiedział, przez ani chwilę się nie zastanawiając.
- Jak bardzo?
- Bardziej, niż możesz sobie to wyobrazić. - Złapał za moje ramiona i powoli odciągnął mnie od siebie, bym mogła spojrzeć mu w oczy. - Za twoją śliczną twarzyczką, twoimi małymi dłońmi, tymi miękkimi włosami, za niebieskimi oczami, delikatnym głosem, za tym jak mnie całujesz, nieważne czy w usta czy tylko w policzek, obsesją na punkcie bluz, za każdą naszą rozmową, a nawet kłótnią, ponieważ przywiązałem się do ciebie tak bardzo, że w tej chwili moje serce pęka.
Stałam tam, emanując smutkiem, patrząc na niego wielkimi oczyma i jakoś to poszło. Samo i niekontrolowanie. Popłakałam się.
Chłopak złapał moją brodę i zmusił mnie do zajrzenia w jego oczy. Pocałował miejsce pod swoimi palcami, następnie nos i czoło. Otarł moje łzy kciukiem. Uśmiechnęłam się słabo.
- Do zobaczenia za rok? - zasugerowałam.
- Mhm. - Pokiwał głową.
- A i jeszcze jedno Niall.
- Tak?
- Wcale nie jesteś taki cwany, oglądałam Wilka*.
Chłopak się zaśmiał.
- Jesteś kobietą idealną i żałuję, że uświadomiłem sobie to tak późno.
- Spokojnie. Może w następnym życiu zdążysz.
- Nie mów tak. Będziemy mieć jeszcze dużo czasu, by nadrobić wszystko to, czego nie zrobiliśmy i wszystko sobie ułożyć. - Odgarnął mi z oczu włosy, które wpadły w nie za sprawą wiatru.
- No to... cześć - wymamrotałam, przygnieciona jego wyznaniem, ponieważ... W tym miejscu chciałam to po prostu tak zostawić, by nie wracać do domu z myślą, że zrobiłam coś źle, że nie wykorzystałam swojej szansy i że gdzieś tam w scenariuszu jest zapisana przyszłość, która wiąże się z Niallem. Złudzenia, a czasami nawet sny na jawie są najgorszym przewodnikiem człowieka.
- Trzymaj się, Ash. - Przytulił mnie do siebie, głaskając po plecach po raz ostatni.

- Więc jednak Niall. - W zamyśleniu mruknęła moja mama, kiedy już siedziałyśmy w aucie. Patrzyły.
- Jednak Niall - powtórzyłam.
- Myślałam, że się nienawidziliście. - Na krótką chwilę zwróciła twarz w moją stronę.
- Ja też tak myślałam.

Takim oto sposobem pozostawiłam za sobą chłopaka, który był mi tak inny i odległy, a w przeciągu kilkudziesięciu dni stał się w moich oczach osobą, która rozumiała mnie najlepiej, która zawsze chciała mnie wysłuchać, służyła dobrą radą i wyciągała pomocną dłoń, gdy się potykałam, podążając ścieżkami życia. Pozostawiłam tu moją bratnią duszę, kogoś, kto zmienił się na tyle, iż jestem w stanie uwierzyć, że podarowałby mi gwiazdkę z nieba, gdyby tylko mógł, kogoś, kto sprawił, że w końcu poczułam się kompletna i potrzebna. Pozostawiłam w Mullingar Nialla, którego pokochałam.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
_________________________________________________________________________
*Mowa o filmie "Wilk z Wall Street" - zapożyczona scena z długopisem.

No więc cóż, nawaliłam troszkę, ponieważ w zasadzie 1/2 rozdziału miałam jeszcze przed egzaminami, ale potem się zacięłam, teoretycznie wiedziałam, co chcę napisać, ale nie miałam pojęcia jak. I w zasadzie pisałam tylko dlatego, że miałam dość miły spam w komentarzach i to dało mi niemałego kopa w dupę. Iiii zapowiada się na 2 część, ale tak naprawdę tylko dlatego, że pozostały sprawy nierozwiązane, które chcę wyjaśnić, chcę postawić tę historię w jeszcze troszkę innym świetle i napisać takie prawdziwe, piękne zakończenie, ponieważ ten epilog traktuję tak trochę jako "stan przejściowy" że tak powiem. Dlatego jeśli jest tu jeszcze w ogóle ktoś, kto chce to czytać, to proszę o jakiś znak, ponieważ mimo, że tak bardzo chcę poprowadzić to ff dalej, aby było po mojemu, to nie mam pojęcia, czy pisanie ma sens, jeśli miałyby czytać 3 osoby. Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Zanim pojawi się kolejna część, "biorę urlop" że tak powiem, czyli chcę napisać przynajmniej 3 rozdziały do przodu i dopiero wtedy zacznę publikować. Po wakacjach powinnam wrócić, trzymajcie się;-)

poniedziałek, 28 marca 2016

Rozdział trzydziesty piąty. 'Piękny mamy dziś księżyc'

- Zostań, proszę.

- Niall, czy nie uważasz, że to co mówisz jest najzwyczajniej w świecie śmieszne? Poza tym to egoistyczne jak nie wiem co.
- Dlaczego? Przecież sama mówiłaś, że tam nikogo nie masz. Jesteś otoczona ludźmi którzy są na tyle ślepi, żeby cię mijać.
- Pasuje mi to - fuknęłam, czując, jak rozpiera mnie niepohamowany smutek.
Za kogo się uważa, by to stwierdzać?
- Kto chciałby być sam?
- Nie wiem, ale z tego co wnioskuję, na pewno nie ty. - Odsunęłam się jak najdalej, wciąż jednak siedząc twarzą do niego.
- Okej, nie chcę się kłócić, ale po prostu... rozpatrz to. Zostało jeszcze kilka dni.
- Wiesz co? Myślisz tylko o sobie - powiedziałam. Te proste, a jednak dogłębnie przemyślane słowa miały w sobie sporo żalu.
Niall wypuścił z siebie powietrze i w roztargnieniu przeczesał włosy palcami.
- Nie - wyrzucił tylko.
- Owszem. Chwilami mam wrażenie, że mnie wykorzystujesz. Myślisz, że jak chwilę pobędę w towarzystwie przystojnego chłopaka, to od razu zmiękną mi kolana? Że owiniesz mnie sobie wokół palca? Cóż, jeśli tak sądzisz, to wiedz, że zawiodłam się na tobie Niall. 
- Co ty wygadujesz? Nigdy niczego takiego nie powiedziałem ani nie pomyślałem!
- Być może, ale uczyniłeś mnie słabą. Nawet jeśli ludzie się zmieniają, wciąż wywierają taki sam wpływ na otoczenie - fuknęłam.
- Chcesz wiedzieć za co tak bardzo cię nienawidziłem od dziecka?! Chcesz? - Spojrzał na mnie z bólem w oczach, lecz mnie zabolało to tysiąc razy bardziej. Pokiwałam głową. Chłopak westchnął i skierował wzrok przed siebie. - Twój tata już wtedy pił, między moimi rodzicami coś zaczęło się nie układać. Nasi ojcowie się znali, coraz częściej wychodzili się napić... Pamiętam to, bo w tamtym okresie co noc płakałem. Miałem około sześciu lat. I wtedy po prostu zabrali nas do baru, posadzili przy jednym stoliczku i kazali malować. Tak teoretycznie zaczyna się większość przyjaźni. Ale wyszło inaczej. Nienawidziłem cię od samego początku. Bo uważałem cię za wroga, ze względu na to, że byłaś córką faceta, przez którego mojego ojca nie ma coraz częściej w domu, mama siedzi nieruchomo na kanapie i patrzy w dal, a ja zaczynam grać coraz mniejszą rolę w rodzinie. - Wypowiadając ostatnie słowo nakreślił w powietrzu cudzysłowie.
- Ludzie mają różne słabe strony, a jego była akurat taka - wgryzłam się w jego monolog, broniąc taty.
- Teraz to wiem. Ale miałem sześć cholernych lat, może nawet nie sześć, i nikt się mną nie interesował w większej mierze. Nie wiedziałem, kogo za to obwiniać. Na początku pociski były wycelowane prosto we mnie, ale potem poznałem ciebie i byłaś taka niewinna i chciałem jakoś odreagować, a że byłem mały, wyłączyłem całkowicie stare myśli i zrzuciłem całą winę na ciebie.
- Wiesz co? Skoro mówisz tak o sobie z dzieciństwa, o sposobie, w jaki odreagowywałeś już wtedy, to zastanów się chwilę: gdybyś nadal szedł tym tropem myślenia, w końcu zostałbyś mordercą i gwałcicielem bez żadnych skrupułów! - warknęłam na niego z obrzydzeniem i przyciągnęłam kolana jeszcze bliżej klatki piersiowej.
- Nie. - Jego głos się zachwiał, podczas gdy on patrzył w trawę, ale zarazem jakby troszkę dalej. - Ja po prostu przekonałem samego siebie, że to właśnie tak, jak sobie sam to ułożyłem w głowie. I kiedy zacząłem, niełatwo było przestać, głównie dlatego, że ty też nie byłaś święta, zawsze coś na mnie miałaś i kłóciłaś się równie zajadle.
- Przecież twój ojciec nie popadł w alkoholizm, więc czemu obwiniałeś za to kurwa mnie?! - wrzasnęłam na niego, ponieważ nie mogłam trzymać już emocji na wodzy. To było za wiele. W moich oczach zgromadziły się łzy, których za nic w świecie nie chciałam uwalniać.
- Wiesz czemu ta chora rzecz, zwana małżeństwem moich rodziców, w ogóle jeszcze się trzyma? Bo gdzieś po drodze dorobili się majątku, tata porzucił alkohol, a mama miała trochę wytchnienia. A jeśli chodzi o mnie, to wciąż im przeszkadzałem. Byłem dla nich kulą u nogi, kochali mnie od święta i myśleli, że nowe plastikowe auto pod choinkę zaklei wszystkie dziury w moim sercu. To nie jest łatwe dla dzieciaka dorastać w takim domu! W pewnym momencie mojego życia zacząłem mieć psychiczne zaburzenia, coś jak rozdwojenie jaźni!
Ostatnie zdanie mnie wystraszyło. Zaległa chwilowa cisza. Patrzyłam w materac pod nami i pociągałam nosem. Przypomniało mi się to, co kiedyś mówił Harry. "Jego rodzice dużo pracują. On został przez nich jak gdyby odrzucony. Przez to odtrącenie trudno mu normalnie zachowywać się w towarzystwie osób, którym nie ufa. On się w pewien sposób broni. Boi się uczuć, boi się ich okazywać, bo kiedy był mały, gdy okazywał je rodzicom, zawiódł się". Zdjęłam nogi z siedzenia, ułożyłam je obok siebie na trawie pod kątem dziewięćdziesięciu stopni i oparłam wyprostowane ręce na kolanach. Głęboko oddychałam, a moje myśli zaczęły krążyć w coraz to bardziej nieprzyjemnych rejonach.
- Wciąż je masz? - spytałam cicho.
- Czy wciąż mam co...?
- Rozdwojenia jaźni. Zaburzenia osobowości, tożsamości. Pierdolone wahania nastroju. Masz?
- Nie, Ashley, nie mam. Już nie. - Wstał i zaczął chodzić w kółko.
- Kłamiesz - powiedziałam cicho.
Spojrzał na mnie wielkimi oczami i szybko przykucnął obok huśtawki, tuż przy mnie. Złapał jedną z moich rąk.
- Nie kłamię. - Potrząsnął energicznie głową.
- Kłamiesz. Cały ten czas się mną bawiłeś, od samego dziecka, ale teraz przegiąłeś. Nie sądziłam, że zdołasz mnie aż tak upokorzyć. - Wyrwałam mu swoją rękę.
- Ashley... Nie. To minęło jeszcze kiedy byłem nastolatkiem, prawdopodobnie gdzieś w okresie, kiedy wyjechałaś.
- To idealny dowód na to, że im dalej od ciebie jestem tym lepiej. I im szybciej wrócę do Longford, tym łatwiej ci będzie znów stać się sobą. - Z każdym słowem dokładałam kolejną cegłę, budując wokół siebie gruby mur obronny, który kilka chwil wcześniej się posypał. A w zasadzie posypał się już dawno temu, z chwilą, kiedy zaufałam Niallowi i obnażyłam przed nim swoje wnętrze. Jednak teraz wszystko zdawało się wracać do normy, a to, co zawiązane było w supeł w moim gardle, powoli z niego wypływało. Zerwałam się na nogi, ale niebieskooki mnie powstrzymał.
- Nie idź. - Stał blisko mnie, delikatnie trzymając mnie za ramiona nieco poniżej łokci, i znacznie górował nade mną swoim wzrostem, więc zadarłam głowę.
- A jak nie, to co? Wiesz, jakie niezbite dowody mam na to, że wcale się nie wyleczyłeś? Nie wiesz? Hm, no więc zacznijmy od tego dnia, kiedy przyjechałam. Od razu zaatakowałeś mnie na ulicy. Potem to się powtarzało. Aż nagle zacząłeś podwozić mnie do domu w ulewie, pobiłeś Louisa, bo uwaga cytuję: "Ashley mogłoby się coś stać", grałeś ze mną w karty i chciałeś zawrzeć pokój i - w tym momencie się zapowietrzyłam, ponieważ miałam w planach powiedzieć coś, co do dziś nie dawało mi spokoju - i poszedłeś ze mną do łóżka, a następnego dnia powiedziałeś, że nic się nie zmieniło, i jest jak dawniej, ja nie lubię ciebie, a ty nie lubisz mnie; rozumiesz?
- Przecież powiedziałem ci potem, że tamtego ranka kłamałem.
- A ja w tej chwili zastanawiam się, czy to nie była przypadkiem prawda.
- Ash... Ufaj mi. - Jego podbródek zadrgał.
- Właśnie o to chodzi. Zaufanie ci to był największy błąd, jaki popełniłam.
- Nie mów tak, błagam.
- Powiem, co tylko zechcę. Nadal nie rozumiesz. - Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- Czy zaufałabyś mi szybciej i trwalej, gdybym w momencie, gdy wróciłaś, od razu był miły i uroczy? Czy nie lepszym sposobem było to, jak doszliśmy do tego sami? Stopniowo, z górki i pod górkę, lepiej i gorzej, ale prawdziwie? - Próbował uderzyć do najgłębszych pokładów mojego mózgu. Pomyślałam nad tym chwilę, wpatrując się w logo firmy na jego koszulce.
- Tu masz rację - westchnęłam. - Ale udało ci się wrócić do punktu wyjścia.
- Gdybym chciał stać nadal w punkcie wyjścia, nie powiedziałbym ci o moich problemach z dzieciństwa. W zasadzie nie miałem zamiaru, zawsze jakoś wymijałem te tematy, nie mówiłem wszystkiego, ale wymykasz mi się z rąk, niełatwo cię powstrzymać i znikniesz, owszem, za kilka dni znikniesz i nie mam pojęcia czy wrócisz. A teraz mówię ci całą prawdę i chociaż to trudne i wstydzę się przyznawać do tego, jaki byłem, to każde pojedyncze słowo jest prawdziwe. Chcę, żebyś została, jakkolwiek absurdalnie to brzmi po tym wszystkim, co dzisiaj ode mnie usłyszałaś. I nawet jeśli przewinąłem się przez gabinety tysiąca psychologów, to ty mnie ostatecznie wyleczyłaś. Nie jestem już agresywny, nie łkam po nocach, bo tak - i to się zdarzało, nie czuję potrzeby przesiadywania całymi dniami na poddaszu, a tak długo z tym walczyłem, nienawidziłem samego siebie, a to wciąż i wciąż odbijało się na innych. A potem jakoś odeszło, w miarę jak się do siebie zbliżaliśmy. Chciałem wynagrodzić ci całe zło, ale w miarę upływu czasu zrozumiałem, że nie chcę jedynie odkupywać stare grzechy, ale dać ci coś od siebie. I jakimś śmiesznym sposobem, stałem się lepszym człowiekiem i poukładałem sobie wszystko w głowie. Plus do plusa, minus do uziemienia, pamiętasz? - Popatrzył jeszcze chwilę w moje oczy, na ułamek sekundy zsunął wzrok na usta, a potem puścił moje ręce i cofnął się dwa kroki do tyłu, dając mi przestrzeń.
- Wiesz, że i tak wyjadę? - wymamrotałam pod nosem.
- Domyślam się. - Jego głos jakby dobiegał spod tafli wody. - Wiesz, może pomyślisz, że byłaś dla mnie jedynie środkiem do uporania się z demonami przeszłości, ale nie. Tak nie było ani nie jest. Bo to dla ciebie chciałem się z nimi uporać. O to w tym chodzi. O nic innego.
- Rozumiem. - Pokiwałam głową. Chciałam jedynie iść w końcu do domu, położyć się i przetworzyć wszystko w głowie, ponieważ nie było to proste, kiedy blondyn patrzył na mnie z tak wielką nadzieją, prawdopodobnie oczekując, że powiem coś, cokolwiek, co upewni go w tym, że jego winy zostaną odpuszczone.
- Nie ufasz mi już, prawda?
- Sama nie wiem - skłamałam. - Pójdę już. - Zrobiłam krok do przodu, ale zatrzymał mnie jego głos.
- Kocham cię.
- C-co? - zająknęłam się. - Dlaczego to powiedziałeś? - Zmarszczyłam brwi.
- Ponieważ to jest to, co czuję i mam wrażenie, że jeśli ci tego teraz nie powiem to stracę jakąkolwiek okazję, by to zrobić. - Spojrzał na mnie nieporadnie, jak zagubione dziecko, a zarazem tak pełny determinacji, że miałam ochotę się rozpłakać. I tak, ufałam mu. Ufałabym, nawet gdyby był szalony. Ale nie mogłam nic odpowiedzieć, więc najzwyczajniej w świecie ruszyłam przed siebie, jakby właśnie przed chwilą wypowiedział pożegnanie, zwykłe "cześć". Mijając chłopaka, zahaczyłam ramieniem o jego, przypadkowo go popychając i byłam wdzięczna, że tego nie skomentował, ani że za mną nie poszedł. Potrzebowałam ciszy. I samotności. Cisza, samotność i książki to jedyne rzeczy, które nie stwarzają problemów.


Pierwszym, co zrobiłam po wparowaniu do pokoju, było dorwanie się do półki z książkami. Utop w czymś myśli, utop w czymś swoje dotychczasowe życie. "Kocham cię". Nie, ludzie nie kochają. Chyba. "Kocham cię". Poczułam, jak mój żołądek się kurczy i podchodzi mi do gardła. "Kocham cię". Zaczęłam przekopywać się przez woluminy w różnokolorowych okładkach. Było tu kilka białych kruków, coś z mitologii, książki, które czytałam dziesiątki razy, te, które nie wzbudziły we mnie większych emocji oraz kilka starych podręczników. Szarpnęłam za poniszczoną okładkę jednej z moich ulubionych powieści, która towarzyszyła mi w najgorszych okresach życia, i którą zawsze ze sobą zbierałam, gdy wyjeżdżałam na dłużej. I cóż, ów szarpnięcie nie było zbyt subtelne, ponieważ oprócz pożądanej książki, wysunęła się jeszcze jedna i z hałasem upadła na podłogę, udając białego gołębia, otwierając się w powietrzu i rozsypując wokół pojedyncze, powyrywane kartki. Okładka sugerowała, że to podręcznik od języka angielskiego sprzed praktycznie dwóch lat. Westchnęłam i przykucnęłam. Najpierw pozbierałam notatki, kartkówki i "bezpańskie" kartki, wypadłe w wyniku tego, że szwy książki nie były zbyt mocne. Wzięłam do ręki podręcznik, odwróciłam go i już miałam zamknąć, gdy mój wzrok przykuł wytłuszczony napis. Pigmalion - głosiła uparcie książka. Głos w mojej głowie podpowiadał, iż był to termin, którego użył dziś rano Niall tuż po tym, jak namalował mi na powiekach kreski. Swoją drogą - wciąż je miałam, w bardziej lub mniej opłakanym stanie. Przezwyciężyłam upór i spojrzałam w dół strony, w celu przypomnienia sobie, o co chodziło. Powiedzmy sobie szczerze: o mój mózg wciąż obijało się echo tej niezbyt spokojnej wymiany zdań, jaką przeprowadziłam nie tak dawno z chłopakiem. Nie mogłam skupić się na ani jednym słowie, rozmywały się one i stapiały w całość gdy jedynie na nie patrzyłam. Może powinnam się zdrzemnąć? Zamknęłam książkę, odpuszczając. Ale w tej samej chwili dostrzegłam stosik kartek w kratkę, który sama przed chwilą ułożyłam. Złapałam za nie i zaczęłam każdą powierzchownie przeglądać. Zawsze robiłam notatki, by potem ułatwić sobie pisanie interpretacji i innych prac. Kiedy nie znalazłam za pierwszym razem, zaczęłam szperać od nowa, z myślą, że może coś przegapiłam. I owszem, chwilę potem wydobyłam odpowiednią kartkę. "Pigmalion - król Cypru, rzeźbiarz, samotny, zakochał się w swoim dziele, czyli w wyrzeźbionej przez siebie dziewczynie z kości słoniowej - Galatei". Poczułam się nagle, jakby krew w moich żyłach zmieniła kierunek biegu. Czym prędzej odłożyłam wszystko na biurko i rezygnując z czytania, wsunęłam się pod chłodną pościel. W tamtym momencie chciałam zniknąć, albo przynajmniej usnąć i obudzić się dopiero w Longford, a jeszcze lepiej na początku tych wakacji. Gdybym tylko miała taką możliwość, nigdy nie pozwoliłabym Niallowi tak się do siebie zbliżyć. Czemu nie chciałam miłości, chociaż teoretycznie jej potrzebowałam? To chyba strach. Po kilkudziesięciu minutach wiercenia się w jedną i w drugą, w końcu usunęłam. Mój sen był jednak na tyle niespokojny, że pięć godzin później obudziłam się i nie dałam rady już zasnąć. Znalazłam telefon, leżący na biurku. Nie mogłam dłużej znieść tej ciszy dookoła i hałasu wewnątrz mojej głowy. Otworzyłam okienko wiadomości.
Ja: Louis?
Odpisał w przeciągu ośmiu minut.
Loueh: Tak kochanie? Jest w pół do trzeciej w nocy, czemu jeszcze nie śpisz?
Ja: Przepraszam
Loueh: Co? Nie, nie o to mi chodziło. Coś się stało?
Ja: Nie wiem
Ja: Niall powiedzial, ze mnie kocha
Kolejna wiadomość przyszła dopiero za trzy minuty.
Loueh: Daj mi 20 min i nie usypiaj!
Czy on miał zamiar tu przyjechać? Czym sobie zasłużyłam na takiego przyjaciela? A dwadzieścia minut to dość długi czas, kiedy nie ma się co robić, a w mózgu kotłują się zabójcze myśli. Spojrzałam na siebie. Wciąż byłam ubrana. Otworzyłam szafę, wyciągnęłam z niej pudrowo-różową koszulkę, szare szorty i po cichu podreptałam pod prysznic.

- Louis? - powiedziałam niepewnie, przepuszczając go w progu drzwi wejściowych.
- Tak?
- Jesteś w kapciach - stwierdziłam.
- Um, tak, czy to się teraz naprawdę liczy?
Wzruszyłam ramionami. Nie chciałam mówić już nic więcej, zanim nie dotrzemy do mojego pokoju, aby nie obudzić dziadków.

Usadowiłam się na parapecie, podczas gdy szatyn zajął jedno z krzeseł i podciągnął jedno z kolan pod brodę.
- Nie wiem, co myśleć - wyznał.
Ty nie wiesz? - spytałam unosząc jedną brew. - Moja sytuacja chyba przedstawia się gorzej.
- Po prostu zastanawiam się, co czujesz i czy jesteś szczęśliwa, ponieważ twoja mina zdradza mało.
- Co powinnam czuć? Co czułeś, kiedy Harry ci to powiedział?
- Hm... Otępienie. Ale to dobre otępienie, gdy jesteś w zbyt dużym szoku, by cokolwiek powiedzieć, więc po prostu w zachwycie cieszysz się tymi słowami.
- A jakie jest złe otępienie?
- Kiedy masz wrażenie, jakby ktoś wylał na ciebie zimną wodę i uderzył wiadrem po głowie. - Skrzywił się, robiąc zabawną minę. - Ty chyba tego nie czujesz, co?
- Ja nawet nie wiem, czy czuję cokolwiek. - Cały ten czas patrzyłam pusto w kawałek ściany przede mną.
Louis wstał i oparł się rękoma o parapet.
- Załóż skarpetki, pochorujesz się - zatroszczył się, zauważywszy moje nagie nogi. To trochę ściągnęło mnie na ziemię.
- W drugiej szufladzie od dołu - rzekłam tylko. Chłopak znalazł parę różowych, puchatych skarpetek i oblekł nimi moje stopy.
- Tak lepiej. - Spojrzał przez okno, którego roleta nie była zaciągnięta. - Piękny mamy dziś księżyc - zauważył. Podążyłam za jego wzrokiem.
- Mhm - mruknęłam, czując, że stopniowo odlatuję.
Jesteś tam? Po drugiej stronie? Modląc się, by ktoś cię pokochał? I nie mając pojęcia, że to nie będę ja?
Poczułam palce na policzku.
- Zamyśliłaś się.
- Nie chcę go zawieść. Ale to nieuniknione.
- Czyli dla ciebie to była tylko przygoda?
- Czy to źle? W sensie... Jak bardzo negatywnie byś to ocenił?
- Ja cię nie oceniam. To indywidualna rola każdego człowieka. - Zrobił pauzę. - Myślałem, że na niego lecisz.
- Ugh, bo tak jest.
- Ale go nie kochasz? - upewnił się.
- Chyba nie.
- Więc pozwól mu kochać siebie.
- Czy to sprawiedliwe? - Zwróciłam ku niemu twarz.
Wzruszył ramionami.
- Dając komuś szczęście stajesz się szczęśliwszym człowiekiem.
- Ale Louis, ja zaraz wyjeżdżam - jęknęłam.
- Więc nie rób mu nadziei. Nie wiem.
- Nigdy nie robiłam, a mimo to cały czas kręcił się gdzieś w pobliżu i dawał mi do zrozumienia, że zmienił się na lepsze.
- Czyli że to rzeczywiście coś prawdziwego. Po prostu zostaw to tak i pozwól temu funkcjonować w materii tego świata. Nie da się zadowolić wszystkich.
- Może masz rację. Ale nie chcę go już spotykać.
- Cóż, ominie cię moje i Harry'ego przyjęcie pożegnalne, więc w sumie nic cię nie obliguje do spotykania się z nim więcej. Zastanów się tylko, czy na pewno tego chcesz i czy nie będziesz żałować.
- Chcę tego.
Louis pocałował moje wciąż wilgotne włosy.
- Zostaniesz?
- W zasadzie miałem taki zamiar, Hazz powiedział, że nie będzie miał nic przeciwko. Plus jestem senny, a jazda w takim stanie jest dość niebezpieczna.
- Dziękuję. Tylko... - zaczęłam, gdy wgramoliliśmy się do łóżka. Lou przytulił mnie od tyłu.
- Hm?
- To trochę głupie, ale czy mógłbyś opuścić ten dom jakoś o szóstej? Ponieważ babcia już raz przyłapała mnie na spaniu z Niallem.
- Z Niallem, powiadasz - wypowiedział te słowa tonem wskazującym na zainteresowanie.
- Oj weź, tylko spaliśmy.
- Z Niallem, powiadasz - rzekł już ciszej, wzdychając.
- Dobranoc, Louis - mruknęłam, ponieważ naprawdę chciałam, by się zamknął.
Zachichotał, łaskocząc przy tym moją szyję, a kilka minut później jego oddech się uspokoił. Na wszelki wypadek ustawiłam alarm na 05:59, mrużąc przy tym oczy. Lecz nie mogłam dać im wytchnienia, ponieważ w chwili, gdy chciałam wygasić ekran, dostałam wiadomość tekstową.

Niall: Wiesz co jest fajne? Że nawet jak Księżyca nie widać, to on ciągle tam jest, nigdy nie przestaje świecić. I gdy nastanie noc, znów można będzie go ujrzeć. A co jest jeszcze fajniejsze? Że w przeciwieństwie do Słońca, Księżyc jest jeden jedyny w swoim rodzaju i przeznaczony tylko dla naszej planety. Inne mogą mieć ich dziesiątki, na przykład Jowisz ma ich 63. A Ziemia ma jeden. I to czyni ją wyjątkową. I ten Księżyc też.

Czytałam sms-a w kółko od nowa tak długo, aż nie zmorzył mnie sen. A jeśli miałabym być drobiazgowa, to dokładnie czterdzieści siedem razy. Spora liczba. Jednak jeśli miałabym przyznać, ile razy nieświadomie okłamałam dziś nie tylko Louisa, ale przede wszystkim samą siebie, prawdopodobnie zgubiłabym się przy setce. Mój umysł mnie okłamywał, jednak serce wciąż krzyczało prawdę. Musiałam tylko dać mu głos.


__________________________________________________________________
Jak obiecałam - nowy rozdział pojawił się bardzo szybko. Co prawda miał być już w sobotę, ale tylko pod warunkiem dziesięciu komentarzy, które niestety się nie pojawiły. No trudno, może pod tym rozdziałem będzie lepiej;-) Bo nie do końca wiem, czy jesteście świadomi tego, że od tego jaki mam posłuch, zależy to, czy będę kontynuowała pisanie opowiadania. Kolejny wpis - epilog, powinien pojawić się dość szybko, jeśli jednak stanie się inaczej - dopiero na koniec kwietnia, ponieważ już niedługo mam egzaminy. Poza tym, jeśli jeszcze nie jest za późno, chciałabym życzyć Wam Wesołych Świąt!

czwartek, 17 marca 2016

Rozdział trzydziesty czwarty. 'Więc jesteśmy dwójką szaleńców?'

Zdjęłam z fiolki ozdobny korek i przystawiłam buteleczkę do nosa. Skrzywiłam się na silny grejpfrutowy zapach, odstawiłam perfumy na półkę i sięgnęłam po inne. Kwiatowe, śliczne. Upewniłam się, że nikt nie patrzy i spsikałam dekolt zapachem. Odwróciłam się, szukając wzrokiem Nialla. Dojrzałam jego bordową bluzę, więc zaczęłam iść w tym kierunku.
- Które? - Podstawił mi pod nos kolejno trzy flakoniki.
- Pierwszy odpada. Drugi albo trzeci.
- Okej, biorę te. - Wskazał na jedne i odstawił resztę. - Chcesz coś? - Włożył rękę do kieszeni spodni w poszukiwaniu portfela.
- Nie? - Skrzywiłam się na jego pytanie. Nie chcę, by mi cokolwiek kupował.
- No już, rozchmurz się.
- Nie - burknęłam.
Chłopak teatralnie westchnął.
- Tak więc poprawię swoje pytanie. Kupujesz coś?
- Nie.
- Dobra, więc idę za to zapłacić.
Nie chcąc czuć się jak rzep u ogona, oddaliłam się do alejki, gdzie znajdowały się kosmetyki do oczu. Po chwili Niall był przy mnie, z torebką w ręku. Kiedy podniosłam wzrok, ponad jego ramieniem zobaczyłam pewną twarz. Oczy, które wiem, że znałam, spojrzały na mnie w tym samym momencie. Chwila namysłu...
- Martin - szepnęłam.
- Hm? - Niall zmarszczył brwi. Widocznie chciał się odwrócić, ale pociągnęłam go za rękaw.
- Nie, nie rób tego. Tylko mnie wydasz.
- Kto to? - Blondyn wyglądał na widocznie zdezorientowanego.
- Chłopak, z którym chodziłam do klasy. Raczej go nie lubiłam.
- Oj, w takim razie muszę cię zabrać jak najdalej od niego.
Przechyliłam głowę, dając mu do wiadomości, że nie rozumiem.
- No wiesz, mnie też na początku nie lubiłaś. - Zagryzł dolną wargę.
Oderwawszy od niej wzrok po kilku sekundach, w końcu się odezwałam.
- Nazywał mnie emo. Niall, czy ja naprawdę wyglądam, albo zachowuję się jak emo?
- Hmm. Zamknij oczy.
- Słucham?
- No proszę, Ashley.
Pokręciłam głową z rezygnacją, po czym opuściłam powieki.
- I obiecaj że pod żadnym pozorem nie zaczniesz krzyczeć. - Zniżył głos.
Uchyliłam jedno oko, aby zobaczyć, że między palcami trzyma testerową konturówkę.
- Mój ty Boże, na co ja się godzę.
Poczułam jak przejechał mi kredką raz po jednej, raz po drugiej powiece.
- Gotowe! Mów mi per Pigmalion.
Pigmalion... Skąd to znam? Odwróciłam się do lusterka. Kiedy zobaczyłam swoje odbicie, parsknęłam śmiechem.
- Idealnie - wrzuciłam z siebie, komentując krzywe kreski. - A myślałam, że to mój makijaż jest okropny.
- Dzięki mała. A ja się tak starałem.
Przewróciłam oczami.
- Możemy wyjść już z tej drogerii? Chyba powinnam znaleźć łazienkę i to zmyć...
- Nie ma mowy!
- Ludzie będą się śmiać.
- A jak to zmyjesz to ja się obrażę.
- Zachowujesz się jak dziecko. - Wyjęłam mu w końcu kredkę z ręki i odłożyłam ją na miejsce.
- Owszem i ja nie przejmuję się tym, co sądzą o mnie inni.
Wywróciłam oczami.
- Niech ci będzie.
Przy wyjściu ze sklepu, z nosem w telefonie stał Martin. Hm, trzeba się z nim zmierzyć, bo nie sądzę, by pozwolił mi przejść obojętnie. W końcu podniósł swój wzrok.
- Cześć Ashley! Zdaje się, jakbyśmy nie widzieli się przez wieki. Zderzyłaś się z Kleopatrą?
- Uh, cześć. Jak życie?
Niall wyraźnie nie spodziewał się tego, że się zatrzymam, bo już przekroczył czujniki kradzieży i zastygł z nogą w powietrzu. Znów skierowałam wzrok na starego znajomego. Prześledziłam jego twarz, by stwierdzić, że ma w wardze kolczyk. Moja szkoła. Powróciłam do zielonych, błyszczących oczu i się na nich zatrzymałam.
- Jakoś się układa. Co u ciebie?
- Spędzam tu wakacje. Czasem dobrze wracać do czegoś, co zna się od małego.
- I jak, zostajesz? - Uniósł brwi.
- Za cztery dni wracam... - Wymusiłam uśmiech.
- Mhm... Nie chcę być wścibski, ale... Kto to? - Skinął podbródkiem lekko w prawo.
Wcześniej byłam przekonana, że blondyn za mną stoi, ale kiedy odwróciłam głowę, zauważyłam, że stoi z rękoma w kieszeniach przed wystawą kolejnego sklepu i udaje, że jest zainteresowany tym, co widzi.
- Nie jesteśmy na tyle blisko, żebym musiała ci o tym mówić.
- Mm, czyżby moja koleżanka emo metr pięćdziesiąt znalazła sobie chłopaka? - Poruszył brwiami.
- Twoje wścibskie żarciki nadal cię nie opuściły, mam rację?
- Jak widać.
- Człowieku mamy po siedemnaście lat, kiedy zamierzasz wydorośleć?
- Nie jesteśmy na tyle blisko, żebyś mogła mnie pouczać. - Powiedział, jednak kiedy zobaczył moją minę, zaczął się śmiać. - Więc, zmieniając temat, czy tam gdzie żeś się wyprowadziła są w ogóle tak wspaniali towarzysze jak ja?
Nie ważne jak bardzo chciałabym powiedzieć "owszem" i przypiłować jego pewność siebie, musiałam przyznać mu prawdę.
- Nie, w Longford nie ma już takich ludzi. - Nie jednak, żebym nie mogła znaleźć leku na jego ego. - Nie ma takich irytujących, idiotycznych chłopaków, są porządni młodzieńcy. - Uniosłam podbródek do góry i przymknęłam powieki. To był zły pomysł, ponieważ od razu poczułam jak jego palce roztrzepują na wszystkie strony moją grzywkę, która swoją drogą była już bardzo długa. Gdzieś z boku usłyszałam odchrząknięcie. Martin jakby właśnie przypomniał sobie o obecności Nialla i obojętnie na niego spojrzał (przyznaję, ja też troszkę, ale tylko ociupinkę o nim zapomniałam). Poprawiłam włosy.
- Zaprosiłbym cię na kawę, ale ten pan po prawo chyba się niecierpliwi - mruknął, ściszając głos o dwa tony. - Trzymaj się moja emo koleżanko - powiedział już normalnie.
- Ty też. Do zobaczenia. - Posłałam mu uśmiech i rozeszliśmy się w dwie strony.
Przez chwilę szliśmy z Niallem w ciszy.
- Więc mówisz, że raczej go nie lubiłaś... ciekawe.
- Może źle to ujęłam. Raczej nie mieliśmy kontaktu - poprawiłam się. - Kilka razy wyskoczyliśmy razem na wagary, ale to wszystko. - Spojrzałam na niego, ale patrzył przed siebie. - Oh, no weź, zżera cię zazdrość czy jak? 
- Nie - odrzekł krótko. Jednak bardzo szybko potem, kiedy przywiązałam uwagę do jakiejś wystawy, poczułam jak moje biodro oplata ręka. Uśmiechnęłam się pod nosem, ponieważ hm, wygrałam. Jest zazdrosny, chociaż nawet nie próbowałam tego wywołać. I okej, teraz to brzmi dziwnie.
- Jak myślisz, Lou wyszedł już od fryzjera?
- Nie, miał napisać mi sms-a. Więc możemy wejść do jeszcze jakiegoś sklepu, lub iść do kawiarni. Które wybierasz? - zapytał.
- Hmm, wiesz, dawno nie jadłam jagodzianek.
Uśmiechnął się i nic nie odpowiadając pociągnął mnie w stronę oszklonej kawiarenki na rogu kompleksu. Okazało się, że nie sprzedają tam zwykłych bułek, więc rzuciłam okiem za szybę z najwymyślniejszymi ciastami.
- Chyba zjem kawałek tego karmelowego - odrzekłam, w jednej trzeciej do siebie, do Nialla i kobiety za kasą.
- Ja poproszę to. - Chłopak wskazał ciasto palcem.
- Zapłacę - oznajmiłam mu.
- Hej, to ja tu jestem chłopakiem.
- Czy to sprawia, że jesteś lepszy? - Uniosłam brwi. Wiedziałam, że ekspedientka przywiązuje zbyt dużo uwagi naszej rozmowie, a za mało temu, co powinna, bo prawie wypuściła z rąk talerzyk, próbując nałożyć na niego ciasto.
- Nie. To sprawia, że powinienem robić wszystko, byś ty poczuła się lepsza.
Nie wytrzymałam pod ciężarem jego wzroku, więc po prostu go spuściłam.
- Poszukam wolnego miejsca - powiedziałam zrezygnowana.
Za chwilę pojawił się Niall z tacą i rozstawił dwa talerzyki i filiżankę z podstawkiem na stole.
- Nie mają herbaty.
- W jak chore miejsce mnie przyprowadziłeś? - Skrzywiłam się.
- Wypijesz kawę czy może chcesz coś innego.
Zmrużyłam oczy, na co on zmarszczył nos i wciąż wyczekiwał na moją odpowiedź.
- Smoothie.
- Jaki smak?
- Każdy, byle nie truskawkowy.

- Tu was mam! - Ktoś położył mi ręce na barkach, opierając przy tym ciężar swojego ciała na mnie.
- Hej, hej, hej, ważę tylko 49 kilogramów, a ty zdecydowanie jesteś cięższy. - Odwróciłam głowę do Lou. - O mój Boże, co z twoimi włosami?! - Wyciągnęłam w ich kierunku rękę i zatopiłam palce w grzywce, która była teraz uniesiona.
- Ty tak w pozytywnym sensie czy jak... - Spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Tak! Wyglądasz jak błyskotka, która skusiłaby każdą laskę albo chłopaka.
- No tak, staraj się jak głupi a ona i tak doceni najpierw przyjaciela geja. - Niall westchnął teatralnie.
Zaśmiałam się z jego głupoty i skierowałam na niego swoją uwagę. Pomyślałam chwilę nad doborem słów.
- Lubię, kiedy się uśmiechasz. Ale ostatnio twoja twarz wyraża mniej niż cegła. Co i tak jest godne jakiegoś medalu dla ciebie, bo od dziecka pamiętam, że wiecznie byłeś jedynie gburowaty.
- Ten komplement brzmiałby tysiąc razy lepiej, gdybyś skończyła na pierwszym zdaniu - pouczył mnie Niall.
Szatyn się zaśmiał.
- Zaczekajcie, kupię sobie tylko ciasto i chętnie posłucham o mini Niallu.
- Nie ma czego słuchać, ej! - sprzeciwił się chłopak.
- Ja tam sądzę, że Ash ma jeszcze coś w zanadrzu, a raczej sporo przypałowych historyjek, skoro nigdy się nie znosiliście. - Puścił mu oczko.
Jezu Louis puścił Niallowi oczko. On to zrobił czy to było moje przywidzenie?! Wtf on naprawdę...
- Co ty przed chwilą... - Blondyn zdawał się być raczej zniesmaczony.
Louis jednak go nie słuchał i rozkołysanym krokiem odszedł w stronę kas.
- No więc, Ash, co "masz w zanadrzu" - zapytał mnie Niall.
- W zasadzie nic. - Oparłam podbródek na dłoni, owijając drugą wokół pojemnika z napojem bananowo-kokosowym. - Jak byłam młodsza to myślałam raczej o tym, żeby jak najszybciej wydostać się ze szkoły, zakopać pod kołdrą, pisząc listy, których nigdy nie wysłałam i czytać książki. Nie zwracałam zbytnio uwagi na ludzi, a przynajmniej nie na tych, z którymi nie miałam do czynienia. Ale pamiętam, jakieś prześwity... Hm. Nie byliśmy w tym barze tylko jeden raz, prawda? Chyba byłam zbyt mała, by to zapamiętać.
Niall zmarszczył brwi.
- Myślisz w tej chwili o tym co ja?
- Wylałam na ciebie picie? Czy moja pamięć robi mi psikusy?
- Truskawkowe.
- No cóż, nigdy nie lubiłam truskawek. - Wzruszyłam ramionami, robiąc niewinną minę i pociągając łyk napoju.
Chłopak pokręcił głową i zaczął bawić się pustym papierkiem po cukrze. Przyszedł Louis, stawiając na stole zielone smoothie. W ręku dzierżył talerzyk z babeczką. Spróbowałam jego picia.
- Mm, dobre, jaki smak?
- Kiwi-aloes. - Zdjął oliwkową kurtkę, zawiesił ją na oparciu krzesła obok Nialla i się na nie wsunął. - No! Teraz w końcu masz widok na porządnego mężczyznę! - oznajmił radośnie.
Zaczęłam się śmiać.
- Myślałam, że nie jesteś zainteresowany. - Uniosłam jedną brew.
- Nie pamiętasz? To z tobą będę mieć romans za 20 lat, zapisz sobie w kalendarzu i jak stuknie ci trzydzieści siedem to dzwoń. - Wgryzł się w muffinkę.
- Aż mi się w tym momencie zebrało na rzyganie - jęknął Niall, a jakaś kobieta za nim się odwróciła. Potem skierowała wzrok na mnie, więc rzuciłam jej zakłopotany uśmiech.
Niall się skrzywił.
- Czy za mną znów znajduje się ten koleś, z którym byłaś w jednej klasie?

Kobieta nadal nie wróciła do swojej dawnej pozycji.
- W zasadzie to-
Ale blondyn mnie nie słuchał, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i nie czekając aż skończę, odwrócił się w tamtą stronę.
- Jak chcesz się z nią umówić, to po prostu zapytaj, ale to trochę niegrzeczne, bo nie wiem czy zauważyłeś, ale jest z nami - powiedział i dosłownie w chwili, gdy skończył, zrozumiał, że to wcale nie Martin. Odruchowo zakrył palcami usta. Widziałam, że Louis za wszelką cenę powstrzymuje śmiech, ale ja byłam chyba po prostu zbyt zmieszana i przerażona, żeby się śmiać. - Przepraszam panią, chyba... Chyba panią z kimś pomyliłem. - Kiedy nie doczekał się ze strony kobiety żadnej odpowiedzi, tylko lekceważącego spojrzenia, powoli się odwrócił. Oparł klatkę piersiową nad stołem i zaczął się bezgłośnie śmiać. Louisowi wręcz szła z uszu para, a głowę schował w dłoniach.
- To nie było potrzebne, idioto - skarciłam go, choć w tym momencie i mi chciało się śmiać. - Nigdy więcej nie przychodzę z takimi dziećmi w miejsce publiczne.
- Spadajmy stąd - zarządził Niall, jednak ja nie miałam zamiaru jeszcze odchodzić.
- Zaczekaj. - Uniosłam rękę, dając mu znak, by z powrotem opadł na krzesło, co powoli zrobił, marszcząc przy tym brwi.
Spojrzałam wymownie na Lou, który jednak tego nie zauważył, bo zajęty był strącaniem ze swoich czarnych jeansów kolorowej posypki. Oparłam łokcie na blacie stołu, a palce złożyłam w koszyczek, umiejscawiając na nich brodę. Wciąż nie odwracałam wzroku, lecz czułam, że Niall spogląda to na mnie, to na niego, nic nie mówiąc. W końcu Louis uniósł głowę, zaniepokojony tak długą ciszą.
- Co... Znaczy się: słucham?
- Nie masz nam nic do powiedzenia, Louisie?
- Powiedziałaś "Louisie" - zauważył szatyn.
- Tak, bo w sumie nie znam twojego drugiego imienia.
- William - wtrącił się Niall, jednocześnie zdezorientowany, jak i coraz bardziej ciekawy przez zaistniałą sytuację.
- Tak więc, Louisie Williamie, czy masz nam coś do powiedzenia?
Chłopak zmarszczył brwi w konsternacji, patrząc mi głęboko w oczy, jednak już po chwili dostrzegłam w nich błysk zrozumienia, niczym zapalająca się znienacka żarówka.
- Sądzę, że znalazłoby się to i owo... Jak na przykład fakt, że Harry chce wrócić do Londynu.
Niall przez cały czas patrzył na niego ze znakiem zapytania wymalowanym na twarzy.
- Po co?
- Chce, żebym znów studiował. - Louis zacisnął wargi i spojrzał w dół, na swoje kolana. - Zanim jeszcze się tu przeprowadziłem, Harry pomieszkiwał w Londynie przez kilka miesięcy. Potem tu wrócił, ale wciąż utrzymywaliśmy kontakt. Kilka razy się spotkaliśmy. Przeprowadzając się do Mullingar, rzucałem się w ocean, jeśli mam być szczery. Był spokojny, ale kto mógł wiedzieć, czy nie nadejdzie przypływ, a wraz z nim ogromne fale i sztormy? Byłem zauroczony Harrym i powoli się w nim zakochiwałem, ale w tym chłopaku było coś takiego, że po prostu musiałem zaryzykować. Moja decyzja była na tyle spontaniczna, że z dnia na dzień postanowiłem o wyjeździe. Ale zarazem prawdopodobnie by do tego nie doszło, gdyby nie fakt, że nie zaliczyłem pierwszego semestru na studiach. Anatomia to gówno, uwierzcie. Harry bardzo długo przekonywał mnie do powrotu, kiedy zacznie się nowy nabór ludzi, ale ja nie chciałem. No i wiecie, em, pojawiło się trochę problemów. Mimo wszystko znalazłem pracę... Jednak od samego początku miałem większe ambicje niż bycie kelnerem. W końcu jako dzieciak bawiłem się strzykawkami, nie filiżankami. Ale po drodze zrozumiałem, że to co się ze mną dzieje, to nie byle co, nie zwykłe zakochanie a prawdziwa miłość, postawiłem ją na pierwszym miejscu, a karierę odłożyłem na bok. A teraz on chce wrócić.
- A ty? - zapytał blondyn.
- Czy chcę wracać?
- Mhm.
- Dziurę w brzuchu wierci mi myśl, że jeśli nie spróbuję teraz, to już prawdopodobnie nigdy. Nie chcę utknąć na całe życie z tacą w ręku.
- Czyli... - zaczęłam, przeciągając samogłoski. - Wyprowadzacie się?
- Prawdopodobnie tak.
- Zastanawiam się, czy jesteś szczęśliwy, czy czujesz się jak w klatce, bo mówisz tak spokojnie, a twoja twarz podpowiada tyle, co nic - skwitował Niall.
- Cieszę się jak cholera. Ale zarazem się stresuję. Wiem mniej więcej co powinienem opanować i muszę się za to wziąć już teraz. Zostało mało czasu, a musimy pomyśleć jeszcze o zakwaterowaniu. Na razie zatrzymamy się u mojej babci, mieszka na obrzeżach miasta. No chyba, że z marszu coś znajdziemy. Dojeżdżanie na wszelkie praktyki mogłoby być kłopotliwe. A tak w ogóle... Skąd wiedziałaś? - Skierował twarz w moją stronę.
- Rozmawiałam przedwczoraj z Harrym o tym i o tamtym - przyznałam.
- Przedwczoraj? Czyli jakby... Wiedziałaś szybciej ode mnie!
- Ee, zaczekaj chwilę, muszę wymyślić jakąś sensowną odpowiedź.
- Mała czarownico, czuję się oszukany, dokładnie wiedziałaś co się szykuje, kiedy pospieszałaś mnie wtedy do domu! - Opuścił energicznie rękę na blat, przy czym zrzucił z niego łyżeczkę. Schylił się po nią. 
- Cóż, muszę przyznać ci rację.
- Czy wy... - zaczął szatyn, z głową wciąż pod stołem.
- Hej! Co ty robisz? Czemu podwijasz mi spodnie?! - Niall podskoczył na krześle.
Zaśmiałam się na ten widok, lecz już za sekundę wyglądałam zupełnie tak, jak on, bo ktoś pociągnął moją kostkę do góry. Kobieta siedząca za blondynem znów się odwróciła, tym razem jednak na nie dłużej niż 4 sekundy.
- Louis, wyłaź spod tego stołu - syknęłam.
- Ale czy wy w ogóle wiecie, że macie prawie takie same skarpetki?
- Czy ty oby na pewno masz 20 lat? - Niall wywrócił oczami.
- Od grudnia możecie mówić, że już 21! - Krzyknął uradowany, wychylając grzywkę i oczy spoza drewnianej powierzchni.
Pokręciłam głową, a mój wzrok padł na wysokiego mężczyznę w okularach, ubranego na czarno, z czerwonym fartuszkiem przewiązanym w pasie.
- Przykro mi, ale jestem zmuszony zwrócić państwu uwagę. Naszym pozostałym gościom nie podoba się wasze zachowanie.
- Um, dobrze, przepraszamy - odezwałam się.
- Żebyś czasem nie wrócił do mnie z anginą, kiedy już skończę medycynę - powiedział pod nosem Louis, wpatrując się w plecy oddalającego się pracownika.
I, cóż, wiedziałam, komu dokładnie "nie podobało się nasze zachowanie", ponieważ ta sama natarczywa kobieta opadła właśnie na krzesło, z którego ówcześnie musiała ruszyć swój tyłek i dokołysać nim aż do bufetu.
- Wracamy? - zapytałam, ziewając.
- Możemy. - Niall pokiwał głową. Stanął tuż obok mnie, a chwilę potem dołączył do niego Louis.


***

- Pięć minut naprawdę nie wyrządzi ci żadnej krzywdy, zważając na to, że spędziłeś u fryzjera o wiele więcej. Dodaj do tego jeszcze czas w kawiarni.
- Harry czeka na mnie z obiadem. Poza tym naprawdę chcę się wziąć za naukę i wykorzystać to, że szef znów zmienia coś w restauracji, dzięki czemu mam trochę wolnego. Nie mam pojęcia, czemu wciąż wyrzuca na to kasę, lepiej podwyższyłby pensję pracownikom. - Przewrócił oczami, odpowiadając na wywód blondyna.
- No dobrze... Ale ty do mnie wejdziesz?
- Myślę, że mogę. - Wzruszyłam ramionami, na co ten tylko się uśmiechnął.


Pociągnęłam łyk ekstremalnie słodkiej herbaty. Blondyn nie raczył uprzedzić mnie, że ją osłodził, a ja nieświadomie ponowiłam jego działania. Jednak nie chciało mi się robić nowej, a Niall już od pięciu minut był w łazience, szukając jakiejś maści na oparzenia, ponieważ niefortunnie wylał odrobinę wrzątku na swój brzuch w okolicach biodra, a może raczej linii V. Bogu dzięki, że i tak woda nie była aż tak gorąca, bo herbata parowała od kilku minut, zanim zabrał się za jej przenoszenie i potknął o dywan. Ale po incydencie odrzucił moją pomoc, więc po prostu siedziałam, bawiąc się lepką łyżeczką. Westchnęłam, wyrażając w tym westchnięciu całą nudę, jaka zdążyła się we mnie przez ten czas skumulować. Powoli podniosłam się z krzesła i nie słuchając poleceń Nialla, udałam się w stronę łazienki. Zapukałam w drzwi, które po chwili zostały uchylone. Omiotłam pomieszczenie wzrokiem. Na pralce stało puste pudełko, a wokół niego rozrzucone były przeróżne tubki. Chłopak szybko przerzucał opakowania, czytając w roztargnieniu ich nazwy. Widziałam, że jest zdenerwowany tym, że nie może znaleźć odpowiedniego. Czy dodałam, że nie miał na sobie koszulki? Stanęłam obok niego i złapałam pierwszą lepszą tubkę z kupki tych, które odrzucił.
- Niall, przecież to jest na poparzenia. - Podstawiłam mu lekarstwo pod nos.
- Serio? - Wziął ode mnie maść. - Rzeczywiście.
- Daj mi to. - Wepchnęłam się tuż przed niego, opierając się o pralkę, a Niall odsunął się odrobinę, dając mi miejsce do jakiegokolwiek działania.
Wycisnęłam trochę żółtej mazi na palec wskazujący i ostrożnie roztarłam ją na zaczerwienionej skórze Nialla, tuż nad linią jego spodni. Przyłożyłam do rany gazę i przykleiłam ją plastrem opatrunkowym. Kiedy skończyłam, przejechałam wzrokiem po wyrzeźbionej klatce piersiowej chłopaka, aż w końcu natknęłam się na jego oczy. I on był taki... wysoki. A potem coraz niższy i niższy, a jego twarz coraz wyraźniejsza i zarazem mniej wyraźna, a oddech coraz gorętszy i...
Energicznie spuściłam głowę, a usta chłopaka odbiły się od mojej skroni. Zamknęłam oczy, czując, jak wszystkie moje zapory pękają, a ściany walą się z hukiem. Czoło Nialla było teraz oparte o bok mojej spuszczonej głowy, jednak zdecydowałam, że nie chcę, aby tak było, więc się od niego odsunęłam.
- Za cztery dni mnie tu nie będzie i chcę do tego czasu jako tako przeżyć.
- Nie rozumiem - powiedział ze szczerością w głosie. Spojrzałam na niego. Nie był zły, że się odsunęłam. W zasadzie: czemu miałby?
- Ja po prostu... Nie chcę - wyszeptałam z trudem.
Niall zamrugał, myśląc nad czymś.
- Nie chcesz wyjeżdżać, czy nie chcesz, żebym cię całował?
- Tak.
- Ashley, "tak" to nie odpowiedź na żadne z moich pytań.
- Właśnie, że odpowiedź. Ty zdecyduj, na które.
Blondyn przez chwilę wędrował wzrokiem po mojej twarzy. Potem podniósł rękę i poczułam, jak jego smukłe palce wyplątują pasemko moich włosów zza jednego ucha.
- Co robisz? - zapytałam.
Wzruszył ramionami.
- Unikam odpowiedzialności.
- Za co?
- Za słowa. I czyny. W sumie za całe życie. Po prostu stąd chodźmy. - Schylił się, w celu zabrania z podłogi swojej koszulki, po czym opuścił łazienkę.


Wsłuchiwałam się w dźwięk monotonnie skrzypiącej huśtawki. Była to jedna z tych długich i szerokich rodzinnych huśtawek, najprawdopodobniej od lat nie smarowana żadnym olejem. Dzięki temu jednak, zbudowałam wokół siebie tak szczelną barierę dźwiękową, że głos Nialla ledwo się przez nią przebijał. Raczej się odbijał i rozchodził na boki, a żadne z jego słów nie trafiało do mojego mózgu - odpychałam je od razu, automatycznie. To było z mojej strony niesprawiedliwe, że ostatnio wcale go nie słuchałam, podczas gdy on poświęcał mi całą swoją uwagę, kiedy mówiłam chociażby: "Hej, jestem Ashley Loud i mieszkam w Longford" - rzeczy najoczywistsze i najbardziej błahe. Tak więc skierowałam jedną czwartą mej świadomości właśnie w jego stronę. A potem jakoś przylgnęłam do dźwięku jego głosu, zacisnęłam palce na każdym słowie, chłonęłam je i zaczęłam doszczętnie je rozdrapywać, prosząc o więcej. Usłyszałam melodyjny śmiech.
- Patrzysz na mnie tak ogromnymi oczami, że zacząłem się bać. Wcześniej nawet nie zdawałaś się mnie słuchać, a nagle obróciłaś kąt siedzenia o dziewięćdziesiąt stopni i już nie wbijasz tępego wzroku w dal. Jesteś niemożliwa. - Pokręcił głową.
- Skoro wiedziałeś, że cię nie słucham, czemu nie reagowałeś? - Zmarszczyłam brwi, czując oburzenie własną osobą.
- Jesteś tu. - Chłopak wzruszył ramionami.
- To nie sprawia, że dzień staje się nagle wyjątkowy, albo że problemy całego świata znikają.
- Cóż, mój dzień się taki stał, a problemy rzeczywiście zniknęły - chociażby na chwilę. - Przez chwilę na mnie patrzył, a potem wyciągnął rękę w stronę moich podkurczonych kolan. Wciąż siedziałam bokiem, a on za sprawą swoich długich nóg cały czas utrzymywał bujający ruch huśtawki. Położył sobie na udach najpierw jedną, potem moją drugą łydkę i skubnął robioną na szydełku falbankę jednej ze skarpetek. Miała na sobie wzorki etno i wystawała niewiele centymetrów spod czarnych butów na grubych podeszwach. Zadarł swoją lewą nogę do góry i położył ją na kolanie obok moich. Pociągnął zsuniętą skarpetkę do góry. Louis miał rację: były praktycznie takie same.
- Wiesz jak to jest gadać do księżyca? - zapytał.
- Licząc na to, że ktoś usłyszy twój płacz? - Zdobyłam się na powiedzenie tego na głos.
- Ta, właśnie tak.
- Ale nikt nigdy nie słyszy a tym bardziej nie odpowiada. Czy rozmawianie ze mną przypomina gadanie do wielkiego, białego i smutnego talerza w szare łaty?
- Niekoniecznie, ale ty zawsze byłaś tak zamknięta w sobie i myślałem, że się otwierasz, ale ponownie nie wiem o co chodzi i co powinienem robić.
- Zostawić to tak. - Wzruszyłam ramionami. - Czasem lepiej się nie wtrącać.
- Czyli jestem nachalny?
- Nie. Jesteś uczuciowy. Dużo myślisz o życiu, tak jak ja. Masz bardzo uporządkowany system wartości. Na podstawie tego można stwierdzić, że jesteś szaleńcem.
- Czemu miałbym nim być? - prychnął.
Zamachałam mu rozłożoną dłonią przed twarzą.
- Niall, wiesz co teraz robi połowa osiemnastolatków? Dosłownie w tej chwili? No więc odpowiem ci, że część uprawia seks do zmysłowych piosenek, część kupuje piwo na grilla, inna część gra w gry, a jeszcze inna zastanawia się, dlaczego papierosy są tak drogie. Tymczasem my siedzimy w ogrodzie i rozmawiamy o życiu. W zasadzie zawsze to robimy.
- Więc jesteśmy dwójką szaleńców siedzących w ogrodzie, gadających o wszystkim i niczym?
- Tak, dokładnie.
- Pasuje mi taki układ. Poza tym wcale nie jesteśmy jakimiś żałosnymi wyjątkami, połowę rzeczy, które wymieniłaś, robiliśmy.
- Wiesz o czym mówię.
- Aleee... w tej chwili nie chciałabyś robić żadnego z powyższych. - Przekrzywił głowę na bok. - W zasadzie nie zmieniałabyś nic. Może oprócz atmosfery, ale tylko odrobinę.
Prawie palnęłam: "Skąd wiesz?", ale w porę ugryzłam się w język.
- Mówisz o mnie, czy o sobie?
- Możliwe że tylko pierwsze zdanie się ciebie tyczy, jednak nadal sądzę, że coś byś zmieniła. Bo chciałabyś, aby spokój trwał wiecznie, ale twoja dusza nie jest spokojna i coś cię dręczy, widzę to już od jakiegoś czasu. Może nie w każdej chwili dnia, ale przynajmniej raz dziennie.
Wzruszyłam ramionami na jego słowa. Chciałam chyba poczuć się bezpieczniej, schować trochę moją bezbronność, udowodnić samej sobie, że ta mała wojowniczka nadal gdzieś tam jest. Przysunęłam się do niego trochę, przezwyciężając onieśmielenie. Uniosłam kawałek jego bluzki, w miejscu, gdzie się oparzył. Przyłożyłam płaską dłoń do opatrunku.
- Boli jeszcze? - zmieniłam temat.
- Nie. - Chwilę potem zdjął moją rękę ze swojego brzucha i zaczął bawić się moimi palcami, a potem uniósł je do ust i ucałował każdego z kolei. - Ashley? Nie mogłabyś po prostu zostać?
Podniosłam na niego swój wzrok.
- C-co?
- W Mullingar - wyjaśnił.
- Jak to? - Mówiłam jak pięciolatka, która nie do końca rozumie przesłanie jego słów i jedyne na co ma ochotę, to uczepić się rękawa rodzica, wyczekując od niego spojrzenia oznajmiającego, że wszystko w porządku, że nic się nie dzieje. Jednak nie było w porządku, a jeszcze bardziej utrudniał to fakt, że Niall nadal trzymał moją rękę.
- Mam na myśli: czy nie mogłabyś zamieszkać na jakiś czas u dziadków i po prostu zostać? Iść tu do liceum.
Popatrzyłam na niego zamglonym wzrokiem. Obojętnym i niezwykle spokojnym. Jednak moje wnętrze coś tknęło. A w głowie rozpętała się burza.
- Zostań, proszę.

_____________________________________________________________
Hej wszystkim! Będąc szczerą, muszę przyznać, iż rozdział miał się pojawić już dwa dni temu, ponieważ był skończony, ale tak jakby uciekło mi trochę czasu. I proponuję pewną umowę. Jeśli pojawi się tu
10 komentarzy w przeciągu tygodnia - do następnego czwartku ((a tak szczerze to nie mam pojęcia ile osób jeszcze to czyta eh, a szkoda)) - publikuję rozdział w przyszłą sobotę!!! No więc: czas start!