wtorek, 2 września 2014

Rozdział dziewiętnasty. 'Co to jest shippowanie?'

PRZECZYTAJCIE NOTKĘ POD ROZDZIAŁEM!

Nagle przede mną wyrosła ręka, z łatwością zdjęła słoik z półki i mi go podała. Westchnęłam, bo już wiedziałam, kogo mam się spodziewać za sobą. Tylko on ma na wskazującym palcu małą bliznę w kształcie x, która wygląda tak, jakby była tam specjalnie. Powoli się odwróciłam. Niall.

- Siema.
- Czego chcesz?
- Ja? Czy ja-
- Wróciłam! Masz już wszystkooooo...? - Tori wydłużyła ostatnią literę słowa 'wszystko', kiedy zobaczyła przed sobą Nialla. Zrobiła wielkie oczy, patrząc to na mnie, to na niego. I to śmieszne, ale przy nim, nawet ona jakoś zmalała.
- Nie przedstawisz mnie swojej koleżance?
- Nie zasługujesz na to.
- Jak zwykle błyskotliwa - odgryzł się.
- Um, chyba zapomniałam o majonezie. Zaraz wracam - pisnęła Tori, po czym zniknęła za jakimś regałem.
Chłopak przez chwilę na mnie patrzył i powiedział:
- Twoje włosy są inne. Takie wyblakłe. Mógłbym nawet powiedzieć, że jeszcze wczoraj były bardziej czarne.
- Bo, nie wiem czy wiesz, ale jak myje się włosy, to farba się zmywa.
- Wyraźnie masz słabą farbę.
- Proszę cię, co ty możesz o tym wiedzieć.
- Y, nie wiem czy wiesz, ale moje włosy też kiedyś były innego koloru.
- Uh, naprawdę? Nie wiedziałam, bo nigdy wcześniej nie widziałam cię na oczy. Hm, to by było w sumie dobre. Czego ty tak w ogóle chcesz? Zemścić się za wczoraj?
- Pogadać. - Wbił wzrok w moje niebieskie oczy.
- O czym?
- O pogodzie?- powiedział sarkastycznie 
- Proszę cię...
- Musimy pogadać.
- Nie mam ochoty. - Wyminęłam go i poszłam szukać Victorii.
Więcej się na niego nie natknęłam, na całe szczęście.

***

Po południu leżałyśmy z Tori pod kocem, na kanapie w salonie, z gorącą czekoladą (z różnymi słodkościami typu bita śmietana, cynamon, pianki). Trochę rozmawiałyśmy, oglądając naraz stare odcinki kreskówki 'Scooby Doo', które zawsze oglądałyśmy w dzieciństwie, chociaż ciotka Rose nie była zachwycona pomysłem Victorii oglądającej te, jak to określiła 'niczego nie uczące bajki'. Ale one uczyły. To właśnie 'Scooby Doo' nauczyło mnie, że pod maską potwora zawsze kryje się człowiek. To właśnie ta bajka nauczyła mnie, aby nie ufać ludziom, bo mogą okazać się fałszywi.
I moje myśli znów pofrunęły do Nialla. On jest takim potworem. On od najmłodszych lat mnie niszczył. Wczoraj mu to wygarnęłam. Wreszcie, po dziesięciu, czy więcej latach. A o co mu dzisiaj chodziło? Pewnie o to, żeby znów zmieszać mnie z błotem.
- Ashley? Halo? Jesteś?
- Um, sorry, o co chodzi?
- Pytałam, czy masz twittera. I wiedz, że jesteś pierwszą osobą, którą znam i o to pytam.
- Miałam, ale dopóki ludzie tam też nie przestali mnie szanować. Wiesz, kiedyś tam było inaczej. Rozumieli mnie tam. A potem uznali, że piszę to wszystko, aby się nade mną litowali. Nie rozumieli, jak to jest z dnia na dzień stracić ojca.
- Ja rozumiem.
Pokiwałam głową. Rozumiała, ale nie tak, jak ja to odczuwałam. Jej ojciec nie żyje. Ona wie, że ją kochał. Mój żyje, a ja jestem tutaj, z poczuciem, że nie byłam dobrą córką dlatego postanowił się wyprowadzić, znależć sobie nową, lepszą rodzinę. To boli. Tego nie da się unicestwić.
- Co oglądamy? - spytałam, kiedy kreskówka się skończyła i zaczęły się reklamy.
- Może coś na DVD?
- Tu jest DVD? - spytałam zszokowana.
- Tak. Na strychu. I jest tam też kilka płyt, jakieś stare filmy.
- A nie są to raczej kasety?
- Nie. Dziadek kupił rok temu DVD, ale babcia uznała, że to tylko wszystko zagraca, więc wynieśli to na strych. Byłam przy tym.
- Mieszkasz dalej i wiesz o tym domu więcej niż ja, chociaż mieszkałam tu przez 15 lat.
- Nie jesteście tu często?
- Nie. Matka uznała, że jak odseparuje mnie od rodziny i Mullingar, to będę mniej tęskniła za tym miejscem. A teraz nagle wywiozła mnie tu na wakacje, bo nie miała co ze mną zrobić, a chciała mieć wakacje tylko dla siebie i swojego faceta. Bez sensu.
- Przykro mi.
- To co, idziemy po to DVD? - spytałam, aby przerwać tą smętną atmosferę.
- Jasne. Tylko dziadek musi nam pomóc to zmontować.

Godzinę później nadal męczyliśmy się przy sprzęcie. Tak naprawdę plątaliśmy się ciągle w kablach, a instrukcji nie było.
- Uh, to nie ma sensu. Za Chiny tego nie złożymy. Dziadku, musiałeś to psuć? - spytała Tori.
- Hej, to babcia marudziła, a wy dobrze już wiecie, jak to jest z tą kobietą.
Rozległ się dzwonek do drzwi.
- Otworzę - powiedziałam i poszłam w stronę drzwi, przy okazji ocierając z czoła pot, powstały w wyniku 'składania' DVD.
Moim oczom ukazał się uśmiechnięty Harry.
- Hej, kochanie, przyjechałem sprawdzić, jak się masz.
- Jest dobrze, dzięki. Wejdź. - Wskazałam ręką na wnętrze domu.
- Ale chyba masz gości, nie chcę przeszkadzać.
- W zasadzie dobrze, że tu jesteś, pomożesz nam przy czymś.

- Gotowe. - Harry odstawił odtwarzacz na półkę.
- I to tyle? Tyle się męczyliśmy nad głupim DVD a wystarczyło zrobić tylko to? Ugh. - Tori była wyraźnie zdenerwowana.
- Haha, spokojnie - odparł Harry.
- To co oglądamy? - Wysunęłam przed siebie kilka opakowań filmów, które po opisie zapowiadały sie nawet spoko.
Tori wyjęła płytę, która była na środku i nawet nie czytając o czym jest film, włożyła go do odtwarzacza.

Film okazał się strasznie nudny, dlatego już po pierwszych piętnastu minutach zamiast na nim się skupiać, zaczęliśmy rzucać w siebie popcornem i się śmiać.
- Heeej, to nie fair - zaprotestował Harry, kiedy Victoria wzięła miskę z resztką popcornu i wysypała go w loki chłopaka. Zaczął je wyjmować, bo na jego nieszczęście popcorn wplątał się w jego włosy.
- Ej, dlaczego ten koleś zabił tę dziewczynę? - zapytałam odrywając się na chwilę z naszej 'mądrej' zabawy.
- Ee, myślę, że była złą bohaterką - oznajmił Harry odkładając miskę z popcornem na stolik.
- Dla ciebie wszystkie kobiety są złe - stwierdziła Victoria.
Harry tylko parsknął śmiechem i zacisnął mocno wargi.
- Tori... - Spojrzałam w jej stronę i skrzyżowałam ręce. 
- Dobra, dobra przepraszam. Nie powinnam.
- Nie, wszystko w porządku. - Uśmiechnął się w jej stronę. Myślała, że jej wybaczył jednak w jego oczach dostrzegłam ból. Przejął się tym. 
- Nie chciałabym być wścibska, ale... - urwała na chwilę Tori, zastanawiając się jak dobrać słowa. - Masz chłopaka?
Podniósł do góry brwi zaskoczony pytaniem, ale ze spokojem odpowiedział na jej głupie pytanie:
- Tak, mam chłopaka.
- Jak ma na imię? - dopytywała się.
- Vic, przestań - zaprotestowałam. Jej przesłuchanie doprowadzało mnie do szaleństwa.
- Louis. - Chłopak unikał jej wzroku. Na pewno czuł się dziwnie i nieswojo.
- Ładne ma imię - oznajmiła słodko się uśmiechając. - Przepraszam, że się tak dopytuję, ale nigdy nie miałam z tym styczności.
Odwzajemnił jej uśmiech i spojrzał w jej korzenne oczy świecące się jak diament.
- Nic się nie stało.
Siedziałam między nimi jak sierota i przesłuchiwałam się ich rozmowie. To była dość niecodzienna sytuacja. Zacisnęłam wargi tworząc z nich białą kreskę.
- Chyba powinienem już iść - stwierdził wstając ze swojego miejsca. Strzepał resztki popcornu z czarnych rurek.
- Nie zostań! Film się jeszcze nie skończył - namawiałam go, żeby jeszcze nie wychodził, jednak na marne.
- Nie. Lou na mnie czeka.
- Rozumiem.
Wziął swoją kurtkę z wieszaka i podszedł do drzwi. Powiedział krótkie 'do zobaczenia' i wyszedł z domu.
- Zadowolona? - spytałam patrząc w jej stronę.
- Nie bądź zła. Nie chciałam.
- Uh, dobra. Wyłączmy to.
- Racja.
Podeszłam do odtwarzacza i wyjęłam płytę.
- Dziewczyny, kolacja gotowa - powiedziała mama Tori wchodząc do pokoju.
- Okej, już idziemy.

***

Siedzieliśmy całą rodziną przy stole, ciocia z dziadkami co chwilę wymieniali się jakimiś informacjami a my z Tori siedziałyśmy cicho i od czasu do czasu spoglądałyśmy na siebie, ale szybko odwracałyśmy wzrok, bo zaczynałyśmy się śmiać, a jedliśmy spaghetti, więc to byłoby niebezpieczne.
- Ej, Ashley, jesteś w jakimś fandomie? - Victoria skierowała na mnie swój wzrok.
Przełknęłam to, co miałam w ustach i odpowiedziałam:
- Nie, ale bardzo blisko mi do bycia Lovatic. I uwielbiam teksty Christiny Perri. Są prawdziwe. A Demi... Hm, powiedzmy że wiąże nas ta sama historia.
Tori upuściła swój widelec na talerz a jej oczy przybrały gigantycznych rozmiarów.
- Victoria, zachowuj się - upomniała ją matka, więc dziewczyna podniosła sztuciec i odłożyła go poprawnie.
- Jak to? W sensie... - spojrzała na moją ogromną bluzę.
- Potem - szepnęłam, patrząc ukradkiem na babcię, ale była za bardzo pochłonięta historią opowiadaną przez ciocię Rose i nie wydaje mi się, aby wiedziała cokolwiek o Demi Lovato.


- Dobra, teraz mi mów co i jak - zażądała szatynka, kiedy znalazłyśmy się na dworze, pod altaną.
- Ehh. Znasz historię Demi, racja?
- Rozumiem, że chodzi o tatę, historia podobna, ale błagam, nie mów mi, że chodzi o coś jeszcze.
- Anoreksja.
- Cholera.
- Ale już z tego wyszłam. Jakiś rok temu.
- Hej, powinnaś jeść więcej, niż wczoraj na obiad, wiesz?
- Tori, błagam, nie bądź jak ta cała reszta ludzi, dosyć się tego nasłuchałam w życiu.
- Um, okej. A co z bulimią?
- Nie - powiedziałam kręcąc przy tym głową.
- Uff.
W tej chwili moja komórka zabrzęczała. Nieznany mi numer. Otworzyłam sms'a.

Nieznajomy: Heej Ley, nie wiesz gdzie jest Niall?
Ja: Kto pisze?
Nieznajomy: Oops, sorki, tu Zayn. To jak?
Ja: Skąd mam to wiedzieć? + Jakim cudem masz mój numer wtf?
Zayn: Od Lou, a od kogo innego. No i nie wiem, może wiesz.
Ja: Sorry, ale czy Ty kiedykolwiek jesteś w temacie?
Zayn: :) oops?
Ja: Haha, sorry, ale nie mam czasu, do zobaczenia x
Zayn: Kiedyś:)

Odłożyłam telefon na ławkę i zaśmiałam się pod nosem.
- Kto to?
- Zayn. On nic nigdy nie wie, bo buja w obłokach.
- Mm, twój crush?
- Gadasz jak typowa twitterowiczka.
- W porównaniu do ciebie wciąż nią jestem. A teraz do rzeczy: crush?
- Nie. On jest słodki, ale nie.
- A masz w ogóle jakiegoś crusha?
W zasadzie nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
- Ja... chyba nie.
- No weź, musisz mieć chociażby jakiś typ chłopaka.
- Myślę, że wolę blondynów od brunetów.
- O MÓJ TY BOŻE!
- ...Co? - spytałam, bo nie rozumiałam. Jednak po chwili myślenia... - NIE! Nawet o tym nie myśl! - Zaczęłam krzyczeć wstając z ławki.
- Spokojnie, Ash, spokojnie, ja nic nie sugeruję, no ale wiesz, ten Niall to...
- On jest po pierwsze farbowany a po drugie to: NIE!
- Okej - odparła, ale w kącikach jej ust czaił się uśmiech.
- Jesteś głupia.
- Oj tam. Może i go nie lubisz, ale was shippuję.
- Shippować to ty możesz dżem i naleśniki ale nie mnie i tego faceta! - wrzasnęłam.
- Ashley, to tylko żarty.
- Co żarty? I co to jest shippowanie?
Na te słowa krew odpłynęła mi z twarzy, powoli odwróciłyśmy głowy w kierunku, z którego dobiegał męski głos.


_____________________________________________________________________
Hej! Pod ostatnim rozdziałem pojawiło się 10 komentarzy, więc oto rozdział!

WAŻNE:
Trzeciego września mam urodziny. Także bardzo, ale bardzo cieszyłabym się, gdyby każdy kto przeczytał zostawił komentarz i tweetnął cokolwiek na temat tego fanfiction, dodając hashtag #SIDff. Proszę, to byłby najlepszy prezent jaki może być.


Edit: (przepraszam Kejżja, bo mi z głowy wyleciało przez to wszystko)
W pisaniu rozdziału pomagała mi Kasia z http://dangerous-love-fanfic.blogspot.com/ także zapraszam na to fanfiction!

Pozdrawiam x

poniedziałek, 28 lipca 2014

#SIDff

Hej! Pomyślałam sobie, że może ten blog nie jest mega znany, nie jest praktycznie wcale znany, dlatego postanowiłam stworzyć hashtag. Możecie pisać przy nim swoje ulubione cytaty czy co tylko zapragniecie!

#SIDff

Rozdział osiemnasty. 'Widzisz tego chłopaka?'

Kiedy skręciliśmy w ulicę, na której mieszkali moi dziadkowie, zauważyłam, że na podjeździe stoi dobrze mi znane BMW. Westchnęłam. Jestem wykończona, potrzeba mi jeszcze gości na głowie. Gości, których nie znoszę. Z dwojga złego lepsze to, niż gdyby przyjechała tu moja matka.
- Mam iść z tobą? - spytał Harry parkując obok srebrnego auta.
- Byłabym ci wdzięczna. Nie mam pojęcia jak się wytłumaczyć.
- I ja też.
- Pomożesz?
- Pomogę.
- Ale lepiej nie mówić moim dziadkom o tej sprawie z porwaniem i tak dalej... - Spuściłam wzrok.
- Jakoś musimy dojść do tego, żebyś nie dostała szlabanu czy coś... I tak lepsza jest okropna prawda, niż kłamstwo, które ma krótkie nogi.
- Ale... Nie wspominaj nic o Niallu, okej? - Spojrzałam na niego niepewnie.
Westchnął.
- Dobra. Postaram się.
W tym momencie z drzwi wypadł mój dziadek a tuż za nim babcia. Wydałam z siebie płaczliwy dźwięk. Szykują się kazania. Harry wysiadł z auta, więc zrobiłam to samo.
- Ashley, chwała Bogu! Gdzieś ty się dziewczyno podziewała!? - krzyczała babcia, biegnąc w moją stronę.
Jak na babcię nawet nieźle się poruszała.
- Ja pani wszystko wytłumaczę - powiedział Harry spokojnie, na co babcia obrzuciła go nieprzyjaznym spojrzeniem.
- Nie wiem, czy chcę tego słuchać - warknęła do niego. - Gdzie byłaś całą noc? I co ty masz na sobie!? Dziecko, jeśli zrobiłaś coś głupiego, to osobiście urwę głowę najpierw tobie, a potem jemu! - Wskazała na chłopaka.
- Babciu, uspokój się.
- Proszę pani, Ashley ostatnio dużo przeszła, proszę, niech pozwoli mi pani to wszystko wyjaśnić.
Zauważyłam kątem oka, jak zza drzwi wychylają się Victoria i ciotka. Jeszcze tylko brakowało widowni.
- Masz pięć minut - odparła sucho babcia.
Harry opowiedział w skrócie, że zostałam porwana przez dilerów narkotyków, bo wzięli mnie za kogoś innego, o tym, że on i Lou mnie uratowali, tamci faceci siedzą już w więzieniu i że mam na sobie jego koszulkę, bo moja była ubrudzona i we krwi.
- O ludzie! - zakrzyknęła staruszka wysłuchawszy opowieści Harry'ego. - Nie powinnam była nigdzie cię puszczać!
- Muszę jeszcze coś załatwić.
- Um, okej, do zobaczenia Harry.
- Trzymaj się - odpowiedział i mnie przytulił. - I dziękuję, że mnie wysłuchałaś - wyszeptał w moje włosy, tak, że tylko ja mogłam go usłyszeć.
Odsunął się ode mnie i ruszył w stronę auta.
- Do widzenia - krzyknął, zamykając za sobą furtkę.
- Do widzenia - odpowiedział mój dziadek. - Wydaje się, że komuś należą się przeprosiny za wyciąganie pochopnych wniosków - skierował się do babci.
Kobieta westchnęła.
- Przepraszam kochanie. A teraz chodź, przywitaj się z rodziną.
Nabrałam w płuca powietrza. Równie dobrze mogłabym zostać i gnić w tym magazynie w nieskończoność. Ruszyłam w stronę ganku, na którym stała moja kuzynka i ciotka.
Ostatnim razem, kiedy widziałam Tori, była schludną dziewczynką, chodzącą w sukieneczkach, z włosami zaplecionymi w dwa warkoczyki i przewiązanymi różowymi wstążkami. Nie przepadałyśmy za sobą zbytnio, byłyśmy totalnie różne. Hm, to było jakieś 6 lat temu...
Kiedy stanęłam naprzeciw niej, zauważyłam, że coś uległo zmianie. Jej kolorowe sukienki zostały zastąpione na jeansowe boyfriendy z ogromnymi dziurami na kolanach (trochę jakbym patrzyła na Harry'ego, z tą różnicą, że jego spodnie są ciasne jak nie wiem co) i czarny top. Na nogach miała rozsznurowane glany. W jednym uchu lśnił rządek kolczyków, a w drugim był tunel. Na palcach miała może kilkanaście srebrnych pierścionków, a kolor jej włosów ściemniał.
- Siema  - powiedziała.
- Cześć, Victoria.
Przebiegła wzrokiem po mojej twarzy i zatrzymała się na kolczyku w brwi, po czym spojrzała na moje włosy. Uśmiechnęła się pod nosem, obróciła na pięcie i wróciła do domu. Czy to na pewno ta sama Tori? Czy może ciocia podmieniła ją gdzieś na jakiejś aukcji? Pomyślę o tym później.
- Cześć ciociu, podeszłam do niej, aby się przywitać.
- Ah, cześć, Ashley! - Przyciągnęła mnie do siebie i przytuliła, a gdy się odsunęła zapytała: - Jak wakacje?
- Jak na razie z przygodami  - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- To dobrze.
Chyba nie załapała.
- Wchodźmy do środka  - zadecydował dziadek.
Dobrze, że powstrzymał mnie przed powiedzeniem czegoś nieprzyjemnego.

***

- Um, ja już dziękuję - mruknęłam, po czym wstałam od stołu, zostawiając połowę obiadu na talerzu.
- Zjadłaś tak mało - zaprotestowała ciocia.
- Nie jestem głodna.
- Ashley, weź ze sobą Tori - zaproponowała babcia.
Ta, fajnie, jakbym nie miała ważniejszych rzeczy do roboty.
- Jak zjesz, to możesz przyjść do mojego pokoju  - powiedziałam, chociaż nie zabrzmiało to zbyt przyjaźnie.
- Okej.
Zamknęłam za sobą drzwi, podeszłam do łóżka i upadłam twarzą w poduszkę. Chwilę potem włożyłam rękę pod miękki materiał i wyciągnęłam pamiętnik.


Drogi Pamiętniku,
Ostatnio bardzo dużo przeszłam. Myślę, że jestem i tak silna, jak na swoje zasoby. Popełniłam wiele błędów. Za dużo. Ale jestem tylko człowiekiem. Pomyliłam się, jeśli chodzi o niektórych ludzi. Chodzi o Nialla. W sumie, to nie wiem, co mam już o nim myśleć. Jednego dnia jest między nami okej, potem kłócimy się i nagle lądujemy w jednym łóżku. Zostałam porwana. Louis miał wiele sekretów. Ale to nie zmieni tego, że jest najukochańszą osobą jaką znam. Tak samo jak Harry. Ich miłość... To coś niesamowitego. Bo ich miłość jest lepsza. Prawdziwsza. Oni musieli o nią walczyć. Miłość damsko-męska nie jest tak prawdziwa. Jest słabsza. Oni za to tworzą coś niesamowitego. Nie chcę ich stracić. Nigdy.
Wracając do Nialla... Powiedział mi dziś, że jestem taka sama jak on. Nie jestem taka. Nie jestem, prawda? Bo to nie ja-

Nagle drzwi się otworzyły, więc natychmiastowo zatrzasnęłam pamiętnik i włożyłam go sobie pod nogi, aby nie mogła zobaczyć.
- Um, sorry, jeśli przeszkadzam, czy coś.
- Nie, spoko - skłamałam.
- Zmieniłaś się. Mogę? - Wskazała głową na łóżko.
- Jasne, siadaj. - Posunęłam się trochę, dyskretnie wpychając pamiętnik pod kołdrę.
Dziewczyna usiadła, krzyżując nogi.
- Też ostatnio wyglądałaś totalnie inaczej - powiedziałam.
- Taa. - Popatrzyła w ścianę. - Nieraz jest tak, że przychodzą ludzie, zmieniają innych ludzi, a potem gwałtownie odchodzą, jeszcze bardziej nas zmieniając.
- Myślę, że wiem, co masz na myśli.
- Pamiętam, jak kiedyś obcięłaś mojej lalce włosy - zaśmiała się.
- Pamiętasz takie rzeczy? - Spojrzałam na nią zdziwiona.
- Tsa. Ostatnio przeszłość do mnie wraca. Wiesz, jest chwila i nagle przed oczami mam dzieciństwo. Chciałabym mieć przy sobie znowu ojca, chociażby na chwilę. - Spojrzała na mnie smutno. - Mogę ci coś powiedzieć? - zapytała nagle. Trochę mnie to zdziwiło, ale pokiwałam głową. - Wiesz, kiedy się tak mocno zmieniłam? Sądzę, że sama dobrze wiesz, przechodziłaś przez to samo. Tylko może inne okoliczności. Twój ojciec odszedł, a mój zginął. Załamałam się. Zrobiłam się oschła. I spotkałam chłopaka. Mówił mi, że jestem jego księżniczką, że jestem wyjątkowa. Uwierzyłam. Kochałam go. On mnie też. Nie musiał mi tego nawet deklarować, widziałam to w jego oczach. Ale potem... Okazało się, że jest chory na raka. Było za późno. Straciłam kolejnego mężczyznę, na którym cholernie mi zależało. Mój świat zaczął kręcić się wokół imprez, przypadkowych facetów na jedną noc i żyletek. Wiesz, nie wiem, czemu ci to mówię, nie gadałyśmy kilka lat, ale naprawdę musze to komuś powiedzieć. Więc nadszedł ten czas, kiedy wpadłam w depresję. Po prostu wpadłam w depresję. Mama to zauważyła. Zaczęła ciągać mnie po lekarzach... Którzy nic nie dawali. Któregoś wieczoru poszłam na cmentarz, coś mnie tam zaciągnęło, kiedy szłam na imprezę. Poszłam najpierw nad grób taty. Zaczęłam płakać. Nie wiem nawet kiedy odeszłam stamtąd. Pobiegłam tam, gdzie pochowany został Keenan, mój chłopak. Położyłam się na ziemi i krzyczałam. Krzyczałam jak szalona. Następnego ranka obudziłam się w szpitalu. Ale kiedy byłam nieprzytomna... On do mnie przyszedł. Keenan do mnie przyszedł. Powiedział, że mam wziąć się w garść. Że mam to zrobić dla niego. Że fakt, iż najważniejsze osoby w moim życiu odeszły był sprawdzianem. I że go oblałam  - zaśmiała się, ale słyszałam, jak jej głos się łamie. - I chociaż zostałam taka sama z wyglądu, zmieniłam się. Dla Keenana. Dla taty. Dla dwóch najważniejszych osób w moim życiu. Zaczęłam bardziej doceniać małe rzeczy, które dają mi szczęście. Przestałam skupiać się na źle. I dzięki temu zyskałam nową osobowość, nową siłę. Nie wiem, co by ze mną się stało, gdybym tam nie poszła. Pewnie zostałabym kimś okropnym. Wiesz, co ci powiem?
- Hm?
- Doceniaj małe rzeczy, bo one mogą już nie wrócić.
- Wiesz... Myślałam, że nadal jesteś taka, jak kiedyś. Nie lubiłam cię. Ale jesteś naprawdę spoko. Inni mogą mówić, że jesteś za młoda, by wiedzieć cokolwiek o życiu. Ale ty wiesz i to o wiele więcej od niejednej osoby. O wiele więcej ode mnie. Nie płacz, Tori. - Wstałam, chwyciłam z biurka pudełko chusteczek i jej wręczyłam. - Mogę się założyć, że spotka cię jeszcze niejedna wspaniała rzecz, zobaczysz. Życie jeszcze ci się kiedyś odwdzięczy.
- Dziękuję. Za to, że zgodziłaś się mnie wysłuchać. Nikt nie umiał.
- Daj telefon - powiedziałam po chwili namysłu.
Rzuciła mi pytające spojrzenie, ale posłusznie wyciągnęła komórkę z kieszeni. Zapisałam jej w kontaktach mój numer.
- Jak będziesz chciała pogadać, to dzwoń.
- Dzięki, Ashley. Naprawdę dziękuję. Dobra, zmieńmy temat, bo jak będziemy się zajmować moimi problemami, atmosfera będzie ponura a ja nie chcę psuć ci dnia.
- Już pewna osoba go zepsuła, spoko.
- Mogę cię o coś spytać.
- Ta. Raczej tak.
- Spałaś z loczkiem? Bo wiesz, trochę nie uwierzę w historyjkę z porwaniem...
- Ale ja na serio zostałam porwana, może w innych okolicznościach, ale jednak. A 'loczek' jest gejem, więc nie!
- Hm, mogłam się domyślić, jest całkiem przystojny, haha.
- To zawsze tak się kończy, prawda?
- No. Przystojniak to albo gej, albo cham.
- Jakbyś czytała mi w myślach.
Bo... nie mogę zaprzeczyć, Niall jest przystojny, ale co może jego wygląd, skoro zachowuje się jak rozkapryszony bachor i myśli, że może każdego wykorzystywać.
- Masz chłopaka?  - spytała po chwili ciszy.
- Nie. Za to moja babcia uważa, że kręci się wokół mnie aż trójka, z czego dwójka to geje a trzeci wcale nie kręci się wokół mnie. W zasadzie, to on mnie nienawidzi i vice versa.
- ...Nienawidzi? Ale za co?
- Trudno to wytłumaczyć. Jest mnóstwo powodów.
- Na przykład?
- ...Ale za nic w świecie nie powiesz babci, ani nikomu innemu, ale babci to już w szczególności.
Wyciągnęła do mnie mały palec, więc zaczepiłam swój o jej i uśmiechnęłam się, bo tak zawsze robiłyśmy, kiedy podkradałyśmy z kuchni babcine babeczki. Może nie przepadałyśmy za sobą często, ale można napisać książkę o rzeczach, które razem robiłyśmy. Mamy za sobą  jakieś tysiąc sekretów, kilka par przetartych jeansów, około setki siniaków (które same sobie nawzajem zrobiłyśmy, bo jak już wcześniej wspominałam, nie zawsze za sobą przepadałyśmy). I pomyśleć, że to było przed sześcioma latami, zanim moja matka dwa lata temu postanowiła odizolować mnie od rodziny i zanim 3 lata temu, po śmierci wuja Edwarda, Tori i ciocia Rose przeniosły się na drugi koniec kraju (i tam też pochowały wuja).
- No więc kiedy na początku wakacji tu przyjechałam, było jak zawsze, nienawiść, kłótnie, docinki. Aż którejś nocy uratował mnie od przestępców, którzy zaatakowali mnie również dzisiaj, i tym razem im się udało, ale wracając do tego, odkąd mnie uratował coś zaczęło się zmieniać. To się zaczęło dziać też dzięki temu, że mamy wspólnych przyjaciół. Przez pewien czas było w sumie okej. Wczoraj zaprosił mnie do siebie do domu. W pewnym momencie zaczęliśmy się kłócić i... jakimś sposobem skończyliśmy w jednym łóżku. A następnego dnia, czyli dzisiaj rano, powiedział, że nic się nie zmieniło. On nie lubi mnie, ja nie lubię jego. Wkurzyłam się. Wyszłam stamtąd i poszłam na stary plac zabaw... I wtedy mnie porwano. Lou i Harry, moi przyjaciele, wydostali mnie z magazynu, zabrali do siebie, poszłam się przebrać, a kiedy wróciłam został już tylko on. Niall. I co mnie zdziwiło, był hm, miły, jeśli mogę tak nazwać brak kłótni i nawet jakieś tam drobne dobre intencje. Potem wrócili chłopaki. I zaczęliśmy się kłócić. W zasadzie to ja zaczęłam na niego krzyczeć. Nie odzywał się przez większość czasu, aż w którejś chwili powiedział, że jestem taka sama jak on. I wyszedł. A potem Harry przywiózł mnie tu.
- Wow. To jedyne co mogę powiedzieć, bo tak naprawdę nie mam pojęcia, co miałabym powiedzieć.
- To jest pokręcone jak cholera, ale jakoś muszę z tym żyć. Nie ważne, długo zostajecie?
- Pojutrze wyjeżdżamy.
- Aha. A jakie plany na jutro?
- W zasadzie jestem do twojej dyspozycji, bo mama na pewno będzie chciała spędzić ten dzień z dziadkami - westchnęła.
- Hm, możemy iść na miasto, muszę kupić czarną farbę do włosów, bo zaczyna już mi schodzić.
- Jasne.
- Oo i wiem, pójdziemy do pierogarni, w której pracuje Louis.
- To jest ten loczek, tak?
- Nie. - Wzięłam do ręki swój telefon i odszukałam w nim zdjęcie moje i Lou, które zrobiłam w wesołym miasteczku, kiedy pierwszy raz mnie tam zabrał. - To jest Lou.
Rozmawiałyśmy jeszcze jakiś czas, aż w końcu usnęłyśmy na siedząco, oparte o moją ścianę z poduszkami w ramionach.

***
*kolejny dzień*


Wrzuciłam do koszyka czarną farbę, pastę do zębów i paczkę tamponów. Powoli zaczynało brakować mi najpotrzebniejszych rzeczy, bo właśnie kończy się lipiec. Jeju, jak ten czas szybko leci. Jeszcze kilka dni i w kalendarzu zagości sierpień. I jest jeszcze dołująca myśl, że będę musiała rozstać się z moimi przyjaciółmi. Najbardziej będę tęsknić za Lou i Harrym, ale przywiązałam się też do Liama, Zayna i Danielle. Wcześniej o tym nie myślałam, ale jeśli teraz by tak popatrzeć, to będzie mi ich strasznie brakowało, zważając na to, że w Longford nie mam przyjaciół.
- Płacisz, czy masz zamiar dalej gapić się w ścianę? - prychnęła zniecierpliwiona kasjerka.
Szybko wyszłam, ciągnąc za sobą Tori, zirytowana opryskliwą uwagą kobiety stojącej za ladą.
- Okej, to prowadź do tej restauracji.
- To niedale-
Urwałam i zaczęłam ciągnąć Victorię w jakiś ciemny zaułek, gdzie nikt nie mógłby nas dostrzec, ponieważ kilkanaście metrów dalej zamigały mi farbowane blond włosy.
- Ej, co jest, coś się stało? - Tori wydawała się być zdezorientowana.
Przygryzłam nerwowo wargę, po czym wypuściłam ją spomiędzy zębów, szepcząc:
- Widzisz tego chłopaka? O tam? - Wskazałam palcem na blondyna.
- Umm tak, widzę!
- To jest Niall.
- Czekaj... Ten, z którym się przespałaś? - Zrobiła wielkie oczy.
- Tak, właśnie ten.
- O cholera. Ciachooo.
- Możesz się skupić? Nie lubię go.
- Okej, już nic nie mówię.
Kiedy chłopak zniknął za najbliższym zakrętem, wyszłyśmy z naszego ukrycia.
- Kiedy idziemy do supermarketu? No wiesz, babcia dała mi tą listę. Teraz, czy jak wyjdziemy od Lou?
- W sumie, możemy iść teraz.

***

Stanęłam na palcach, próbując dosięgnąć ogórków, które były na mojej liście. Gdzie się podziała Tori Metr Siedemdziesiąt/Osiemdziesiąt Stricker? Ponownie wspięłam się na palce, lecz na marne. Fuknęłam. Czemu muszę być taka niska? Nagle przede mną wyrosła ręka, z łatwością zdjęła słoik z półki i mi go podała. Westchnęłam, bo już wiedziałam, kogo mam się spodziewać za sobą. Tylko on ma na wskazującym palcu małą bliznę w kształcie x, która wygląda tak, jakby była tam specjalnie. Powoli się odwróciłam. Niall.



____________________________________________________________________________
Cześć! Ostatnio pod rozdziałem pojawiło się 10 komentarzy, więc oto i jest osiemnasty rozdział!

Proszę, komentujcie, dla mnie liczy się najmniejszy komentarz, ale wiecie, co sprawia, że mój uśmiech jest jeszcze szerszy? Konstruktywne komentarze. Czyli:
- co się podobało,
- co się nie podobało,
- co odczuwaliście podczas czytania.

I jeszcze jedna sprawa. Kiedy piszecie komentarz (zwłaszcza chodzi mi o anonimowe wpisy) to fajnie byłoby, gdybyście podpisywali się usernamem z twittera lub linkiem do swojej strony, lub, najzwyczajniej imieniem.

Tu chodzi o motywację.

10 komentarzy = kolejny rozdział

Miłego dnia x

środa, 9 lipca 2014

Rozdział siedemnasty. 'Jesteś taka sama jak ja'

Ja tu on tam. Ja na kanapie, on na fotelu, błądzący wzrokiem wszędzie dookoła mnie. Czas nie mógł biec wolniej. Moja gorączka chyba powoli ustępowała, bo robiło mi się coraz cieplej. Nie mogłam już tak siedzieć. Podniosłam się z kanapy, ale szybko usiadłam. Zabolało.
- Co jest? - Niall spojrzał na mnie obojętnie. Chyba po raz pierwszy dzisiaj.
- Nic. Tylko brzuch mnie boli. - Odwróciłam od niego wzrok.
- Po czym?
Po wczoraj.
- Nie wiem - skłamałam.
Wcześniej też bolał, ale jakoś nie zwróciłam na to zbytniej uwagi. W większości pochłonęła mnie myśl, że zostałam porwana. Znowu.
- Wolisz miętę czy ciepły termos?
Co? On pyta serio?
Byłam zaskoczona. To jest Niall Mam Wyjebane Horan. 
- Obojętnie - powiedziałam po chwili.
Chłopak wstał i wyszedł - najprawdopodobniej do kuchni.
Przez chwilę skrobałam lakier z paznokci. Wzięłam ze stolika jednego paluszka i zaczęłam go chrupać, by czymś się zająć. Blondyn wrócił z termosem w jednym ręku i ręcznikiem w drugim. Owinął gumowy przedmiot w materiał i mi go podał.
- Trzymaj. Gorące. Nie znalazłem mięty, chyba się skończyła.
- Okej - powiedziałam.
Horan obrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, przymykając za sobą drzwi.

Usłyszałam, jak klucze obracają się w zamku drzwi wejściowych. Po chwili w pokoju znaleźli się Harry i Louis.
- Już jesteśmy, byliśmy w aptece i sklepie - oznajmił szatyn.
- Gdzie jest Niall? Miał się tobą zająć - powiedział Harry, a w jego głosie dało się słyszeć wrogą nutę.
- Nie wiem, gdzieś wyszedł - odparłam.
Odkąd wtedy opuścił ten pokój, więcej go nie widziałam. Przypuszczałam, że wrócił do domu, albo poszedł szukać sobie kolejnej dziewczyny na noc. 
Zacisnęłam dłonie w pięści.
Nie mogę o tym myśleć. To źle na mnie działa. Najlepiej byłoby, gdybym już nigdy nie musiała oglądać twarzy tego chłopaka.
Jak na zawołanie, blondyn wpadł do pokoju.
- Ładnie to tak o mnie rozmawiać za moimi plecami? - rzucił w stronę Harry'ego.
- Miałeś się nią zaopiekować - powiedział naburmuszony Harry.
To śmieszne, ale wyglądał, jakby Niall zabrał mu jego ulubioną zabawkę. 
- Nie, miałem jej pilnować, żeby gdzieś nie zwiała, bo wszyscy wiemy, jaka jest. Jak coś się pieprzy ona ucieka z miejsca zdarzenia.
- Niall - Louis uciął wypowiedź Horana.
- Ale to jest prawda. I czego ty w ogóle chcesz człowieku, zaopiekowałem się nią.
Miałam już dość słuchania ich kłótni.
- Jakoś nie sądzę, abyś był dobry w opiekowaniu się kimkolwiek - powiedział Lou. - Nie chcę się z tobą kłócić, ale coś czuję, że ona mało cię obchodzi, więc nawet mi nie wmawiaj, że cokolwiek zrobiłeś. 
- Czemu tak sądzisz?
- Bo cię tu nie było, kiedy przyszliśmy.
- No tak, to jest powód, by od razu uznać, ze nic nie zrobiłem!
- Halo, ja tu jestem! - krzyknęłam. O co wy się jeszcze w ogóle kłócicie?
- Tu chodzi o godność. Nie zrozumiesz - warknął Niall.
Te słowa spowodowały, że coś we mnie pękło. Jakąś godność trzeba mieć. Nienawidzę go. I poszłam z nim do łóżka. Byłam taka głupia. Jestem głupia.
Wstałam z kanapy, odrzucając przy tym zimny już termos, i stanęłam naprzeciwko blondyna. Jego oczy zrobiły się wręcz czarne z tej złości. Zniknął błękit. Trochę jakby demony wyżarły mu duszę. Musiały zrobić to dawno temu, bo on od zawsze był bezuczuciowy.
- Myślisz że co? Że tak po prostu możesz mi mówić kim jestem? Że możesz wykorzystywać każdą dziewczynę, która stanie na twojej drodze? Że możesz wszystko!? - Mój głos zamienił sie w krzyk. - Myślisz, że możesz niszczyć ludzi, że nie ma żadnych konsekwencji, ale ty nigdy nie myślisz o tej drugiej osobie! Zawsze to ty jesteś najważniejszy! Jesteś egoistą, dokładnie zdajesz sobie z tego sprawę i co? I jesteś z tego dumny!  - Widziałam, jak jego ręce zaciskają się w pięści, a oddech przyspiesza, ale nie przestawałam krzyczeć. - Mówisz, że ja nie wiem, co to godność, że to ja jej nie mam, ale jest zupełnie odwrotnie. Gdybyś miał w sobie odrobinę godności nie zachowywałbyś się tak, jak teraz się zachowujesz!
- Ashley - zareagował Styles.
- Nie teraz, Harry - powiedziałam i znowu odwróciłam się w stronę Nialla. - Są pewne granice, których się nie przekracza. Ale ty przekroczyłeś je wszystkie! Od najmłodszych lat próbowałeś mi wmówić, jaka to jestem beznadziejna, gorsza, niepotrzebna. Nigdy nie pomyślałeś, że może ja też mam uczucia. Niszczysz ludzi. Niszczysz każdego, nie ważne jaki by nie był. Nie mam pojęcia co zrobiłam źle, szczerze, to mam to w dupie. Chodzi o to, że nie wiesz w którym momencie powinieneś przestać. Zachowujesz się, jakbyś nie miał sumienia. Najprawdopodobniej go nie masz. Domyślam się, czemu twoich rodziców wiecznie nie ma. Mają cię dość, bo jesteś rozkapryszony i chamski w stosunku do każde-
- Ashley, stój  - powiedział szybko Lou i zaczął ciągnąć mnie za ramiona do tyłu.
Dopiero teraz zobaczyłam, jaki blondyn zrobił się czerwony.
- Bo!? Bo on może mówić mi co chce i kiedy chce a mi już nie wolno!?
- Masz rację.
Usłyszałam coś, czego nigdy bym się nie spodziewała usłyszeć z ust Nialla. Po pierwsze nawet nie spodziewałam się, że mnie słucha. W głowie już zaczęło kołować mi się wiele myśli, jednak on po chwili otworzył usta, by kontynuować, co znów spowodowało, że przestałam wierzyć w istnienie jego sumienia. Zapewne za chwilę mi wygarnie jaka to ja nie jestem.
- Są pewne granice, których się nie przekracza. Mogłaś poruszyć każdy temat, a poruszyłaś akurat ten. Udało ci się. Jesteś taka sama jak ja - wyminął mnie i Lou, patrząc w podłogę.
Po chwili drzwi wejściowe trzasnęły.
- Cholera - wyszeptał brunet. - Ashley, musisz trochę ochłonąć. Odwiozę cię do domu.
- Okej.
Dołożyłam dłonie grzbietami do swoich policzków. Dopiero teraz zorientowałam się, jakie są gorące.
- Spokojnie - uspokajał mnie Louis. - To nie powinno zajść do tego stopnia. Wyraźnie nie umiemy opanować krzyczącej nastolatki. - Tym razem zwrócił się do Harry'ego.
- 'Krzyczącej nastolatki'? - powtórzyłam ironicznie. - Nie mam zamiaru siedzieć i słuchać jak mnie poniża.
- Rozumiemy Ash - odezwał się niebieskooki.
- 'Rozumiemy'? Serio, Lou, serio? Przez wiele czasu po prostu stałeś i z boku patrzyłeś na to, jak ta dwójka cię upokarza, ale wolałeś siedzieć cicho, bo dragi były ważniejsze-
- Ashley, cii, daj spokój, wystarczy, że ubliżyłaś Niallowi. - Harry przyciągnął mnie do siebie i objął tak, że nie mogłam nic powiedzieć, bo moja twarz znalazła się przy jego klatce piersiowej.
- Nie daję sobie rady, Harry. Przepraszam was - wychrypiałam.
- W porządku. - Brunet pogładził mnie po włosach. - Możemy coś dla ciebie jeszcze zrobić?
- Yy... Macie może jakieś zapasowe szczoteczki do zębów? Trochę długo nie było mnie w domu i... - urwałam, bo powiedziałam lekko za dużo. Oby nie zaczęli pytać, czemu byłam poza domem.
- Jasne. - Harry chyba wyczuł, że nie chcę o tym mówić. - Zaczekaj, zaraz czegoś poszukam. - Puścił mnie i wyszedł z pokoju.
Podeszłam powoli do Lou i mocno się do niego przytuliłam. Nie wytrzymałam już dłużej i po moich policzkach zaczęły spływać gorzkie łzy.
- Nie płacz. - Pocałował mnie w czubek głowy. - Będzie dobrze.
- Nie chcę go więcej widzieć.
- Wiem, Ley.
- O, tu jesteście - odezwał się jakiś inny, trzeci głos.
Podniosłam głowę i zobaczyłam Zayna, opierającego się o futrynę.
- Oh, teraz tu jesteś - powiedziałam naburmuszona i opuściłam głowę na zagłębienie w szyi Lou.
- Coś przegapiłem? - spytał zdziwiony.
- Nic - uciął rozmowę Louis.
- Ashley? - wołanie dobiegało gdzieś z innego pokoju. Pewnie z łazienki.
- Idę! - odkrzyknęłam i ruszyłam w stronę, z której słyszałam głos Hazzy.
- A jej co? - usłyszałam jeszcze na odchodnym, kiedy byłam już na korytarzu. Zatrzymałam się, by podsłuchać odpowiedź szatyna.
- Niall - powiedział tylko.


- Ashley? - spytał niepewnie brunet, kiedy byliśmy w drodze powrotnej do domu. Zaczął padać deszcz, więc tępo wpatrywałam się w przemieszczające wycieraczki.
- Hm? - mruknęłam nadal zapatrzona.
- Czy Niall... Czy on... hm kłócąc się z tobą wspominał kiedykolwiek coś o twoich rodzicach?
- ...Nie - odparłam przetwarzając w głowie przeszłość.
- Wiesz Ash... Kiedy Horan jest zły, zazwyczaj stąpa po tematach, które są dla niego bezpieczne. Uważa, aby nie powiedzieć czegoś, co sprowokowałoby drugą osobę do kłótni na krępujący temat. Może nie powinienem tego mówić, to jest jego życie, nie moje. Ale jeśli już musisz się z nim kłócić... Lepiej byłoby, aby te tematy nie krążyły wokół rodziny.
- Czemu? - spytałam beznamiętnie. Szczerze, to nie bardzo mnie to obchodziło. Byłam zmęczona.
- Jego rodzice dużo pracują, może o tym wiesz. On został przez nich jak gdyby odrzucony-
- Nie dziwię się.
- Posłuchaj mnie. Chodzi o to... przez to odtrącenie, trudno mu normalnie zachowywać się w towarzystwie osób, którym nie ufa. On się w pewien sposób broni.
- Przed? - prychnęłam.
- Przed złem, które drzemie w ludziach. On boi się uczuć, boi się ich okazywać, bo kiedy był mały, gdy okazywał je rodzicom, zawiódł się. Teraz uważa każdego człowieka za potencjalnego nieprzyjaciela.
- To nie jest powód, by traktować mnie jak śmiecia. I jeszcze jedno: nie wzbudzisz we mnie litości.
Zaległa cisza. Wkrótce chłopak ją przerwał.
- Nie musisz mi odpowiadać, ale... Co się wydarzyło w ostatnim czasie między tobą a Niallem, że aż tak na niego naskoczyłaś? Chyba... On chyba cię nie uderzył, prawda? - Harry momentalnie odwrócił wzrok w moją stronę, z przerażeniem malującym się w jego zielonych oczach.
- Nie.
Chłopak westchnął z ulgą.
- Całe szczęście.
- Myślisz, że byłby do tego zdolny?
- Raczej nie, ale... Ostatnimi czasy chodzi ciągle z podkrążonymi oczami, zmęczony. Jakby cierpiał na bezsenność, czy coś w tym rodzaju. Schudł. Wiesz, może Zayn i Liam tego nie zauważyli, ale to kwestia orientacji. Zamiast patrzeć na facetów, nawet na przyjaciół, wolą oglądać się za dziewczynami. Przynajmniej Zayn. Liam ma swoją Danielle.
- Co to ma do rzeczy?
- Chciałbym wiedzieć.
- A tak wracając do tematu, co zaszło, jak to ująłeś, to nie mam ochoty o tym mówić.
- Jasne. Ale chcę, żebyś coś zapamiętała.
- Nie będę poruszać tematów rodziny przy Niallu - westchnęłam z rezygnacją.
- Nie o to chodziło, ale się cieszę. - Spojrzał kątem oka w boczne lusterko. - Chodzi o to, że cokolwiek by się stało...  - Przeczesał palcami grzywkę, która opadła mu na oczy. Wyraźnie nie wiedział jak ująć w słowach to, co chciał mi powiedzieć. - Granica jest cienka.
- Nie rozumiem - wyznałam.
- No wiesz... Podobno granica pomiędzy nienawiścią a miłością-
- Skończ.
- Okej, ja tylko chciałem... Po prostu nie rób głupot z miłości - powiedział już pewniej.
- Czemu miałabym takowe robić?
- Nie wiem. Ale życie pokazało, że ludzie potrafią zrobić różne, głupie rzeczy. Chodzi o Lou.
Skierowałam na niego swój wzrok, chyba dopiero po raz drugi, odkąd wsiadłam z nim do tego auta.
- Co z nim?
- Rzucił studia. Dla mnie. - Westchnął.
- Co?
- Dokładnie to, co usłyszałaś. Odwodziłem do od tego pomysłu, ale bezskutecznie. Czuję się winny. Wciąż zalega mi to na sumieniu. To przeze mnie on tu jest.
- Harry, to nie twoja wina, zrobił to, co uznał za słuszne.
- Ale on jest tu z mojego powodu. Chciał się mną zaopiekować. Chciał dać mi miłość. I dał mi ją, okazuje ją lepiej, niż ktokolwiek mógłby to sobie wyobrazić. Ja też go kocham. Ponad życie. Ale boję się, że... że... - Jego głos zaczął drżeć. - Że pewnego dnia on odejdzie. Że powie, iż zmarnowałem mu życie i już więcej nie będzie chciał mnie widzieć. Że go zawiodłem.
- Harry, to nieprawda i doskonale o tym wiesz. - Położyłam dłoń na jego trzęsącym się kolanie. - On jest dorosły i ma prawo podejmowania samodzielnych, niewymuszonych wyborów. Wybrał ciebie.
- On zrobił dla mnie tak dużo... Czuję, że to, co ja robię dla niego jest tysiąc razy słabsze. Nie jestem nikim ważnym a on wolał porzucić swoje cudowne życie w Londynie. Studiował medycynę. Czuję się okropnie. To przeze mnie się tu znalazł, wpadł w nałogi... Pojawiły się problemy, z którymi nie potrafił sobie poradzić. Ja też w pewnym momencie przestałem panować nad tym, co się z nim działo. Przez to pojawiły się długi. Może gdybym to ja zginął zamiast mojej mamy...
- Harry, nawet tak nie mów - pisnęłam.
- Ale to przeze mnie bieg zdarzeń się zmienił. Przez to, że istniałem.
- Harry, przestań.
Chłopak zjechał na pobocze i  włączył światła awaryjne. W jego pięknych oczach lśniły łzy. Czułam, że jeśli dalej tak pójdzie i w moich one się pojawią.
- To nie tak. W taki sposób donikąd nie dotrzesz. - Nabrałam w płuca powietrza. - Możesz zmyślać jeszcze tysiące rzeczy, doszukiwać się w sposób 'co by było gdyby' aż do początków świata, ale to niczego nie zmieni.
- Ale gdybym go tu nie ściągnął, nie wpadłby w nałogi, nie poznalibyście się i nie wciągnąłby cię w sam środek kłopotów, i-
- I nie zyskałabym dwójki wspaniałych przyjaciół, i historyjki do opowiadania moim dzieciom, kiedy już będą na tyle duzi, by tego wysłuchać - dokończyłam za niego. - Nie zrobiłeś niczego złego. Nie powinieneś czuć się winny, bo nie jesteś winny.
Jego oczy się powiększyły.
- Dziękuję - wyszeptał.
- To nic takiego. To po prostu prawda. Lepiej ci?
- Tak. Jeszcze nikomu tego nie powiedziałem, wiesz?
- Więc jestem zaszczycona. - Uśmiechnęłam się do niego, by choć odrobinę poprawić mu humor i dodać otuchy. - Harry...?
- Tak?
- Jak wytłumaczymy mojej babci, że nie byłam na noc w domu, a teraz wracam, późnym popołudniem, do tego w męskim podkoszulku? - Skrzywiłam się.
- Err. - Złapał się za kark. - Postaram się coś wymyślić. Czekaj, co? Nie byłaś na noc w domu?
- No... Nie. - Skierowałam wzrok z powrotem na wycieraczki, które nadal płynnie pracowały.
- To żadne siniaki, prawda? - Wskazał palcem w stronę mojego brzucha.
Pokręciłam przecząco głową.
- Sorry Ley, ale muszę spytać-
- Spoko. Byłam u Nialla - odparłam, zanim zdążył zadać mi niepotrzebne pytanie.
- ...Jesteście dziwni - stwierdził po czasie.
- Wiem. Ale go nienawidzę.
Pokiwał tylko głową i wyłączył awaryjne, po czym ruszył do przodu.

______________________________________________________________

No więc jestem na wakacjach w Kołobrzegu, ledwo łapię wi-fi, komentarzy jest 7, miało być 10, z nudów pisałam w wordzie, ale jestem dobroduszna i oddaję Wam ten rozdział do krytyki. Zostawiajcie komentarze, proszę, to NAPRAWDĘ motywuje. Jutro wracam do domu, więc spodziewajcie się z mojej strony więcej w najbliższym czasie.

Chciałabym jeszcze napisać, ze jeśli jest jakiś sposób, bym mogła Was poinformować, to piszcie!

Nie lubię szantażu, ale 9 KOMENTARZY TO KOLEJNY ROZDZIAŁ.

piątek, 27 czerwca 2014

Rozdział szesnasty. 'Nienawiść podobno prowadzi do piekła'

Tylko nie on. Tylko nie Louis. Nie chcę go okłamywać.
- Witaj Louis - powiedział brunet.
- James!? - głos Tomlinsona w ułamku sekundy nabrał piskliwego tonu. - Kurwa, nie mów, że jej coś zrobiłeś, bo cię zabiję!
- Owszem, a jeśli nie dostanę kasy, staną jej się jeszcze gorsze rzeczy.
Skierował na mnie swój wzrok, po czym zamachnął nogą i kopnął mnie w żebro. Załkałam z bólu. Uderzył w miejsce, które jakiś czas temu boleśnie pociął.
- Kurwa, nie waż się jej więcej tknąć skurwysynie! - zaczął krzyczeć Louis do słuchawki i słychać było, że zaczął biec, bo tempo jego oddechu się zmieniło. - Gdzie jesteś?
- W magazynie. Ale wiesz, przynosisz hajs, albo ona zginie - powiedział mężczyzna stanowczo.
- Nie dotykaj jej - wysyczał Lou i się rozłączył.

***

Usłyszałam trzask i hałas. Momentalnie do pomieszczenia wpadło kilku mężczyzn ubranych w mundury. Policja. Za nimi zobaczyłam Louisa i Harry'ego. Harry zaczął biec w moją stronę, a Louis starał się to robić, ale wychodziło mu to co najmniej niezgrabnie. Coś było nie tak... Tylko co? Zauważyłam, że jego ręce są schowane za jego plecami.
- Ashley - Harry rzucił się na mnie i mocno mnie przytulił, odlepiając wcześniej delikatnie taśmę naklejoną na moje usta.
Syknęłam cicho, bo nacięcie zrobione kilka godzin temu zaczęło szczypać.
- Jesteś ranna!? - Harry dosłownie pisnął. - Już cię stąd zabieramy, już, będzie dobrze, zobaczysz - mówił zawzięcie, lecz w jego oczach nie widziałam przekonania.
Louis właśnie do nas dotarł.
- Ashley - szepnął - tak mi przykro, Ashley, naprawdę.
- Wytłumaczycie mi to... to wszystko? - usłyszałam swój głos, jakby był mi odległy.
- Tak Ashley, tak - wysapał Harry i znów mnie przytulił, tym razem delikatniej.
- Harry, może zamiast mnie przytulać, rozwiązałbyś mnie?
- Ja-jasne - jego policzki poróżowiały - przepraszam.
Skierowałam swój wzrok na Lou. Bałam się spytać, co się dzieje, czemu ciągle stoi w tej samej pozycji. Zauważyłam w jego oczach żal. Odwrócił wzrok. Czy on... czy jego ręce... są skrępowane kajdankami?
Za dużo myśli. Zawsze uciekał od tego tematu. Co on zrobił? Obraz przede mną zaczął niebezpiecznie drżeć, aż w końcu zrobił się całkowicie zamazany. Kiedy tylko Harry uwolnił moje ręce, od razu otarłam rękawami brudnej już bluzy poliki.
- Ashley, misiu, nie płacz, ułoży się, zobaczysz - powiedział cicho Louis.
- Poprosimy pana do nas - zwrócił się do Louisa jeden z policjantów.
Zobaczyłam, że pozostali policjanci wyprowadzają moich porywaczy.
- Już idę - powiedział Lou, po czym odwrócił się od nas i odszedł w stronę policjanta.
Wytrzeszczyłam oczy. Miałam rację. Kajdanki.
- Dasz radę wstać? - z transu wyrwał mnie głos Harry'ego.
- Nie wiem.
Hazz podniósł się z podłogi i wyciągnął do mnie ręce. Złapałam je i podciągnęłam się do góry. Poczułam, jakby w moich nogach było tysiące mrówek. Zakręciło mi się w głowie, ale zrobiłam kilka kroków do przodu. Z każdym kolejnym było coraz prościej, jednak nadal miałam uczucie bezwładności w nogach.
- Zaczekaj - powiedział Harry, po czym wziął mnie na ręce. - Tak będzie łatwiej.
Złapałam się mocno jego szyi i poczułam, że za długo tak nie wytrzymam. Nie należę do cierpliwych ludzi. Wcześniej czy później zacznę krzyczeć, bo po prostu muszę, muszę znać prawdę.
- Będzie pani musiała złożyć zeznania - powiedział policjant zrównując się krokiem z Harrym.
Nic nie odpowiedziałam, tylko pokiwałam głową. Byłam zbyt zmęczona by teraz o tym myśleć. Chciałam tylko wiedzieć o co w tym chodzi a potem iść spać. I najlepiej już nigdy się nie budzić.

***

Wyszliśmy właśnie z Harrym z posterunku policji.
- Harry gdzie jest Lou?
Nie dali nam z nim rozmawiać. Przewieźli nas innym samochodem. Obawiałam się najgorszego.
- Będzie dobrze.
- Gdzie on jest?
Harry nie zdążył odpowiedzieć, bo w tym momencie ktoś mocno mnie objął.
- Ashley, przepraszam. Za wszystko. Za każą krzywdę, którą ci tak jakby wyrządziłem. Bo to wszystko to tylko i wyłącznie moja win-
- Louis, nie gadaj głupot, nawet nie wiesz jak się cieszę, że nie zamknęli cię w więzieniu albo coś innego.
Louis spojrzał pytająco na swojego chłopaka.
- Ty to musisz jej powiedzieć Lou, ja tego za ciebie nie zrobię. Ani nie zrobiłem. Radź sobie.
Szatyn wypuścił powietrze z płuc.
- Jedziemy do ciebie Hazz. Zbierz chłopaków.

***

Siedziałam na kanapie w salonie Harry'ego, szczelnie otulona kocem. Przez te wszystkie zdarzenia okazało się, ze dostałam gorączki.
- Trzymaj - brunet podsunął mi kubek z parującą herbatą, w której pływał kawałek cytryny.
Upiłam łyk i w tejże chwili rozbrzmiało pukanie do drzwi.
W jednej chwili salon zapełnił się grupą chłopaków. Na końcu wszedł... Horan. Wylądowałam pomiędzy Louisem a Zaynem. Po bokach na fotelach usiedli Liam i Harry. Z racji, że blondyn wszedł ostatni, było tylko kilka miejsc, musiał usiąść naprzeciwko mnie. Jak na złość. Dobrze, że dzielił nas chociaż stół.
- Ashley... - Louis zabrał głos. - w tej całej sprawie chodzi o narkotyki.
Domyślałam się. Nie dużo mi to dało.
- Ci dwaj faceci to James i Hough. Należeli kiedyś do naszej paczki. Kiedy jeszcze nie było tu Louisa. I pewnego dnia Harry pojawił się tu z powrotem. Po śmierci swojej mamy. przyprowadzi ze sobą chłopaka... I powiedział, że jest gejem. Wtedy oni... Po jakimś czasie odsunęli się od nas. Ja, Harry, Niall i Liam skończyliśmy z dragami. Lou nie - powiedział Zayn.
- Pomimo, że wyzywali go, on nie mógł się od uzależnić - Liam kontynuował historię Malika. - Ciągnęło go do używek aż w końcu oni zaczęli go szantażować. Próbowali wyciągnąć kasę. Nie udało im się, bo na jakiś czas trafili do więzienia. A kiedy powrócili, niedługo przed twoim przyjazdem zaczęło się właśnie to. Chcieli zdobyć kogoś, żeby dostać hajs.
- Zadzwoniłem po policję, bo wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, to będzie się dalej ciągnęło. Zrobili by to więcej razy, aż do skutku. Policjanci myśleli, że jestem z nimi zmówiony, dlatego zakuli mnie w kajdanki. Powiedziałem im, że nie mam narkotyków. I to prawda - zakończył Louis.
- To wszystko?
- Tak. Myślę, ze tak.
- Ashley, mówiłaś, że jesteś ranna. Zaraz wracam - powiedział Harry i wyszedł z pokoju, po czym chwilę potem wrócił z apteczką w ręku. - Mogę? - spytał biorąc pomiędzy palce rąbek mojej koszulki.
Pokiwałam głową. Chłopak podciągnął moją bluzkę do góry, odsłaniając ranę i... kilka czerwonych plamek. Cholera, dlaczego ja o tym nie pomyślałam!? Szlag by to trafił. Spojrzałam z ukosa na blondyna, który wytrzeszczył oczy gapiąc się na mój brzuch, po czym szybko odwrócił głowę.
- Ashley, czy to-
- To siniaki - powiedziałam szybko, zanim Harry zdążył cokolwiek powiedzieć.
Brunet przyłożył do rany gazę nasączoną jakimś środkiem. Skręciłam się z bólu.
- Przepraszam, ale trochę poszczypie.

Kiedy już zrobili mi opatrunek, Harry stwierdził, że pójdzie przynieść mi coś do przebrania się, bo moja bluza była cała ubrudzona zaschniętą już ziemią i krwią.
- Trzymaj, przebierz się - podał mi granatową koszulkę. - Pamiętasz gdzie jest łazienka, prawda?
- Mhm - mruknęłam, po czym skierowałam się na korytarz.

Wróciłam do pokoju i poczułam, że robi mi się słabo. Został tylko Niall.
Nie wiedziałam, co mam teraz zrobić. Postanowiłam, że wrócę na swoje stare miejsce. Problem w tym, że siedział centralnie naprzeciwko mnie.
- Gdzie-gdzie są chłopaki? - zająknęłam się.
- Louis z Harrym pojechali do sklepu po herbatę, jakieś tabletki i bandaże, Liam musiał wyjść, bo Dani zadzwoniła a Zayn gdzieś się podział jak zwykle. Kazali mi cię pilnować czy coś w tym stylu.
- Aha - mruknęłam niewyraźnie.
Spojrzałam w dół na swoje stopy. Korciło mnie, żeby zobaczyć czy on gapi się na mnie, ale darowałam sobie. Po jakimś czasie jednak zobaczyłam, że ogląda z tej odległości zdjęcia stojące na półce. Jego głowa skierowana była w lewo. Zobaczyłam, że ma na szyi kilka zadrapań i malinek. Czyli nie pozostałam mu dłużna. Ahaaa.
Nienawiść podobno prowadzi do piekła. Nas zaprowadziła prosto do łóżka.

____________________________________________________________
Haj, hej, hej! Wiem, musieliście czekać caaaały miesiąc (równiutki) ale wreszcie się wyrobiłam. Po prostu dużo nakręciłam. Z pisaniem pomagała mi Olcia (ilysm).
Następny pojawi się wcześniej - obiecuję.

Udanych wakacji!

10 komentarzy = kolejny rozdział

wtorek, 24 czerwca 2014

Informacja

Hej, rozdziału nie ma już od miesiąca. Na pewno niedługo się pojawi. Po prostu nakręciłam, nakręciłam i teraz wszystko muszę tłumaczyć. Ups, właśnie się wygadałam, że wyjdą na jaw pewne sprawy. No więc szykujcie się na dawkę emocji haha. I przepraszam jeszcze raz, że tak długo zajmuje mi pisanie tego rozdziału. Mam nadzieję, ze zrozumiecie. ♡

wtorek, 27 maja 2014

Rozdział piętnasty. 'Największy błąd w moim życiu'

Przeczytajcie notkę pod rozdziałem.

Otworzyłam oczy, ale szybko je zmrużyłam, bo w moje oczy uderzyły promienie słońca. Kiedy mój wzrok już się przyzwyczaił do światła, rozejrzałam się po pustym pokoju i powoli składałam fakty w całość.
Śmiech, film, kłótnia, zimne ręce na moich plecach, usta Nialla, ciemność...
Zaraz co!?
'Usta Nialla'
O Boże, właśnie dotarło do mnie, co się wczoraj wydarzyło.
Szybko zeskoczyłam z łóżka. Zdjęłam z siebie za dużą, czarną koszulkę i ogromne spodnie, po czym ubrałam się w swoje jeansy i koszulkę. Niepewnie wyszłam z pokoju. Zeszłam na dół. Nie wiedziałam gdzie powinnam pójść, więc weszłam do kuchni. Znalazłam tam Nialla, siedzącego przy stole. Kiedy mnie zobaczył poklepał miejsce obok siebie. Przemierzyłam kuchnię i zamiast usiąść na krześle obok niego, oparłam się plecami o blat bufetu. Wlepiłam wzrok w płytki i zacisnęłam usta w cienką linię. Nie miałam pojęcia, co teraz robić.
- Chcesz kawy? - odezwał się zaspany głos Nialla.
Podniosłam na niego wzrok.
- Nie - powiedziałam kręcąc przy tym głową.
Skierowałam wzrok z powrotem na podłogę. Zaległa męcząca cisza. Jednak nie miałam zamiaru jej przerywać, nie miałam nawet pomysłu, jak miałabym to zrobić. Co mam mu powiedzieć? Może: "Przespaliśmy się, więc to znaczy, że masz mnie rozpieszczać, jak te puste baby z programów telewizyjnych"? Cha, cha, cha, cha, no jasne kurwa.
Po chwili przed oczami zamachała mi ręka. Energicznie podniosłam głowę i zajrzałam w niebieskie tęczówki.
- Nic się nie zmieniło. Ja nie lubię ciebie, ty nie lubisz mnie.
Słowa, które z siebie wyrzucił wirowały mi w głowie niczym puzzle, które małe dziecko porozrzucało po całym stole i żaden element nie chce pasować do innego. Zamrugałam kilkakrotnie. Chłopak nadal stał naprzeciwko mnie i obojętnie się na mnie patrzył. Zrobiłam chwiejny krok do przodu, wyminęłam Nialla i szybko ruszyłam do drzwi. Moje nogi całe dygotały. Popchnęłam drewnianą powłokę i już za chwilę znalazłam się na dworze. Uderzyło we mnie rześkie ranne powietrze. Trochę się uspokoiłam. Nie wiem, czemu moje ciało tak zareagowało. Spojrzałam w stronę domu. Za nic w świecie tam nie pójdę. Nie miałabym spokoju i zapewne musiałabym odpowiadać na pytania gdzie spędziłam noc. I co robiłam. A tego nie chciałam wiedzieć sama.
Ruszyłam w przeciwnym kierunku. Mocniej opatuliłam się bluzą i wsunęłam ręce do kieszeni.
Gdzie idę? Nie wiem.
Mogłabym pójść do Lou... ale nie wiem, czy on jest jeszcze moim przyjacielem. On mógł tylko oszukiwać. Tak jak Niall. Niall... no właśnie. Wykorzystał mnie.
To był największy błąd w moim życiu. Tak po prostu mu się oddałam. Cholera, ja mam 17 lat! Jaką idiotką trzeba być? Stracić dziewictwo ze swoim największym wrogiem, hm, cudownie Ashley.
Pociągnęłam za swoje włosy.
Jestem nikim, czuję się jak dziwka. Dałam się wykorzystać. Poniżył mnie i ma to w dupie. Udało mu się.
Doszłam do rozwidlenia dróg. Lewo, prawo. Którędy? Zresztą nie obchodzi mnie, co się ze mną teraz stanie. I tak straciłam już resztki jakiejkolwiek godności.
Skręciłam w uliczkę, która znajdowała się po lewo. Było tu dużo drzew.
Wróciłam myślami do wczorajszej nocy. Czemu poszłam z nim do łóżka? Przecież w końcu byłam tego świadoma. No, przynajmniej przez większość czasu. A czy mi się podobało? Kiedy pomyślę o tym dzisiaj, to robi mi się niedobrze, ale skłamałabym mówiąc, że nie. Ale... inna przeszłość, inna historia, inne życie.
Kurwa, czemu znowu o tym myślę? Muszę przestać.
W głowie znowu zawirowały mi słowa blondyna.
"Nic się nie zmieniło. Ja nie lubię ciebie, ty nie lubisz mnie."
Zacisnęłam powieki. Jednak kiedy tylko je uchyliłam, po moich polikach popłynęły gorące łzy.
Dałam się zmanipulować. Tak po prostu. To boli. Świadomość, że zostałam wykorzystana.
"Ja nie lubię ciebie" - mogłam się tego spodziewać...
"Ty nie lubisz mnie" - przecież i tak go nie lubię. Nie lubię go. Właśnie. Nie lubię.
Czułam, że mój oddech z każdą chwilą przyspiesza.
Nic się nie zmieniło, nie lubię go, miał rację.
Nie lubię. Kurwa, czemu to mi tak trudno przychodzi? Przecież go nie lubię.
A może jednak coś się zmieniło?
Wtedy, kiedy zaczął muskać moje usta? Kiedy jego chłodne ręce znalazły się na moich plecach, czule mnie obejmując, jakbym miała rozpaść się na kawałeczki? Kiedy czułam jego oddech na swojej skórze? Kiedy szeptał mi do ucha, że jestem niezwykła i inna od stereotypowych dziewczyn? Kiedy wplatał swoje palce w moje włosy? Bo tak było. A wolałabym o tym nie pamiętać.
Zacisnęłam zęby. Teraz zaczęłam nienawidzić go jeszcze bardziej. To wszystko takie skomplikowane.
Otarłam łzy wierzchem dłoni i pociągnęłam nosem. Nie mam siły. Dobrze, że nie poszłam do domu, bo pewnie rozwaliłabym jakąś temperówkę, nie mając pomysłu co powinnam zrobić.
Kopnęłam jakiś przypadkowy kamyk i patrzyłam jak podskakuje przemierzając ulicę, po czym opada w bezruchu. Takie są moje uczucia. Raz jest ok, potem upadam i nie potrafię się sama podnieść.
Skierowałam się w moje ulubione miejsce. Przychodziłam tu, kiedy byłam mała. Kiedy ojciec jeszcze był z moją matką i było między nimi w miarę dobrze. Ogarnęłam plac wzrokiem, szukając krzywego dębu. Nic. Musieli wyciąć to drzewo. Wycinają drzewa, które tak dużo znaczyły w moim życiu. Identycznie jak Bóg wycina osoby z mojego życia, które były dla mnie wszystkim. Mam na myśli swojego tatę. Moje życie jest trochę jak dziurawe spodnie. Nie da się ich jednak załatać książkami i samotnością, jak próbowałam to zrobić. Brakuje w nim wielu elementów, które dałyby mi bycie spełnioną. Szczęśliwą.
Usiadłam na skrzypiącej huśtawce i wsłuchałam się w świszczący wiatr. Zapowiadało się na w miarę słoneczny dzień. Zamknęłam oczy. Nie chciałam o niczym myśleć, ale to nie było wcale łatwe. Miałam ochotę płakać i coś rozwalić, wyżyć się na czymś, ale na razie pozostawałam dziwnie spokojna. Spokojna, by potem to wszystko mogło się skumulować. Najchętniej bym się na nim odegrała. Nie za to, że wczoraj mnie zmanipulował, tylko za wszystkie te przykrości, które wyrządził mi w przeszłości.
Nie zarejestrowałam momentu, kiedy poczułam szarpnięcie do tyłu, spowodowane tym, ze ktoś przyłożył mi jakąś szmatę do twarzy. Więcej nie pamiętam.

***

Poczułam szarpnięcie i mocny ból głowy.
- Obudź się, słyszysz!? - ktoś wrzasnął mi do ucha.
Uchyliłam oczy, by sprawdzić kto to. Momentalnie szarpnęłam się do tyłu, bo zaczęłam bać się jak cholera. Jednak moje ręce i nogi były związane, więc tylko uderzyłam się w ramię. Moje usta zaklejone były taśmą.
To oni. Ci faceci, którzy kiedyś mi już grozili.
- A teraz będziesz cicho i nie będziesz robiła zamieszania - powiedział brunet i przyłożył mi do twarzy dłoń, po czym złapał za rąbek taśmy.
- James, nie wiem, czy to dobry pomysł. Ona może zacząć się drzeć.
- Ostatnim razem nie robiła scen. Ale o to chodzi, aby krzyczała. Kiedy będę bawił się jej skórą - znowu skierował ku mnie swój wzrok i szybko pociągnął za taśmę, odrywając ją od moich ust.
Zacisnęłam oczy. Zapiekło.
- Nie gadaj - rzucił do mnie szatyn.
Przełknęłam gulę formującą się w moim gardle. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Puste, szare, całe w betonie. Mam tyko jedno pytanie. GDZIE JEST POLICJA I CZEGO ONI ODE MNIE CHCĄ!?
Brunet przyciągnął mnie do siebie, rozdzierając przy tym materiał moich jeansów o to szorstkie podłoże.
Podciągnął moją bluzkę do góry i wyjął coś z kieszeni.
- Niezłe malinki - burknął.
Spojrzałam na swój brzuch. Był pokryty kilkoma czerwono-fioletowymi plamkami. Zajebiście.
Mężczyzna przystawił do mojego żebra coś, co wyglądem przypominało nożyk. Przyjrzałam się uważniej. Scyzoryk. Cholera.
Przejechał narzędziem wzdłuż mojego boku.
Zacisnęłam mocno zęby. Piekło. Ale jednak przynosiło jakieś wytchnienie. Chciałam zrobić to już dawno, a on zrobił to za mnie. Działa. Naprawdę działa. Zrobił kolejną linię, ale tym razem wbił scyzoryk jeszcze mocniej. Westchnęłam. Ulżenie bólu poprzez ból? Ok.
- To jest jakaś jebana masochistka!? - wykrzyknął szatyn.
- Nie wiem, nie obchodzi mnie to - syknął drugi.
Z mojego boku sączyła się krew. Chłopak opuścił moją koszulkę. Przykleił taśmę znów na swoje miejsce.
- Starczy jej. Na razie. Jeszcze tu wrócimy. Ale nie będziemy już tacy łagodni - powiedzieli i wyszli, trzaskając drzwiami.
Spojrzałam na swoją koszulkę. Była we krwi.
Czy ja muszę mieć tak trudno w życiu?

***

Nie wiem, ile czasu minęło odkąd wyszli. Krew skrzepła się i zaschła na koszulce, ale rana nadal lekko szczypała. Ile mogło minąć? Starałam się to oszacować, ale totalnie zagubiłam rachubę czasu, bo nie wiem, ile byłam odurzona, ani czy na dworze jest jasno czy ciemno, bo tu nie ma okien - sam beton.
No dobra, jest jedno malutkie coś, co przypomina okno, ale to jest wielkości cegły, do tego u samej góry pomieszczenia.
Jednak nie wpadało przez tą szparę żadne światło. Czyżby była noc? Babcia z dziadkiem pewnie umierają ze strachu o mnie.
Nagle drzwi z ogromną siłą się otworzyły.
Faceci weszli stanowczym krokiem do pomieszczenia. Szatyn zaczął grzebać w kieszeni swoich spodni. Wystraszyłam się, że znów szuka scyzoryka, jednak wydobył tylko mój telefon.
- Teraz będziesz grzeczna i potwierdzisz to, co my powiemy, dobrze? - zwrócił się do mnie tonem jak do dziecka, odlepiając przy tym szary skrawek taśmy.
- Nie jestem głupia! - warknęłam.
- Powiesz, albo oszpecimy ci tą twoją buźkę - znowu zaczął grzebać w kieszeni, tym razem innej.
- Dobra, powiem to, co mi każecie - powiedziałam szybko.
Może ból fizyczny pomagał na ból psychiczny, ale zdecydowanie nie chciałam, aby rozcięli skórę mojej twarzy.
Chłopak wybrał jakiś numer.
- Halo? - odezwał się głos po drugiej stronie słuchawki. - Ashley, twoi dziadkowie cię szukają, wiesz o tym? Gdzie jesteś?
Nie, nie, nie, nie, nie! Tylko nie on!

__________________________________________________________________________
Tralala chcieliście dłuższe rozdziały, więc macie hihi. Miałam to ciągnąć dalej, ale uznałam, że nikt nie przeczyta + pracuję nad tym, by urywać niespodziewanie. Dlatego już idę pisać kolejny rozdział, ale na razie dostaniecie tylko ten. Jak myślicie, do kogo zadzwonili? Hihi.
Chcę napisać też, że cały czas mam na uwadze, że ona ma 17 lat, a Niall 18. A odnośnie tego, czemu nie ma żadnej reakcji policji czy coś podobnego dowiecie się już wkrótce. ;)
A no i jestem trochę oburzona. Bo było tylko 9 komentarzy, a zazwyczaj było ok. 12. Ale cieszę się, że w ogóle jakieś są. Do następnego. xoxo

CZYTASZ = SKOMENTUJ