piątek, 17 lipca 2015

Rozdział dwudziesty dziewiąty. 'Autorytet'

Wdrapałam się z powrotem po schodach. Usiadłam wygodnie, zakrywając kocem nogi odziane jedynie w szorty. Niall pojawił się sekundę później.
- Wiesz, powiedziałem ci, że to magiczne miejsce. Tobie może wydawać się zwykle. Może nawet z lekka babskie. Ale miejsce to urządziła moja ciotka, która, gdy rozstała się z mężem, zamieszkała u nas na kilka miesięcy. Nie potrzebowała mebli, czegokolwiek. Chciała tylko samotności. Nieczęsto jadała z nami posiłki. Mało mówiła, zbyt przygnębiona po rozwodzie. Być może miała takie usposobienie dlatego, że niegdyś zajmowała się sztuką, a artyści jakoś tak już mają. Jednak była dużo młodsza od mamy i myślała na inny sposób niż ona. Miałem czternaście lat, kiedy u nas kątem mieszkała. To był czas, kiedy zaczynałem interesować się tym, co zakazane, wiesz. Fajki, alkohol, bójki i te sprawy. Byłem tym typowym, zepsutym chłopcem, jak to wcześniej określiłaś. Po prostu dzieciakiem, smarkaczem. Gdy rodzice nakryli mnie jak palę za domem, zrobili mi wielką awanturę. Miałem ich w dupie. Ignorując ich kazania, przyszedłem do ciotki. Patrzyła przez okno, nawet nie mrugając, kiedy opadłem głośno w stos poduszek. Myślała nad czymś. Nie przeszkadzałem jej. I za chwilę usłyszałem słowa, które wydobyły się z jej ust: "Słyszałam wszystko". Potem się poruszyła, pogrzebała pod poduszką i wyjęła spod niej zapieczętowaną nadal paczkę papierosów. "Masz. Pal. Pal tyle, na ile płuca ci pozwolą. I bądź wdzięczny mnie, jako twojej ciotce. Lecz nie przychodź, kiedy już nabawisz się raka" - powiedziała. Nie umiałem jej zrozumieć. Nigdy. Zaznaczając fakt, że ona latami była uzależniona od nikotyny. I jej sposób bycia sprawiał, że chciałem rozgryźć tą kobietę. Od tamtej pory praktycznie nie paliłem, pomijając kilka stresowych sytuacji, które musiałem po prostu odreagować. Oczywiście nie wliczając marihuany, ale to już coś innego. Kilka tygodni po incydencie postanowiła się wyprowadzić, ale zanim to zrobiła, odwiedzałem ją tu codziennie. I każdego dnia sprzedała mi jakąś cenną lekcję życia. Zapamiętałem każdą, ale dopiero ostatnio nauczyłem się z nich korzystać. Potem zniknęła pewnej nocy, zostawiając mi to - Niall sięgnął za kołnierz koszulki, wyciągając spod niej rzemyk, na którym były trzy złote zawieszki: koniczyna (podobna z lekka do mojej), krzyżyk i zdeformowane serce, przecięte krzywym napisem w innym języku.
- Co to oznacza? - Przesunęłam między palcami nierówny medalionik.
- "Nadzieja". Dużo podróżowała.
- Nie widziałam tego wcześniej u ciebie.
- Bo jak już mówiłem, dopiero niedawno nauczyłem się korzystać z mądrości mojej ciotki. Mówiła mi o uczciwości, szczerości i o walce. Do dziś pamiętam jej słowa. "Może się wydawać, że już wszystko przepadło. Że nie ma sensu stawać ponownie na starcie, skoro tyle szans poszło na marne, nie dając rezultatów, a może jedynie skutki uboczne. Pamiętaj: zawsze możesz zacząć żyć od nowa. Ucz się na błędach i wyciągaj wnioski. I nie patrz na mnie. Nie idź moją drogą, albowiem jestem tylko niespełnioną artystką, płaczącą po nieudanej miłości. Nie jestem stara. Nie. Ale potrzebuję sił, by móc znowu walczyć. Ty nie płacz nad rozlanym mlekiem, lecz staraj się wlać je z powrotem do butelki, nie ważne, jak bardzo mokrym miałbyś przez to być. Zawsze walcz o wartości, jakie się dla ciebie liczą i nigdy nie odpuszczaj, a los ci już dalej pomoże. A jeśli kochasz, kochaj szczerze. Nie baw się ludźmi, wiedząc, że za rok nie będziesz o nich pamiętać. I zawsze bądź lojalnym przyjacielem. Bądź jak jeden za wszystkich, nawet, jeżeli inni nie mieliby być jak wszyscy za jednego. Bóg tak naprawdę nie chce zła dla ludzi. To oni wybierają, którą drogą pójdą. On chce tylko pomóc nam w realizacji dobra. I jeżeli potkniesz się tysiąc razy, ale i tak wstaniesz, by spróbować tysiąc pierwszy raz, On stanie za tobą. I pamiętaj, by zawsze mieć jakieś cele. Bo ludzie bez swoich gór, nie mają czego pokonywać. I to właśnie oni są ludźmi nieszczęśliwymi. Tylko oni". - Zamilkł na chwilę. - Mam nadzieję, że jest szczęśliwa. Chcę tego dla niej, bo była moim drogowskazem, dzięki któremu znajduję się tu, gdzie jestem. Z tobą.
Patrzyłam na niego, dziwnie spokojna. Jakbym czuła, że to odpowiedni czas i miejsce. Po chwili zorientowałam się, że wciąż trzymam między palcem wskazującym a kciukiem nierówne serduszko, przez co Niall był lekko nade mną pochylony. Nie puściłam zawieszki od razu. Zrobiłam to dopiero wtedy, kiedy zobaczyłam w jego oczach swoje odbicie. A może to było tyko odbicie światła.
Nie w tym życiu, dziewczyno.
Niall uśmiechnął się smutno. Odsunął się delikatnie, patrząc w inną stronę.
- To miejsce jest dla mnie odskocznią. Czasem, kiedy naprawdę potrzebuję kopa w dupę, przychodzę tu pomyśleć. Tu jest tak... czysto. Jedynie trochę poduszek i niebo. Nadal czuję tu ducha mojej ciotki. Ducha idealnego żywota i niespełnionych marzeń. A potem stąd wychodzę, mieszając się z tym wszystkim, co przyziemne. Wracam do tej strefy patosu i staram się żyć choć odrobinę pomyślniej. - Zrobił pauzę. - Czemu patrzysz na mnie jak na idiotę? - zaśmiał się.
- Nie patrzę na ciebie jak na idiotę. Po prostu... Dziwię się że wiesz co to w ogóle jest patos, a co dopiero... - Nakreśliłam obiema rękami w powietrzu okrąg, chcąc zmaterializować w jakiś sposób ogół.
Niall pokiwał głową.
- Masz z nią jakikolwiek kontakt?
-  Z ciotką?
- Tak.
- Nie. Ostatni raz słyszałem jej głos cztery lata temu, zanim zniknęła. Nawet nie mam pewności, że nadal żyje. - Chłopak zaśmiał się gorzko.
Spojrzałam w dół, na materac. Niall miał swój autorytet w postaci ciotki, która przez tak krótki czas potrafiła wbić mu do głowy słowa, dzięki którym, choć nie umiał wyciągnąć z nich nauki od razu, stał się zupełnie innym człowiekiem. Czy ja mam autorytet? Chyba nie.
- O czym myślisz?
- O niczym szczególnym.
- Chyba cię nie zasmuciłem, prawda?
- Co? Jasne, że nie.
- Przypominasz mi ją.
- Ja? - zareagowałam zaskoczona.
- Mhm. - Niall w zamyśleniu pokiwał głową. Nagle siedział bliżej niż jeszcze chwilę temu. - Jesteś do niej strasznie podobna. Nie chodzi tu o wygląd, bo ona była ruda, ale to szczegół. Mówię o wnętrzu. Jesteś tak samo uparta i zmęczona życiem, które nieustannie tobą targa. Lubujesz się w samotności, nie chcesz wokół siebie ludzi, ale tak naprawdę potrzebujesz właśnie tego. - Dotknął wierzchem dłoni mojego lewego policzka.
Zamknęłam oczy, z całych sił starając się stłumić westchnienie. Druga jego ręka zaczęła bawić się końcówką mojego rozwalonego do granic możliwości kucyka, podczas gdy pierwsza zjechała na moją szyję, gdzie jego długie palce zaczęły kreślić drobne wzorki.
- Kiedy masz urodziny? - usłyszałam nagle przy swoim uchu i nie zaprzeczę, iż wolałabym, by ta przyjemna cisza wróciła.
- Co? - ocknęłam się, otwierając wreszcie oczy.
- Kiedy masz urodziny? - powtórzył spokojnie.
- A dzisiaj jest?
Niall pomyślał chwilę.
- Szósty sierpnia.
- O... To już za kilka dni, jedenastego.
Niall niespodziewanie odsunął się, zabierając ode mnie swoje ręce.
Ugh, jak łatwo jest mnie omotać...
Spojrzałam w górę. Deszcz nadal stukał o szyby. Gdy patrzyło się dłużej, zdawać by się mogło, że leci się do nieznanego wymiaru. Kochałam to. W dzieciństwie gapiłam się na ulewy godzinami. I w pewnym momencie nie widziałam już wody. Widziałam świat, w jakim chciałabym żyć. Jednak tym razem się tak nie stało. Znów rozejrzałam się dookoła. Tak, to zdecydowanie jedyne miejsce, w jakim w tej chwili chciałam być. Mogłabym zostać tu na zawsze... Jakże to śmieszne. Niall złapał moje spojrzenie.
- O nie... - Oprzytomniałam.
- Hm? - odparł.
- Zostawiłam t-shirt na dworze do wyschnięcia.
- Skoro i tak był mokry to chyba nie jesteś ani na plusie, ani na minusie.
- Hm, no racja. - Zawahałam się nad zadaniem pytania, które już od dłuższej chwili chodziło mi po głowie. - Niall?
- Tak?
- Możemy po prostu poleżeć? W sensie: poleżeć w ciszy, nie mówić nic, najzwyczajniej odpocząć?
- Jeżeli to jest to, czego chcesz, jasne.
Ułożyłam się, niezbyt wygodnie, bo na plecach. Niall zrobił to samo, lecz po sesji mrugania, marszczenia brwi i oblizywania wcale nie suchych ust, obrócił się w moją stronę i uśmiechnął. Jego łokieć powędrował pod głowę, a oczy prosto na moje. Wtedy ja również odwróciłam się, więc leżeliśmy na wprost siebie. Po chwili jednak postanowiłam spróbować czegoś innego, chowając twarz w poduszkę leżącą tuż obok jego ramienia, a moje włosy rozsypały się na jego bluzie. Przerzuciłam jedną z nóg przez jego kolana, bo ugh, uwielbiałam to robić, leżąc obok kogoś.
- Co robisz? - zaśmiał się Niall.
- Sam powiedziałeś, że tego potrzebuję - skwitowałam. - A teraz shh. - Zamknęłam oczy i ułożyłam się wygodniej, tym razem z twarzą przyklejoną do materiału rękawa jego bluzy. Zabrał mi rękę spod głowy, więc nieco zaskoczona uchyliłam powieki, by zauważyć tylko, że przerzuca ją przez moje barki. Położyłam się znowu, tym razem przyklejona do jego boku. Przedramię oparłam na jego torsie, a nogę pozostawiłam tam, gdzie była ona wcześniej. Idealnie.
Już usypiałam, kiedy usłyszałam ciche mamrotanie.
- Kiedy przechodziłaś przez anoreksję?
Momentalnie się spięłam. Niall chyba to wyczuł, bo zaczął bawić się moimi włosami.
- Już nawet nie pamiętam kiedy to dokładnie było. Wiesz, słowo "anoreksja" jest codziennie nadużywane przez mamy nastolatek. Głodzą się one, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jakie to poważne. Ja nigdy nie prosiłam o wystające kości i problemy. Ale po odejściu taty po prostu nie mogłam jeść. Odpychało mnie to. Brzydziło. Cały czas było mi niedobrze i czułam się wyprana z uczuć. Mój organizm odzwyczaił się od jakichkolwiek posiłków. Reagowałam oburzeniem, gdy ktoś oferował mi jedzenie. I gdzieś głęboko wiedziałam, że dzieje się źle, ale bałam się sama przed sobą tego przyznać. Bałam się przyznać tego przed kimkolwiek, nawet przed dietetykiem, choć on dokładnie wiedział, co mi jest. Przez długi okres czasu ukrywałam to również przed dziadkami, chociaż wiedziałam, że oni by mnie nie oceniali.
- Ash, proszę, nie płacz - niespodziewanie przerwał mi Niall. Dopiero teraz zauważyłam, ze rzeczywiście z moich oczu wydobywa się słona ciecz.
- Nie umiem trzymać emocji na wodzy, Niall. Nie umiem. A anoreksja to był skutek uboczny tęsknoty, a przy okazji miłości. Powiedziałeś wcześniej, że jestem silna. Nie jestem. Ale łzy choć trochę pozwalają oczyścić mi duszę i znów zbieram kolejne niepowodzenia, by móc wysłać je w wędrówkę po skórze mojej twarzy.
Chłopak nie powiedział już nic więcej. Ja też się nie odważyłam. I leżąc w tej ciszy, która przed rozmową była miła, a przerodziła się w nieco niekomfortową, zaczęłam odczuwać ulgę. Rozluźniałam się. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się resztkami dobrej atmosfery.

Coś wyrwało mnie z dosyć twardego snu. Ciemność. I ciepła postać obok mnie. Niall. Odtworzyłam w głowie ostatnie wydarzenia. Chwila... Momentalnie poderwałam się do góry.
- Niall! - Potrząsnęłam ramieniem chłopaka.
- Uhm, co?
- Która jest godzina? - Nie mam pojęcia czemu, ale szeptałam. - Gdzieś tu powinien być mój telefon. - Zaczęłam gorączkowo przekopywać się przez poduszki.
- Hej, spokojnie. - Blondyn poszperał w kieszeni jeansów, które nadal miał na sobie. - Za 18 minut północ. Troszkę nam się przysnęło. - Ziewnął.
- Dziadkowie rano gdzieś pojechali. Mieli wrócić wieczorem. Na pewno są już w domu. - Wreszcie wydobyłam swój telefon. - Cholera.
- Hm?
- 12 nieodebranych połączeń od babci i 4 od dziadka... Muszę wrócić do domu.
- A nie możesz iść dopiero rano?
- Im później wrócę, w tym gorszej sytuacji się znajdę, ehh.
- Dobra. Odprowadzę cię.
Na dworze nadal padało. Zanim zdążyłam przekroczyć próg drzwi, Niall rzucił mi jedną ze swoich bluz wkładanych przez głowę, wiszących na wieszaku.
- To tylko kilkanaście metrów.
- Ale jest zimno, a ty jesteś rozgrzana i zaraz się przeziębisz.
- Dobra... - Wsunęłam wielką bluzę na swoją własną. Musiałam wyglądać jak pingwin.
- Czekaj!
- Hm?
Niall podszedł do mnie i zaciągnął mi na głowę oba kaptury. Wywróciłam oczami, kiedy zagryzł wargę, próbując się nie śmiać. Sam też naciągnął swój.
Przebiegliśmy dystans dzielący budynki naszych domów, a gdy znaleźliśmy się pod zadaszeniem, odezwałam się:
- Dalej sobie poradzę, dzięki za wszystko. No wiesz, za wysłuchanie, zrozumienie, trochę życiowych lekcji.
- Nic szczególnego nie zrobiłem. Cieszę się, że jednak przyszłaś. A i tak na przyszłość: nie baw się więcej żyletkami, dobrze?
- Um, mhm. - Niezręcznie pokiwałam głową.
- Kolorowych snów. - Uśmiechnął się do mnie, po czym odwrócił i już zaczynał znikać w ciemności, kiedy przypomniałam sobie o fakcie, że nadal jestem ubrana w jego bluzę.
- Niall, czekaj! - Złapałam za rąbek materiału, lecz chłopak zaczął kręcić głową.
- Oddasz przy okazji. A teraz dobranoc.
- Dobranoc - westchnęłam i wyciągnęłam spod wycieraczki klucz, aby następnie dopasować go do zamka.
Zanim skierowałam się do swojego pokoju, postanowiłam zajrzeć do łazienki. Jakże duży był to błąd, ponieważ kiedy wychodziłam, wpadłam prosto na babcię.
- Gdzie byłaś? - Kobieta spytała szorstko, mierząc mnie krytycznym spojrzeniem od góry do dołu, zatrzymując swój wzrok odrobinę za długo na szarej bluzie.
- Um... Niall. - Jedynie tyle zdołałam wydukać.
- Idź już spać. Rano sobie porozmawiamy.
- Nie mogę się doczekać - mruknęłam pod nosem, wymijając babcię. Zignorowała ona moją niegrzeczną uwagę i sama skierowała się w stronę sypialni, którą dzieliła z dziadkiem.
Zrzuciłam z siebie obie bluzy oraz T-shirt. NAPRAWDĘ mocno nie chciało mi się brać prysznica, ale w końcu przemyciłam się do łazienki raz jeszcze, tym razem nie zostając zauważoną. Gdy wróciłam, rzuciłam się na łóżko twarzą w poduszki. Wymacałam pod ręką telefon, w celu sprawdzenia godziny. 00:27. Sturlałam się na podłogę, ciągnąc za sobą kołdrę. Zwinęłam się w rulon i leżałam. Telefon zawibrował. Niechętnie podniosłam się z ziemi, by po niego sięgnąć.
- Uh - wydusiłam, przewracając oczyma na widok wiadomości od operatora.
Rzuciłam telefon z powrotem na łóżko. Wtem coś dużego się na mnie zsunęło. Mrużąc oczy zobaczyłam tyle co nic. Przyłożyłam materiał do twarzy i zaciągnęłam się jego zapachem. Bluza Nialla. Ponownie układając się na podłodze, przytuliłam się do zwiniętego w kłębek, pachnącego blondynem materiału. Moje myśli powędrowały do rozmów, jakie odbyłam dzisiaj z chłopakiem. I uświadomiłam sobie, że tak naprawdę mam autorytet.
Mam Nialla.


_________________________PRZECZYTAJCIE________________________
Heeeejeczka, chcę Wam tylko napisać, że tak bardzo spinałam dupę, aby opublikować rozdział, zanim wyjadę nad morze i na szczęście się udało! A wyjeżdżam już jutro, czyli 18. I proszę, nie mówcie, że mi na Was nie zależy, bo gdyby tak było, olałabym wszystko i opublikowała rozdział dopiero po powrocie, a wracam za tydzień.

Chcę Was też zapytać: czy przeszkadza Wam to, jak rozkładam 1 dzień na kilka rozdziałów? Proszę, odpowiedź jest dla mnie ogromnie ważna, bo chcę, by przyjemnie się to czytało.

A teraz życzę wam dobrej nocy/dnia/WAKACJI i do następnego!

niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział dwudziesty ósmy. 'Lubię ciebie'

Wyplątał palce z moich włosów i lekko mnie od siebie odsunął.
- Wysłałem ci sms-a.
- Um, tak? - zapytałam z opóźnioną refleksją. No tak, przecież słyszałam dźwięk przychodzącego powiadomienia.
Zamknęłam oczy i stałam nieruchomo, bez oddechu, naprzeciwko Nialla, z jego dużymi dłońmi na ramionach.
- Napisałem, że skoro nie spotkaliśmy się wczoraj, to może dziś to nadrobimy, ale nie odpisywałaś, więc zwyczajnie przyszedłem. Widać w dobrym momencie.
Z większa go nie słuchałam. Wciąż miałam zamknięte oczy.
- Przepraszam, ale boli mnie głowa i nie mam ochoty na niczyje towarzystwo.
- Udowodnić ci, że jednak masz?
Uchyliłam powieki. Jego brwi były uniesione.
- To groźba, sugestia czy propozycja? - mruknęłam.
- Pytanie.
- Zawsze jak mnie o coś pytasz, to albo unosisz, albo marszczysz brwi. - Przechyliłam głowę na prawą stronę.
Wywrócił oczyma.
- Taki odruch.
- Kiedy rozmawiasz na przykład z Lou, nigdy tego nie robisz.
- Ugh, może dlatego, że od niego jest łatwiej uzyskać jakąkolwiek informację niż od ciebie.
- Skoro tak trudno jest się ze mną dogadać, to czemu nadal próbujesz prowadzić rozmowę?
- Bo chcę.
- Bo?
- Ash. Po prostu powiedz "tak" albo "nie".
- A więc: "nie".
Jego tęczówki przybrały granatową barwę. Zjechał ręką po całej długości mojego ramienia, zatrzymując palce na miejscu, gdzie przyłożyłam żyletkę. Mój oddech przyspieszył. Zerknęłam w dół na nadgarstek. Kiedy podniosłam wzrok, Niall przenikliwie na mnie patrzył. W pewnym momencie uniósł moją dłoń na wysokość swojej twarzy. Przyjrzał się skórze na przegubie, a kiedy nic nie zobaczył, puścił rękę, która bezwiednie opadła wzdłuż mego boku. Zmrużył oczy.
- Chodź ze mną - wyszeptał.
- Niall... - Spuściłam wzrok. To nie tak, że nie chciałam. Chodzi o fakt, że chciałam i właśnie to napawało mnie strachem.
- Co ci szkodzi? Hmm... Jeżeli ze mną pójdziesz, pokażę ci pewne magiczne miejsce.
- Już widziałam twoje łóżko - prychnęłam.
- Nie zdążyłem nawet o tym pomyśleć, zwolnij. To jak, idziesz ze mną? Czy może raczej wolisz siedzieć tutaj w samotności?
Skąd wie, że jestem sama..? Ugh, a zresztą: kogo to obchodzi?
- Dobra. Pójdę, ale na chwilę.
Wzięłam między zęby dolną wargę i zmarszczyłam brwi.
Wyraz twarzy Nialla się zmienił. Teraz jego oczy były jasne i chłopak lekko się uśmiechał. Wyglądał na zrelaksowanego.
Podeszłam do lusterka i związałam włosy. Niall przyglądał mi się ze swojego miejsca. Znowu opierał się o futrynę. Wywróciłam oczami i wsunęłam za ucho kosmyk, którego nie zdołała złapać gumka. Pociągnęłam za ekspres, zasuwając bluzę. Zrobiłam krok do tyłu, wpadając na kogoś. Odskoczyłam.
- Dopiero co stałeś tam! - Wskazałam ręką w stronę drzwi.
Spojrzałam na przedmiot, który trzymał w ręku. Żyletka. Zaraz poszedł do mojego łóżka i zabrał małe pudełko. Otworzył je, wsunął mały prostokąt, po czym schował opakowanie do kieszeni. Złapałam się za tył głowy, nieco zmieszana. Brwi Nialla zadrgały.
- Po co ci bluza? Jest parno, zbiera się na burzę... Ale to raczej dopiero nocą. A, no chyba że u mnie zostajesz.
- Lubię moje bluzy. - Złapałam za sznurek, przestępując z nogi na nogę.
- Możemy już wychodzić? - zapytał.
- Mhmm. - Pokiwałam głową.


Niepewnie weszłam do domu chłopaka. Zrzuciłam buty i przeszłam kawałek długiego korytarza, obracając się na pięcie, zadając Niallowi nieme pytanie o to, co dalej.
- Chodź za mną.
Weszliśmy na górę. Niall poprowadził mnie do końca korytarza, w miejsce, gdzie wcześniej nie zaglądałam, nawet go nie dostrzegłam. Kiedy jednak otworzył zamknięte na klucz drzwi, moim oczom ukazały się kręte schody. Niall zachęcił mnie ruchem dłoni. Zrobiłam krok. Poczułam na plecach ciepłą rękę, więc szybko przemierzyłam resztę stopni. To, co zobaczyłam na końcu nieźle mnie zadziwiło. Pokój był mały, ogromny materac robił za podłogę, całą ją wyściełając, dookoła porozrzucane były poduszki, sufit był ścięty, a w nim dwa okna. Wszystko było utrzymane w jaśniutkich kolorach: białym, kremowym i jasnoróżowym.
Odwróciłam się w stronę Nialla.
- No przecież obiecałem, że pokażę ci pewne magiczne miejsce. Rozgość się.
Zrobiłam kilka kroków w przód, a moje stopy zatopiły się w miękkiej piance materaca. Niall, widząc, że poruszam się niepewnie, wyprzedził mnie i rzucił się z jednej strony w poduszki. Ja za to stałam tam dalej.
- Ashley, wiem, że nie masz ochoty na moje towarzystwo, ale chciałem pogadać...
- No dobrze. - Usiadłam niedaleko niego, krzyżując nogi.
Z początku Niall nie naciskał. Rozmawialiśmy o głupich drobnostkach, jak pogoda, filmy czy szkoła. Minęła godzina, a ja zdążyłam poczuć się tu dobrze, pomiędzy stosem poduszek, w jego towarzystwie. Leżałam wygodnie z policzkiem przyklejonym do ogromnej poduchy.
- Ash?
- Hm?
- Opowiesz mi o swojej chorobie?
- ...Nie. Ty nigdy mi nic o sobie nie mówisz.
- No cóż... Jestem Niall, mam 27 lat i plantację winogron w Puerto Rico. Potajemnie jestem też właścicielem hodowli kóz w Niemczech, ale nikomu o tym nie mówię ze względu na mój wizerunek, więc powinnaś być zaszczycona, iż dowiadujesz się pierwsza.
Uniosłam brwi.
- A ja trzymam w moim domu w Longford psa imieniem NiezałagodziłeśsytuacjiNiall.
- Hm, długie ma to imię. Ale przyznaję, podoba mi się ze względu na to, że na koncu występuje "Niall".
- Niall - mruknęłam zniecierpliwiona.
- O tak, właśnie tak, możesz powtórzyć to jeszcze raz?
- Niall, to ani trochę nie jest śmieszne.
- Po prostu lubię, kiedy mówisz moje imię. - Wzruszył ramieniem, na którym nie leżał, spoglądając w inną stronę.
- Ugh. Co jeszcze lubisz?
Chłopak znów nawiązał ze mną zerwany wcześniej kontakt wzrokowy.
- Lubię tą twoją obsesję na punkcie bluz, bo zakładasz je nawet wtedy, kiedy jest gorąco, co nie jest do końca normalne, ale bycie normalnym jest przecież nudne. Lubię fakt, że twoje włosy są dosłownie dwukolorowe. U innych dziewczyn, nawet u mnie, te barwy przechodzą w siebie, a u ciebie są całkowicie odrębne. Lubię to, że zauważasz najbardziej zbędne detale i rzeczy, na które nikt inny nie zwraca swojej uwagi, jak chociażby ten X na moim palcu. Lubię sprawiać, że się uśmiechasz, bo jestem świadom tego, że przez wiele lat prawdopodobnie powodowałem tylko łzy. Lubię ciebie.
Zamrugałam kilkakrotnie, potajemnie bardziej wciskając twarz między poduszkę i kaptur, bo czułam, jak na moje poliki wstępuje ciepło.
- Jesteś taka inna. - Usłyszałam chwilę potem.
- A ty jesteś taki typowy. Zły chłopiec z zepsutą reputacją.
- Nie jestem taki.
- Więc jaki? Pozwól mi wreszcie zobaczyć jaki naprawdę jesteś, bo znudziła mi się zabawa w chowanego. Ty się chowasz, ja szukam, niby znajduję, ale okazuje się, że to nie ty, że to tylko twoje przebranie, którego użyłeś by się chronić. By się chronić w tej głupiej zabawie ze mną. Mam już dosyć gier w kotka i myszkę. - Podniosłam się do pozycji siedzącej.
- Lubię w tobie też to, jak szybko twój humor ulega zmianie - odparł spokojnie i jestem pewna, że zupełnie poważnie i bez nawet jednej nuty sarkazmu.
- Niall, do cholery!
- Dobra. Więc myślisz, że jaki jestem?
- Zakłamany - rzuciłam tylko, obejmując kolana ramionami i kurcząc się w malutki kłębek.
Trwała cisza.
- Ja naprawdę chciałam przestać się z tobą kłócić - powiedziałam cicho. Nawet nie byłam pewna, czy mógł mnie dosłyszeć.
Jednak po upływie minuty poczułam ramiona na swoich, a po moich bokach pojawiły się długie nogi. Zamknęłam oczy. Do mojego prawego policzka przylgnął drugi policzek.
- Wiesz czemu gdy spytałaś, czy możesz się skrzywdzić odpowiedziałem "spoko"? Bo kiedy ludziom coś się każe, oni zrobią wszystko, by wyszło na odwrót. Dlaczego? To wynika z braku zaufania, nienawiści, irytacji, albo po prostu ludzkiego uporu. Nikt nie lubi wykonywać czyichś rozkazów, zakazów czy zachcianek, jeżeli ta osoba nie jest kimś, na kim mu zależy. A po tym, co razem przeszliśmy w przeszłości wiedziałem, że jeżeli odpowiem ci "nie", od razu przejedziesz tą głupią żyletką po nadgarstku.
Nic więcej nie powiedział. Cieszyłam się, że nie mógł zobaczyć z tej perspektywy mojej twarzy. Patrzyłam w jeden punkt, a moje rzęsy szybko przemierzały trasę góra-dół. Zagryzłam dolną wargę, czując jak mój podbródek drży. Niepłaczniepłaczniepłaczniepłacz.
Jego twarz odsunęła się od mojej, a usta odcisnęły na skroni. Następnie Niall wstał, rzucając krótkie: "Zaraz wracam".
Gdy wyszedł, po moim policzku potoczyła się gorąca łza, a ja cieszyłam się, że chłopaka już tu nie ma, bo inaczej poczułby ją i na swojej skórze. Otarłam mokrą strużkę i przyłożyłam rękę do miejsca, które pocałował.

Zakłamany. Zagubiony.
Obojętny. Uczuciowy.
Egoistyczny. Inteligentny.
Kłótliwy. Zagubiony.
Zimny. Uczuciowy.
Wyszczekany. Inteligentny.
Chamski. Zagubiony.
Samolubny. Uczuciowy.
Bezczelny. Inteligentny.


- Kurwa - przeklęłam. 
Dlaczego raz myślę, że go znam, a potem drastycznie uderza we mnie fakt, że się mylę, że Niall się zmienił i jest kimś zupełnie innym?
Zamknęłam oczy. Chwilę potem usłyszałam kroki na metalowych schodach.
- Spójrz co mam - rzekł Niall. W ręku trzymał białe pudełko, przewiązane złotą wstążką.
- Co to?
- Jagodzianki. - Posłał mi lekki uśmiech, który odwzajemniłam.
Zjedliśmy w ciszy słodkie bułki. Były one tak jakby symbolem pojednania między nami i w sumie podobało mi się to.
- Mam propozycję: jeżeli odpowiesz na pięć moich pytań, ja odpowiem na twoje - zaproponował.
- Trzy.
- Cztery - licytował dalej.
- ...Ty zadasz mi cztery, ja tobie pięć.
- Po cztery.
- Dobra - uległam. - Ale ja zaczynam.
Nic nie odpowiedział, tylko usiadł po turecku, dając mi do zrozumienia, że mogę pytać.
- Dlaczego nagle po tych siedemnastu latach nienawiści, próbujesz naprawić błędy zarówno swoje, jak i moje? Czemu chcesz zbudować to wszystko od nowa, tyle że na innych fundamentach?
Niall patrzył w dół, lewą ręką bawiąc się swoimi włosami.
- Bo dorosłem, zrozumiałem, że ludzi nie można tak po prostu ranić oraz dostrzegłem pewne wartości.
- Wartości takie jak?
- Rozumiem, że to już twoje następne pytanie?
- Nie, wciąż to samo.
- Niech ci będzie. Ale czy ty naprawę chcesz to wiedzieć?
Pokiwałam głową.
- Zauważyłem po prostu, że dziewczyna, której nigdy nie lubiłem, którą uważałem za popieprzoną egoistkę i skończoną idiotkę, tak naprawdę jest tysiąc razy mądrzejsza ode mnie, że należy jej się szacunek i może nawet przyjaźń, że jeżeli przyjrzy jej się bliżej, ma piękny uśmiech i że chcę być jego powodem, lecz to niemożliwe, ale wiesz co jeszcze? Kiedy wtedy stanęłaś w moich drzwiach, mówiąc potem, że twoja mama się zaręczyła, uwierzyłem, że może być inaczej i popsułem to kolejne tysiąc razy. Ale ty i tak jakimś dziwnym trafem wracałaś, sam nie wiem czemu, ale wracałaś i sprawiałaś tym faktem, że byłem szczęśliwy i teraz też teoretycznie jestem, mimo tego, że znów stoimy na granicy, mimo tego, że zaraz możesz znowu uciec, schować się w sobie i w sumie będziesz mieć rację, bo jestem tylko osobą, która całe życie cię niszczyła - wyrzucił wszystko jednym tchem, po czym łapczywie nabrał powietrza w płuca. - Czy taka odpowiedź cię zadowala?
- Niall? - powiedziałam ledwo słyszalnie, gapiąc się w jasną ścianę przede mną. Moje ręce się trzęsły.
- Tak?
- Możemy wyjść na dwór? Chyba muszę się przewietrzyć.
- Źle się czujesz? - zapytał szybko.
Spojrzałam na niego w sposób, jakbym nie zrozumiała pytania, choć tak naprawdę rozumiałam.
- Proszę - wydukałam.
- Ok, chodź. - Wstał, wyciągnął do mnie rękę, a gdy byłam już na nogach, przepuścił mnie na schodach.

Kiedy znaleźliśmy się na dole, chciałam skierować się do głównego wyjścia, jednak Niall przeciął pokój i otworzył drzwi balkonowe, wychodząc na taras. Podsunął mi leżak, po czym rzucił krótkie: "Wracam za chwilę". Usiadłam i schowałam twarz w dłoniach. Nie wiem ile dokładnie trwało, zanim blondyn wrócił, ale przez ten czas zdążyłam trochę się uspokoić. Spojrzałam w górę. Niall trzymał między zębami niezapalonego papierosa, a w ręku zapalniczkę. Usiadł koło mnie.
- Mogę teraz ja zadać ci pytanie?
- Myślę, że tak - odparłam.
- Jest ktoś, kto kiedykolwiek podniósł na ciebie rękę? We Wh@ zareagowałaś dość negatywnie. Jakbyś się bała...
Skierowałam swój wzrok na dłonie ułożone na moich kolanach. Zacisnęłam powieki.

- Wynoś się z mojego domu! Nie chcę cię więcej widzieć na oczy!
- Tatusiu... Tatusiu, nie zostawiaj mnie!
- Nienawidzę cię! Jesteś pieprzonym alkoholikiem! Zrujnowałeś wszystko, co mieliśmy! Jesteś zwykłym śmieciem!
- Tatusiu! - Spojrzałam w górę, mocno trzymając się boku mojego taty. Moje usta drżały, a oczy zachodziły łzami.
- Masz trzy sekundy, żeby opuścić ten dom!

- Ashley? Ash, proszę. - Poczułam dłoń odgarniającą moje włosy za ucho. Nie otwierałam oczu.

- Tatusiu! Tato, proszę, powiedz coś. - Patrzyłam na rodzica, który wciąż trwał w bezruchu. - Co się dzieje? Tato - zaczęłam płakać. Na moich włosach wylądowała dłoń, głaszcząc mnie po głowie.
- I zostaw ją. Ona zostaje ze mną. Zachowuje się jak gówniara, ale jestem matką i nie pozwolę ci jej zepsuć. Moje dziecko nie będzie piło, oo nie!
Mama szybkim krokiem zbliżyła się do mnie i taty.

- Ashley, mów do mnie. Ashley. Jeżeli chcesz, wrócimy do tego później. Ash.
Czułam, jak z moich oczu popłynęły pierwsze, gorące łzy. Na moich policzkach pojawiły się kciuki. Odepchnęłam ręce chłopaka od siebie i znów schowałam twarz w dłonie.

Mama złapała moje ramię i próbowała mnie odciągnąć. Przylgnęłam do taty jeszcze mocniej.
- Puść ojca natychmiast! Nie zostanie tu. Żądam rozwodu. Nikt nie będzie mi psuł życia! Skończyło się!
- Ashley. - Tata przemówił po raz pierwszy od początku tej kłótni. - Kochanie, musisz być silna. - Twarz mężczyzny pojawiła się przed moją twarzą. - Jesteś jeszcze dzieckiem ale... Pamiętaj: nigdy nie zapominaj gdzie jest twoje miejsce, dokąd przynależysz. Nigdy nie zapominaj, jakie jest twoje imię i bądź dumna z tego, kim jesteś, bez względu na to, co powiedzą inni. Kocham cię córeczko. - Tata otarł palcami łzy, które w coraz większej ilości wypływały z moich oczu. Potem poczułam, jak mocno mnie przytula. W tamtym momencie dosłownie wyłam, niczym syrena strażacka.
- Tato, zostań, tato!
Matka zdołała oderwać mnie od mężczyzny. Tata wstał.
- Rób co chcesz. Pójdę ci na rękę. Ale wiedz, że jeżeli w jakiś sposób ją skrzywdzisz, wrócę tu. Tak naprawdę chodzi ci tylko o wartości takie jak macierzyństwo. O wizerunek. Wizerunek kobiety idealnej, gospodyni, żony i matki z owocną karierą. Nie wszystko poszło po twojej myśli. Ale wiedz, że zanim stałaś się zimną suką, właśnie za taką perfekcyjną kobietę cię postrzegałem. Widać mylimy się co do przynajmniej połowy ludzi w naszym życiu. I wiesz co? Byłaś najważniejsza. Teraz jesteś tylko nikim. Bezduszną istotą.
Nawet nie zauważyłam momentu, gdy mama podniosła rękę i uderzyła tatę - najpierw z jednej, a potem z drugiej strony.
Krzyknęłam. A jedyne co pamiętałam dalej, to trzaskające za nim drzwi...

- Niall - wydukałam i otworzyłam oczy. Chłopak siedział na płytkach przede mną, ze skrzyżowanymi nogami. Miał ściągnięte brwi. Zsunęłam się z leżaka, prosto na jego kolana. Mocno objęłam go po bokach. Jego broda spoczęła na czubku mojej głowy. To niedorzeczne, o ile większy jest ode mnie.
- Co się stało? - spytał troskliwie.
- Na razie nic nie mów, tylko mnie nie puszczaj.
Oddychałam szybko w jego bluzę.
- Będziesz zły, jak zostawię na twoim ubraniu trochę tuszu? - Pociągnęłam nosem, kilkanaście minut później. Przejechałam paznokciem po jednej z dwóch małych czarnych plamek na miękkim materiale.
Zamiast odpowiedzieć po prostu znowu przycisnął moją głowę do swojej klatki piersiowej.
Zamrugałam kilka razy. Co się stało z Ashley i Niallem sprzed lat, roku, chociażby miesiąca? Mówiłam, że ludzie się nie zmieniają. Że to tylko pojedyncze przypadki, do których Niall nie należy. Ale ja sama się zmieniłam.
- Nie musisz mi mówić. - Pogładził mnie po plecach.
- Trzymam to w sobie od lat.
Odsunęłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Patrzyły na mnie z zaciekawieniem. Wstałam z jego nóg i usiadłam z powrotem na leżaku. Poklepałam miejsce obok siebie, ale chłopak przysunął drugie siedzenie naprzeciwko mnie. Kiedy zajął swoje miejsce, nasze kolana się ze sobą stykały (pomijając fakt, że jego były o wiele wyżej niż moje).
Po kolei opowiedziałam mu tą historię.
- To nie tylko była chwila, gdy ktoś zranił osobę, którą kocham. To była ta chwila, kiedy mój świat się posypał. A odłamki zbieram do dziś. Wiesz co jest najśmieszniejsze? Kiedy tata trzasnął drzwiami do pokoju, zbiły się aż szyby w nich. Jakże trafna metafora odnośna do mojego życia.
Niall zapatrzył się na równo ułożone na tarasie, grafitowe płytki.
- Ale każdego dnia zostaje ci tych kawałków do sprzątania mniej. Jesteś naprawdę silna. - Podniósł na mnie wzrok, powodując, że ja swój spuściłam.
Następnie wyjął z kieszeni rzeczy, które musiał wcześniej tam schować. Wstał z leżaka i podszedł do balustrady, wkładając papierosa między wargi i podpalając go. Poszłam za nim.
- Twoja kolej. Możesz zadać mi dowolne pytanie - rzekł.
- Nie mam na to siły... - wyznałam szczerze. - Jak coś wymyślę, to dam znać.
Zawsze były tysiące rzeczy, o jakie chciałam go spytać. Ale jednak gdy przychodziło co do czego, w mojej głowie pojawiała się pustka, bo on sam z siebie zaczynał się otwierać i miażdżył mnie tym, co z siebie wyrzucał. Jak na przykład dziś.
- Jaki jest twój ulubiony kolor? - Wypuścił kłąb dymu.
- Fioletowy - dałam mu odpowiedź.
- Moje oczy są niebieskie, nie fioletowe.
- Jesteś egoistyczny. A twój?
- Hm?
- Twój ulubiony kolor?
- A. Przezroczysty.
- To bez sensu.
- Życie jest bez sensu - odparł, strzepując wypaloną nasadę papierosa.
- Od kiedy ty palisz? - spytałam patrząc na niego przenikliwym wzrokiem.
- Nie palę. - Znalazłem w szufladzie ojca. Czasami trzeba jakoś odreagować. - Zgasił w połowie wypalonego papierosa na popielniczce stojącej na parapecie. - Zaraz się rozpada.
- Wracajmy do środka - zaproponowałam.
Jego oczy zaświeciły. Nie ruszył się.
- Co?
- Czyli że jednak zostajesz?
- Um, mogę już stąd iść.
Niall zbliżył się do mnie, stojącej blisko drzwi balkonowych, przerzucił rękę przez moje ramiona i poczochrał moje włosy.
- Nie chcę, żebyś gdziekolwiek szła.
Pociągnął mnie do środka właśnie w momencie, kiedy z nieba zaczęły spadać pierwsze grube krople deszczu.

_____________________________________________________________________________
Hejka misie! Dziękuję że tu jesteście i czytacie, dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i te bardziej krytyczne. Mam nadzieję, że i tym razem zechcecie pozostawić mi swą opinię. Pozdrawiam!
#sidff

sobota, 23 maja 2015

Rozdział dwudziesty siódmy. "Spoko"

- Oo babciu, Stephen właśnie wraca! Ja nie znam tych wszystkich miejsc, dlatego on ci to wyjaśni - powiedziałam i wcisnęłam blondynowi do ręki telefon, uprzednio włączając głośnomówiący.


Spojrzał na mnie wielkimi oczami i zaczął kręcić głową na boki.
- Proszę cię - wymamrotałam bezgłośnie.
- Halo? - zaczął Niall, zmieniając głos, lecz wcale nie brzmiał jak Stephen.
Dlatego dosłownie wepchnęłam mój rozmiękły już wafelek od loda do jego ust.
- Co kur... - powiedział, ale ja tylko wskazałam na telefon, który trzymał w dłoni. - Uh, cześć babciu.
- Stephen! Czy ty przeżuwasz? Nie powinno się rozmawiać z jedzeniem w ustach!
Zaśmiałam się, bo prawdopodobnie zapomniała już o swoim wywiadzie i teraz wzięła się za pouczanie "Stephena".
- Przepraszam, byliśmy głodni. - Spojrzał na mnie pytającym spojrzeniem.
- Coś zwiedzaliście?
- Um, powłóczyliśmy się po centrum miasta i poszliśmy na zakupy - mówił wciąż mieląc w buzi rożek.
- Doskonale - skomentowała kobieta. - Mam do ciebie jeszcze tylko prośbę. Ashley mówiła mi, że jecie lody... Proszę, przypilnuj, żeby zjadła coś więcej. - Niall dziwnie na mnie spojrzał. Wytrzeszczyłam oczy i próbowałam zabrać mu telefon, ale zwinnie mnie unikał. A babcia gadała dalej. - Ostatnio coś mi powiedziała i wydaje mi się, że było to coś ważnego.
- Okej - odrzekł kiwając głową, chociaż ona nie mogła tego zobaczyć. A on patrzył na mnie, że zmarszczonymi brwiami.
- Dziękuję. Do zobaczenia. A i przekaż Ashley, że za jakieś dwie godziny jedziemy.
- Mhm. - Chwilę potem usłyszeliśmy sygnał oznaczający, że połączenie zostało zakończone.
- Wow,  nie skapnęła się! I muszę ci powiedzieć, że okropnie naśladujesz ludzkie głosy.
- Ash.
Spuściłam wzrok.
- Ash - powtórzył. - Mów do mnie.
- To nic takiego, zwykła przeszłość, o której zapomniałam, no wiesz, tak jak-
- Powiedz mi.
- Nie teraz, Niall. Nie.
Otworzył usta, jakby chciał się sprzeciwić, ale niczego nie powiedział. Zaległa cisza i przez jakąś minutę nikt z nas nic nie mówił, po prostu obok siebie siedzieliśmy.
- Jesteście tak bardzo dziecinni, że to aż boli. Szukałem was! - Taszczył w ręku torbę z Vans i jeszcze kilka innych. - Co tak siedzicie jak skazani? W porządku?
- Nic się nie stało - powiedziałam.
- A może jednak? - odparł sugestywnie Niall.
- Zapomnijcie, że pytałem.
I za to właśnie uwielbiałam tego chłopaka. Kiedy widział, że ktoś nie ma ochoty o czymś mówić - odpuszczał. Plus: wolał nie zagracać swoich myśli problemami. Żył beztrosko i po swojemu. Często go za to podziwiałam i pragnęłam nauczyć się tak funkcjonować.
On był tak jakby przeciwieństwem Tori. Ona zawsze w takich sytuacjach dopytywała.
- Za dwie godziny wracamy do Mullingar.
- Okej, więc mamy jeszcze odrobinę czasu. Gdzie idziemy?
- W sumie jestem już zmęczona. Nie moglibyśmy tu poleżeć? Jest taki ciepły wiatr, a moje nogi odmawiają posłuszeństwa.
- Tak w zasadzie to nie, nie moglibyśmy. Idziemy coś jeszcze zjeść? - zapytał Niall.
- Dopiero co wyszliśmy z Maca człowieku! Czasem zastanawiam się, czemu wciąż nie masz brzucha faceta po czterdziestce.
- Jeżeli zjem cokolwiek jeszcze, zwymiotuję - wydałam z siebie zirytowany dźwięk.
Niall wytrzeszczył oczy.
Cholera... On nie wie o anoreksji więc teraz może myśleć o... bulimii.
- Niall, możemy pogadać sami? - Zmarszczyłam brwi.
- Za mało czasu mieliście beze mnie? Czuję się pominięty, ignorowany, halo, lol.
- Dwie minuty, dosłownie - burknęłam do kuzyna.
- Dobra. A ja w tym czasie pozbieram na łące kwiatki i zrobię z nich dla ciebie bukiecik, a potem będziemy wszyscy skakać jak baby w reklamach podpasek i zarzygamy świat tęczą.
Zamrugałam na niego kilkakrotnie, a potem po prostu odwróciłam się na pięcie i podeszłam do blondyna, który zdążył już się oddalić.
- Bulimia?
- Anoreksja, ale nie chcę teraz o tym mówić.
- ...Dobra to... spotkamy się jutro? Wytłumaczysz mi to wszystko.
Rozejrzałam się dookoła. Trawa była ciemnozielona od słońca. Wśród niej dało się zauważyć kwitnącą gdzieniegdzie białą koniczynę.
- Nie wiem.
Tak szczerze, znów zaczynałam dusić się tym, że był w pobliżu - ostatnio jakoś częściej. A może nie tyle częściej, co jakoś więcej ode mnie "wymagał". Jakby nagle chciał nadrobić 17 lat mojego życia i dowiedzieć się o nim wszystkiego, a tak szczerze nie miałam najmniejszej ochoty do tego wracać.
Zmrużyłam oczy. Odwróciłam się w stronę Stephena.
- Wracamy?
- Co? Dopiero przyszliśmy!
- Tak w sumie to minęły prawie cztery godziny. Nie ma sensu siedzieć tu dłużej. Prooszę? - Uniosłam brwi i wygięłam usta w dół.
Brunet przewrócił oczami.
- Nie ruszasz mnie.
Przechyliłam głowę na bok.
- Ehh, dobra. Dzięki za towarzystwo stary. - Uścisnęli z Niallem swoje dłonie.
- I ja też. Cześć wam.
- Cześć - powiedziałam, lecz zabrzmiało to jakbym tylko wypuszczała z siebie powietrze.

- Czasem czuję się, jakbym był twoim ojcem! - rzekł Stephen, gdy byliśmy już jakieś 15 metrów dalej.
Spojrzałam przez ramię. Nialla nie było widać. Tak. Peszył mnie. Albo nie tyle peszył, co czułam się dziwnie w jego towarzystwie. Bo pozornie nie musiałam się bronić. Bo z nikim się nie kłóciłam. I to było dziwne. Jakbym teraz musiała chronić siebie jeszcze bardziej. Swej przeszłości i osobowości. Może po prostu bałam się dawać czegokolwiek z siebie ludziom. Albo raczej ludziom, którzy niegdyś mnie krzywdzili. I nagle postanowili wbić się do mojego życia, bez żadnego uprzedzenia i może z wcale nie najgorszymi zamiarami.


Tak więc nastał kolejny dzień. Siedziałam na podłodze, skubiąc zębami końcówkę długopisu.
Nie potrzebuję ludzi. Potrzebuję samotności bo wśród tłumu się gubię, duszę i ginę pokonana przez uczucia.
Nie zapisałam tego jednak w pamiętniku. Leżał on na moich kolanach otwarty już jakieś pół godziny. Włożyłam cienkopis za ucho i przekartkowałam dziennik. Otworzyłam na jakimś wpisie sprzed roku. Rzuciłam powierzchownie oczyma, by po chwili zagłębić się w tekst, utopić wzrok w literkach.

Drogi Pamiętniku,
To mój drugi tydzień terapii. Nie ma rezultatów, ale chyba jeszcze nie powinno być. Lecz jeżeli nie przytyję choćby odrobinę, będę musiała zostać w szpitalu... Nie chciałam anoreksji. Nie chciałam tego wszystkiego. I to przyszło samo, nagle, choć w rzeczywistości było rozciągnięte w czasie. To przeżycia spowodowały, że od jedzenia mnie odpycha. Kiedy to u mnie zdiagnozowali, było mi obojętne, czy umrę czy nie. Ale powiedzieli, że nie umrę. Dlatego wcisnęli mi jakąś terapię rodzinną, nie uwzględniając nawet faktu, że mój ojciec sobie uciekł, niczym tchórz, a matka mnie nie kocha. I szczerze nadal nie obchodzi mnie, czy przeżyję. Przecież nie mam już dla kogo żyć. Dosłownie.

Wpis był z lutego, ubiegłego roku, jak już wspomniałam. Przymknęłam powieki. Wdech, wydech. Wdech, wydech. I od nowa. Co przeszłość - to przeszłość. Idźmy dalej. Przerzuciłam kilka kartek, by otworzyć na dwudziestym marca - dniu, w którym trafiłam do szpitala. Jednak nie zabawiłam tam długo - i dobrze.

Drogi Pamiętniku,
Wystąpiło zagrożenie mojego życia. Wow, że ci cali 'specjaliści' nie mogli od razu pojąć, że ich cała terapia rodzinna nie wypali. Ostatnimi czasy schudłam 3 kilogramy. Przez miesiąc. Zemdlałam, a gdy się obudziłam nade mną stał lekarz. W pośpiechu złapałam plecak, wrzuciłam do niego piżamę, słuchawki, telefon i pamiętnik, a mama zabrała mi jakieś ubrania. Niestety zapomniałam długopisu, lecz na szczęście pewna miła pielęgniarka użyczyła mi swój cienkopis. Dziwne, bo zawsze pisałam na niebiesko, a atrament cienkopisu jest czarny. Tak, trafiłam do szpitala i mogę nie przeżyć, a spokojnie piszę o kolorze długopisu.
Odwodniłam się, dlatego w moją lewą rękę wbity jest wenflon. W górę biegnie żyłka od kroplówki. Nie jestem jedynie pewna, czy chcę poddawać się leczeniu. Teraz to jest mój wybór. Mam ochotę przestać walczyć. Co ja mówię - nie walczę od samiutkiego początku. Jedyny powód, który miałaby zadecydować o tym, czy podejmę się działania? Ciekawość. Jestem ciekawa co przyniesie przyszłość. Czy rzuci mną o ścianę jeszcze gwałtownej, czy może da mi wziąć oddech. I zdecydowanie liczę na to drugie. Nie mam już siły udawać, że życie mnie nie rusza, że sprostam wszystkiemu. Więc... Ryzyko? Co w tym wypadku w ogóle jest ryzykiem? To, że umrę? Nie, tu chyba ryzykiem jest życie. Ryzykiem, że zniszczy mnie jeszcze bardziej i tragiczniej. I... może nawet chcę je podjąć. I to mnie przeraża bardziej niż wieczność, która - jeżeli nie poddam się leczeniu - na mnie czeka. A wszystko siedzi w psychice.

Zatrzasnęłam pamiętnik, wgramoliłam się na łóżko i zakryłam po twarz kołdrą. Tego dnia nie wychodziłam już z pokoju. Nie dość, że byłam podziębiona (co okazało się przyczyną moich wcześniejszych dreszczy), złapałam też doła. Czy to nie śmiesznie brzmi w moim przypadku? "Złapałam doła". To tak, jakbym nie miała go przez całe wcześniejsze życie - kciuki w górę, nie ma co.
Przeczytałam obie książki, które kupiłam z początkiem lipca. Leżałam bezwiednie, z obojętnym wzrokiem wbitym w sufit. I nagle w mojej głowie pojawiła się myśl. Gdzie tak właściwie podział się miś, którego Lou wygrał dla mnie w wesołym miasteczku? Bo jeśliby wszystko rozważyć i przeanalizować.... Nie widziałam go od jakiegoś miesiąca. Nie zapominając o fakcie, że to właśnie ten "jakiś miesiąc" temu go dostałam...
Moje nogi powędrowały w górę, a włosy kaskadą opadły na dół. Uniosłam poły pościeli i zajrzałam pod łóżko, wciąż z niego zwisając. Zauważyłam misia, więc sięgnęłam po niego. I wtedy coś zagrzechotało, a ja wytężyłam wzrok. Już wiem! To pudełko z... żyletkami. Zeszłam na podłogę i włożyłam rękę pod mebel, wyciągając małe opakowanie. Uważnie mu się przyjrzałam, obracając kilkakrotnie między palcem wskazującym a serdecznym. Pamiętam, jak po prostu wepchnęłam je pod poduszkę, by babcia nie mogła ich znaleźć. Musiały spaść razem z maskotką. Odłożyłam pudełeczko na szafkę i znów weszłam pod kołdrę. Nie chciałam teraz o tym myśleć. Zamknęłam oczy i powoli odleciałam w świat, w którym spełniają się marzenia - te dobre jak i złe, pożądane i nie. Lecz tej nocy budziłam się wielokrotnie, nękana koszmarami z ojcem w roli głównej. 


- Wnusiu! Kochanie, razem z dziadkiem musimy załatwić coś w sąsiedniej miejscowości. Wrócimy dopiero wieczorem. Zrób sobie coś na obiad, dobrze? W razie co pieniądze leżą na bufecie w kuchni.
- Dobrze - rzekłam przeciągając się.
Czułam, że stan mojego zdrowia uległ znacznej poprawie. Zerknęłam na półkę, a gdy uświadomiłam sobie, że żyletki nadal tam leżą, szybko zakryłam je telefonem. Babcia jednak niczego nie zauważyła i tylko zakręciła się w pokoju, po czym wyszła.
Pościeliłam łóżko i złapałam za czyste ubrania. Kiedy wyszłam z łazienki, dziadków już nie było. Otworzyłam drzwi i wyszłam na dwór by powiesić mokrą koszulkę, którą chwilę wcześniej wyprałam. Owiał mnie delikatny, ciepły wietrzyk. Głęboko odetchnęłam. Poczułam, że burczy mi w brzuchu, więc nie zamykając drzwi poszłam do kuchni. Zrobiłam sobie kanapki i zaniosłam je do pokoju, po czym usiadłam na łóżku, opierając się o ścianę i zaczęłam jeść. Usłyszałam dźwięk powiadomienia, więc sięgnęłam po telefon, zarzucając przez przypadek pudełeczko. Zamarłam. Zostaw przeszłość w spokoju. Zostaw ją. Podniosłam opakowanie i je otworzyłam. Zostaw.
Przypomniałam sobie czas, gdy porwała mnie dwójka mężczyzn. Jeden z nich przejechał scyzorykiem po mojej skórze i... Czuj ból, kiedy ty chcesz, nie kiedy to on chce być odczuwany... Podjęłam ryzyko życia. Mogę podjąć i ryzyko śmierci. Po co? Bo chcę sprawdzić czy byłabym skłonna na przykład do zabicia się. Lecz na razie chciałabym tylko sprawdzić czy ja sama mam w sobie na tyle odwagi, by pozwolić krwi płynąć. A raczej nie na to. Czy mam w sobie tyle siły, by zabić wewnętrzny ból zewnętrznym.
Ponieważ od wczoraj znów nękają mnie myśli o ojcu. Nie potrafiłam poradzić sobie ze wspomnieniami. Cóż, trudno. Tylko szkoda, że one teraz szarpią mną, chcąc sprawdzić kiedy w końcu nie wytrzymam i upadnę na zimną podłogę, nie mając nikogo, kto mógłby mnie uratować. I w sumie podoba mi się ta perspektywa. Nie przyznaję się do tego, ale tak jest. Wolałabym zostać pokonana już teraz. Lecz nie przez życie. O nie, jemu nigdy nie nadam tytułu zwycięzcy w tej grze. Ból. To wszystko co mam, by zemścić się nad nim samym. I przy okazji nad życiem, które raz po raz kopie mnie w tyłek. Dla niektórych moje poglądy i problemy mogą wydać się nadmuchane, przerysowane i pełne przesadnego dramatyzmu. Wręcz nieważne, błahe i już nudne. Głupia nastolatka, która ma "poważne" problemy. Ale każdy ma swoje i widzi je w innym świetle. A ja mam już dosyć. Bo mogłabym się ich pozbyć, ale szczerze mówiąc, kiedy choćby zacznę wspominać, one wrócą... Każdy człowiek jest na swój sposób złamany. Rzecz w tym, że jedni bardziej, drudzy mniej.
Zostaw. Nie. Zemścij się na bólu, no już. Co masz do stracenia? Trochę krwi? Ha.
Zawahałam się. Jednak chwyciłam ostrze. Chwila. Jeżeli choćby trochę czerwonej cieczy skapnie na pościel, babcia będzie pytać. A przecież nie skłamię, że mam okres, bo odkąd miałam problemy z anoreksją, występuje on nieregularnie. Wstałam i powoli podeszlam do biurka, jednak nie usiadłam na krześle. Chwyciłam żyletkę dokładniej i podniosłam rękę na wysokość twarzy. Trzy, dwa, jeden - dotknęłam żyletką skóry, wstrzymując oddech. Wtem drzwi od mojego pokoju się otworzyły.
Kurwa. Czy mnie prześladuje déjà vu? Znowu natknęłam się na niebieskie oczy. Tyle, że tym razem inne. Czułam, jak moje policzki zrobiły się gorące, ale się nie poruszyłam. Przęłknęłam jedynie ślinę.
- Hej? - usłyszałam. Nie odpowiedziałam.
Minęła dłuższa chwila. Zaczynałam się irytować.
- Um, mogę? - spytałam spoglądając to na niego, to na swoj nadgarstek.
Niall wzruszył ramionami.
- Spoko - odparł obojętnie.
Cały czas patrzył mi w skupieniu prosto w oczy. Zerknęłam na żyletkę, próbując po prostu to zrobić. Ale wciąż miałam na sobie jego wzrok. Nie chciałam na niego patrzeć, ale ukradkiem podniosłam spojrzenie, by zauważyć, że nadal stoi tam gdzie stał - oparty o framugę drzwi, z rękoma wyciśniętymi w kieszenie i z lekko ściągniętymi brwiami.
I nie wiem czemu, ale cisnęłam metalem o podłogę, szybko przemierzając pokój. Niall uwolnił ręce i gdy byłam wystarczająco blisko - rozłożył je. Poczułam pod polikiem ciepły materiał jego bluzy, a we włosach palce. Zaczęłam szybko oddychać, chcąc powstrzymać płacz, lecz na marne. Z oczu popłynęły mi dwie ogromne łzy.
I oh, ironio, to ty, witaj!
Ostatnio za każdym razem, gdy praktycznie wpadam w kłopoty, ląduję w jednym miejscu.
W jego ciepłych ramionach.

_______________________________________________________________
Hej Wam. Już na wstępie przepraszam za tak długi czas oczekiwania na rozdział, jakim był równy miesiąc.  I przepraszam za jakość.
Przykro mi, ale jakoś tego nie czuję (rozdziału). Wiem, że rozdział jest jak gdyby nie na miejscu, bo wszystko było super, pięknie, a tu nagle znowu wyskakuję z żyletkami i tak, to nudne, no ale naprawdę potrzebowałam tej krzty złości do świata i obojętności Nialla w stosunku do Ley, byście w następnym rozdziale mogli dowiedzieć się czegoś więcej na temat ich relacji oraz na temat tego, jak z moich obserwacji postępuje człowiek w niektórych sytuacjach w stosunku do pewnych ludzi.

Serdecznie Was pozdrawiam i mam nadzieję, że jednak mnie nie opuścicie, bo bez Was jestem nikim - kolejną amatorską pisarką, która tak naprawdę o pisaniu wie tyle, co nic, tyle, co wywnioskowała z tysiąca przeczytanych książek.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Rozdział dwudziesty szósty. 'Tylko ty potrafisz zamówić fast foody i herbatę na ciepło'

- Ashley? - usłyszałam sugestywny ton, gdzieś kilka metrów dalej. Głos należał do mojej babci.
- Hmm? - mruknęłam nie otwierając oczu.
- Ashley! Niall!
I to był moment, kiedy wręcz podskoczyłam. I ktoś pode mną też. A cały czas byłam śmiertelnie przekonana, że moja twarz wbita jest w poduszkę. W niezwykle miękką i ciepłą poduszkę. Nie w klatkę piersiową.
Chociaż nie leżałam już całkowicie na Niallu, bo w nocy zdążyłam się zsunąć, nadal byłam w niego wtulona. Szybko usiadłam i spojrzałam na babcię, której brwi były wysoko uniesione.
- Czekam w kuchni. Za góra 10 minut oczekuję cię tam.
I wyszła.
Spojrzałam na Nialla, który wciąż gapił się w punkt, gdzie zniknęła.
- Mam przerąbane. - Schowałam twarz w dłoniach.
- Pogadam z nią - zasugerował.
- Nie! Nie. Ty idź do domu. Jak zaczniesz z nią gadać, wkurzy się jeszcze bardziej.
- Umm dobra. Dzięki za przenocowanie. I powodzenia.
Wyszedł - tak jak wszedł: oknem. Niechętnie podniosłam się z łóżka. Znów zrobiło mi się okropnie zimno. Podreptałam do kuchni, przeczuwając burzę wiszącą tuż nade mną. Albo raczej przede mną, za progiem kuchni.
- Przyszłam - oznajmiłam.
Że też akurat dziś zachciało jej się wchodzić do mojego pokoju tak wcześnie. No właśnie - czego mogła chcieć? Dopiero siódma...
- Zatem usiądź.
Zrobiłam co kazała.
- Nie wiem, co ten chłopak tu robił, ani nie chcę wiedzieć. Chciałam tylko ci oznajmić, że nie życzę tu sobie żadnego seksu. Ja się przed twoją matką nie będę tłumaczyć. Pamiętaj.
- Dobrze... - powiedziałam lekko zirytowana.
Zaczęła patrzeć na mnie wyczekująco.
- Co? - mruknęłam.
Jej wzrok wciąż był we mnie wbity, ale się nie odzywała.
- Nie robiliśmy tego, okej!? - krzyknęłam.
Babcia tylko westchnęła.
- Co robiłaś w moim pokoju? - zainteresowałam się, mówiąc już spokojnie. Ułożyłam swoje dłonie płasko na blacie stołu.
- Nigdy nie zastanawiałaś się, czemu każdego ranka twoje okno było uchylone, a powietrze w pokoju świeże, gdy się budziłaś?
Szlag. Rzeczywiście... Od zawsze zamykałam na noc okno, bo nienawidziłam budzić się pogryziona przez komary. Chyba przez to, że nie spędzam całego mojego czasu na czytaniu książek, poziom mego sprytu spadł...
- Jesteś na mnie zła? - Spojrzałam jej w oczy.
- Nie. Jedynie z lekka zawiedziona.
- ...On mnie poprosił o pomoc, babciu. Tak jak sam mi kiedyś pomógł. I... Przepraszam cię za wszystko. Bo jestem tu dopiero miesiąc, a zdążyłam narobić tyle szkód, co ktoś inny przez rok.
Babcia w zamyśleniu patrzyła z nikłym uśmiechem w jeden punkt.
- Też byłam taka jak ty, wiesz? Zbuntowana. To chyba dobre określenie.
- Nie chcę być zbuntowanaaaa - wymamrotałam. - Nie jestem zbuntowana. Jestem tylko trochę zagubiona. I wciąż szukam siebie. Ale tej prawdziwej siebie. Nie tej, której wszyscy tak bardzo pragną.
- I to jest fair - odpadła kobieta. - Ale proszę, postaraj się to robić w sposób, którym nie zranisz ani siebie, ani innych.
- Postaram się.
Babcia się uśmiechnęła.
- Ty nadal go trzymasz w tym swoim pokoju? - zaśmiała się.
- Nie - powiedziałam zażenowania.
- Młodzież... Chcecie być dorośli, choć potrzebujecie tego, co dzieci. Potrzebujecie poczucia, że ktoś się wami opiekuje, że ktoś nad wami czuwa. No nic. Zjedz jakieś śniadanie. Jedziemy dzisiaj do ciotki Charlotte. I ubierz się ładnie.
Pokiwałam głową.
- I jeszcze jedno.
- Tak? - spytałam.
- Nie powiem dziadkowi. I dobrze wiesz, że zawsze uważałam Nialla za dobrego chłopaka. Ale jak związki, to z głową, okej?
CO.
- Nie mam zamiaru pakować się w żadne związki. A na pewno nie z nim! Idę się ubierać i proszę cię, każdy, tylko nie on - rzekłam wychodząc z kuchni.
Na odchodnym usłyszałam jeszcze: "Twoje czyny przeczą słowom", ale postanowiłam to zignorować.

Siedziałam w aucie, słuchając muzyki. I gdy skończyła się piosenka Bad Romance Lady Gagi, usłyszałam akordy gitary.
"Cause everything starts from something, but something would be nothing, nothing if your heart didn't dream with me"
Ściągnęłam tą piosenkę po tym, co Tori mi mówiła. Zaczęłam ją nucić. I pomyślałam o Niallu. Chcieliśmy innego życia, zmiany. Odważyliśmy się o tym marzyć. Ta nienawiść zaczęła się lata temu. I z tak wielkiego uczucia, jakim była, przerodziła się w nic. Uleciała w powietrze. I tak jest dobrze. Wciąż dziwnie, ale dobrze.
Wzięłam tą piosenkę jak ją dostałam i nadałam jej swój własny sens. W jej słowach zapisałam swoją historię, swój odbiór. To piękne, co można robić z muzyką.

Siedziałam cicho przy stole, znudzona do granic. Naprzeciw siedział mój kuzyn, Stephen; wystukiwał na stole monotonny rytm. W sumie wydawał się być zniecierpliwiony. Dogadywaliśmy się, nasze relacje były na poziomie normalnego rodzeństwa, ale przy dorosłych to zdawało się niezręczne,  więc żadne z nas nic nie mówiło. Cóż, nasze rozmowy zawsze schodziły na dziwne tematy. A Stephen był wyraźnie czymś zaabsorbowany, bo nie zaprosił mnie do swojego pokoju. Jego oczy wpatrzone były w obrus, a czekoladowa grzywka opadała na czoło. W pewnej chwili dostałam sms-a. Dyskretnie wyjęłam z kieszeni telefon, ponieważ moją babcię zawsze denerwowało, gdy ktoś używał telefonu przy stole.
Niall: "Jak z babcia? :)"
Postanowiłam sobie z niego pożartować.
Ja: "Zle:(((((("
Niall: "Co mowila?"
Ja: "Masz zakaz uprawiania ze mna seksu:((((((("
Niall: "Ludzie, czemu ja sie z Toba zadaje, myslalem, ze byla wsciekla czy cos, ze zadzwonila do Twojej matki....."
Ja: "Tez myslalam, ze bedzie, ale nie byla jakos przesadnie. Za to ty mozesz miec zalobe, bo jak juz pisalam, masz zakaz:(((((((((((((((("
Niall: "Przestan byc taka sarkastyczna, probuje byc mily. Gdzie jestes?"
Ja: "U cioci ew. Gdzies w Killucan"
Niall: "Wtf jak to. Tez tu jestem. Przyjechalem do kumpla, ale okazalo sie, ze zjezdza mu sie rodzina i musial spadac do domu, bo ma surowa matke, a ja skonczylem szwedajac sie po galerii, bo nie chce wracac do domu"
Ja: "A ja tu zdycham i strasznie sie nudze"
Niall: "Wiesz gdzie jest Grand Plaza?"
Ja: "Kiedys tam bylam"
Niall: "Masz ochote powloczyc sie ze mna?;)"
Ja: "Raczej nie wyjdzie. Dziadkowie za nic w swiecie by sie nie zgodzili, gdybym oznajmila, ze chce isc do Plazy. A gdyby babcia wiedziala, ze jeszcze z toba to woah, w jej glowie bylyby rozne rzeczy:)))))))"
Niall: "Jak cos wymyslisz to daj znac"
Ja: "Okej x"
Potem szybkim ruchem schowałam telefon do kieszeni. Zauważyłam wzrok babci na mojej dłoni, więc udałam, że pocieram swoje udo.
Teraz i ja zaczęłam wystukiwać różne melodie na blacie.
- Dzieci, możecie przestać? Przepraszam, ale to irytujące - powiedziała ciotka Charlotte.
Więc przestaliśmy. Stephen odchylił się na oparcie krzesła i spojrzał na mnie swoimi brązowymi oczami. Nagle je zmrużył.
- Ash, pokazać ci miasto? - spytał.
Bez chwili namysłu odparłam:
- Nie mam ochoty, sorry.
- Oh Ashley, to trochę niegrzeczne z twojej strony - skarciła mnie babcia.
Przewróciłam oczyma.
- Ashley. - Stephen wciąż naciskał.
Przechyliłam głowę na jedną stronę, marszcząc brwi.
- Dobra - westchnęłam.
Nie miałam najmniejszej ochoty łazić z nim po tym mieście.
Wzięłam z wieszaka moją jeansową kurtkę, bo było mi zimno; Stephen zabrał swoją ramoneskę i wyszliśmy.
- Słuchaj, widziałem, że chcesz się stąd wyrwać, dlatego cię wyciągnąłem. Nie mam zamiaru oprowadzać cię po mieście, które i tak widziałaś. Miałem spotkać się z przyjacielem, ale mama kazała mi koniecznie być. Jej nie obchodzi to, że mam 18 lat, ją obchodzi to,  że mieszkam pod jej dachem i dopóki nie znajdę sobie mieszkania, żyję na jej zasadach. Możesz iść ze mną, ale równie dobrze możesz powłóczyć się po mieście sama.
- Jesteś moim wybawieniem Stephen, naprawdę. W zasadzie chciałam spotkać się z kimś w Grand Plazie.
- Czyli idziemy tam razem.
I poszliśmy, oboje na tyle głupi, żeby nie zorientować się o pewnym fakcie.
Kiedy przekraczaliśmy drzwi Plazy, napisałam do Nialla, gdzie mam go szukać. Odpisał, że będzie czekał przy fontannie. Rozdzieliliśmy się ze Stephenem; ja poszłam w prawo, on w lewo.
Po jakichś pięciu minutach znalazłam blondyna siedzącego na ławce, z łokciami na kolanach i piszącego coś na telefonie.
Podeszłam do niego i zrobiłam dokładnie to, co zrobił kiedyś Harry. Czyli stanęłam tak blisko, aby mógł zobaczyć moje buty przed swoimi oczami.
- Ashley. - Uniósł głowę.
- Hej, Niall. - Usiadłam obok niego.
- Będziemy mieć towarzystwo.
- Hm? - mruknęłam, bo nie wiedziałam dokładnie kogo ma na myśli.
Jednak już sekundę później usłyszałam znajomy głos.
- Udało mi się wyrwać!!
Jednak zamiast Nialla odpowiedziałam ja.
- Co ty odwalasz!?
- C-co ty tu... - Dopiero teraz mnie dostrzegł.
- Znacie się? - zagadnął Niall.
- Jesteśmy... - zaczęłam.
- ...Parą - skończył za mnie chłopak.
- Co? Spieprzaj śmierdzielu! - skierowałam się do Stephena. - To mój kuzyn.
- Aw, Ashley, słonko, zepsułaś to, ja chciałem wzbudzić w Niallu trochę zazdrości.
Zauważyłam, jak blondyn przewraca oczami.
- Daj sobie już spokój, twoje żarty i tak są zawsze na poziomie dziecka w przedszkolu, sorry stary.
- Zapomnij.
Więc chodziliśmy po galerii (poprosiłam dziadka wcześniej o trochę kasy), nieustannie się śmiejąc, odwiedzając różne sklepy i przymierzając dziwne akcesoria.
- Zgłodniałam - wyznałam po czasie.
Skierowaliśmy się więc w stronę alejki z restauracjami i kawiarenkami.
- Zajmę miejsce. Weźcie mi małe frytki, jakiegoś cheeseburgera i herbatę. Ale gorącą, nie mrożoną.
- Kurwa, Ashley, tylko ty potrafisz zamówić fast foody i herbatę na ciepło - krzyknął z iskierkami w oczach brunet.
Niall przyszedł pierwszy, przynosząc przy okazji tacę z moim jedzeniem. Wsunął się na miejsce obok mnie.
- Szczerze? Nie znałem cię od tej strony... - wyznał. - Znałem cię od kłótliwej strony, ale nie od sarkastycznej strony.
Spojrzałam na kuzyna, który wciąż wiercił się przy kasie, zatrzymując kolejkę i zapewne nadal zastanawiając się, co wybrać.
- Nie przebywamy za dużo w swoim towarzystwie. - Wzruszyłam ramionami, ze wzrokiem skierowanym na tacę.
- To prawda. Bo kiedy już przebywamy, robi się jakoś poważnie. A teraz... To chyba zasługa Stephena. On jest zdecydowanie definicją beztroski - zaśmiał się.
- Taa - przyznałam.
Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo chłopak właśnie do nas dołączył, marudząc coś o "niecierpliwej babie z kolejki", która za nim stała i "pieprzyła coś o niewychowaniu".
- Tak w ogóle skąd się znacie? - spytałam, gdy przełknęłam ostatni kęs bułki posypanej sezamem.
- Jego tata, a twój wujo, jak się okazuje, zgarnął mnie kiedyś na posterunek.
- Za? - Wytrzeszczyłam oczy.
- Hej, to akurat była wina Harry'ego. No więc poznaliśmy się właśnie tam, Stephen bawił się w sekretareczkę.
- W niezwykle pociągającą sekretareczkę. - Poruszył brwiami. - Ehh, potrzebowałem kasy. A nasz farbowany kolega uznał mnie za laskę i zaczął sypać słabymi tekstami na podryw.
- Sekretarki to zazwyczaj kobiety, a ty miałeś wtedy długie włosy!
- Myślałam, że to my poznaliśmy się w chory sposób - rzekłam do Nialla.
- Nie wierz mu, to kłamca
- Jak wy się poznaliście? - zagadnął tym razem Stephen.
Wymieniliśmy z Niallem szybkie spojrzenie.
- My... Um.. - zaczęłam.
- Poznaliśmy się w...
- Zaraz zacznę myśleć, że Niall był w klubie dla gejów, a ty tam sprzątałaś i postanowił dla ciebie zmienić orientację. No wiesz, jako sekretarka go pociągałem.
Niall udał, że krztusi się piciem, po czym opluł nim Stephena.
- Niall, porąbało cię!?
- Poznaliśmy się w dzieciństwie - sprostowałam, choć nie sądzę, by kuzyn mnie słuchał. Był zbyt zajęty wycieraniem się serwetką i patrzeniem krzywo na blondyna, który zwijał się ze śmiechu.
Bo po co mu mówić o tym barze? Po co znów wyciągać przeszłość? Prędzej czy później i tak sama to zrobię.
- Idziemy do jeszcze jakiegoś sklepu?
- Tak. Widziałem w Vans takie urocze buty w kwiatki, muszę je mieć.
- Nazywasz gejem mnie! - zaśmiał się Niall. - Trzeba by powiedzieć o tych butach Lou - zwrócił się do mnie.
- To dziecko nie opuszczałoby ich na krok - odparłam.
- Pośpieszcie się z tymi waszymi wywodami, albo was tu zostawię.
- Już idziemy - mruknął Niall.

Patrzyłam właśnie na jakiś plecak, a Stephen kilka metrów dalej rozmawiał ze sprzedawcą. Podskoczyłam, usłyszawszy bardzo blisko mojego lewego ucha niski, roześmiany głos:
- Zwiewamy mu?
Rzuciłam szybkie spojrzenie w stronę bruneta.
- Dobra.

Siedzieliśmy na ławce naprzeciwko galerii i rozmawialiśmy o tym, jak te wakacje szybko mijają. Ja miałam loda, a Niall skończył swojego wcześniej. Nagle mój telefon zawibrował w kieszeni. Na ekranie wyświetlił się napis: "babcia". Oops.
- Halo?
- Dzwonię, by spytać co u was. Gdzie jesteście?
- Yy, jesteśmy przy galerii Grand Plaza... W parku..
- Miło spędzacie czas?
- Taak. - Spojrzałam zdezorientowana na Nialla, który wiązał sznurówki butów.
- Kochanie, możesz dać mi Stephena? Chciałam go o coś prosić.
- Um, nie ma go tu teraz.
- Jak to? Jesteś tam sama?
Niall spoglądał na mnie zainteresowany i skupiony.
- Poszedł kupić nam lody - wyparowałam.
- Oh, ale to naprawdę ważne. No cóż, poczekam. Więc gdzie byliście? - spytała pogodnie babcia.
Nie byłoby sensu biec teraz do Plazy i szukać chłopaka, który mógł być wszędzie. Dlatego improwizowałam.
- Oo babciu, Stephen właśnie wraca! Ja nie znam tych wszystkich miejsc, dlatego on ci to wyjaśni - powiedziałam i wcisnęłam blondynowi do ręki telefon, uprzednio włączając głośnomówiący.

________________________________________________________________
Hej! Rozdział miał być wcześniej, w zasadzie miałam go napisanego już dokładnie dzień po opublikowaniu ostatniego rozdziału, ale coś słabo idzie wam z jakimkolwiek okazywaniem, że przeczytaliście. To naprawdę przykre, bo czuję jakbym pisała dla pięciu osób(?) które i tak nie wiadomo czy wszystko dokładnie przeczytały. I jeżeli chcecie wiedzieć, to tak, mam już kawałek następnego rozdziału i pomysł na niego.
Proszę Was, wiadomość, że czytacie jest naprawdę motywująca.

PISZCIE JEŻELI CHCECIE BYĆ INFORMOWANI!!

piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział dwudziesty piąty. 'Coś niewymuszonego. I dobrego.'

Drogi pamiętniku,
Wiesz jakie to uczucie, kiedy potrzebujesz do kogoś się przytulić i nie masz do kogo? Wiesz jakie to uczucie, gdy samotność rozrywa cię od środka? Wiesz jak to jest, gdy zalewają cię smutne wspomnienia, od których nie możesz się nijak uwolnić? Wiesz jak to jest, gdy czujesz pustkę i masz ochotę płakać, ale masz w sobie tą cholerną pustość więc nic nie płynie? Nie masz komu się wygadać, bo nikt nie zrozumie + nie potrafisz do tego stopnia otworzyć się na ludzi, by mówić im o tym, co cię przerasta?
"Nie załamuję się. Wyłamuję się". Nie wiem co to za cytat, ale zobaczyłam go kiedyś w internecie. To jest dosłowne opisanie moich uczuć. Próbuję utrzymać się na wodzy, by się znów nie załamać i przez to się wyłamuję. Tracę coś z radości, chociaż wcześniej miałam jej mniej. Lub tracę coś z czegoś, czego nigdy nie miałam. Albo... Może jednak trochę miałam. Mało.
Czasem zastanawiam się nad błahostkami, które nie przyszłyby do głowy normalnej osobie. Nazywamy danych ludzi daltonistami, ale może to oni widzą świat poprawnie? Może to oni widzą życie w poprawnych kolorach? Może te 98% ludzi i ja w tym są ślepe i niesłusznie oskarżamy resztę o 'ślepotę barw'? Może tak naprawdę świat jest jednym wielkim złudzeniem? Może ból mieliśmy odbierać jako dobro, ale coś poszło nie tak? Może tak naprawdę szczęście rani? Rani, bo jest chwilowe, znika i pozostawia niedosyt. Poczucie, że zrobiłeś coś nie tak i przez to wymsknęło ci się między palcami - odeszło. I masz tą głupią myśl, że może już nigdy więcej nie wrócić. Ale żyjesz dalej. Musisz stawiać czoła każdemu kolejnemu dniu. To męczące, ale może kiedyś pójdzie łatwiej. Może kiedyś cały świat będzie społeczeństwem nieszczęśliwych daltonistów. Kto wie.

Tak, jestem dziwna. Zawsze taka byłam i jakoś się tym nie przejmuję. Moja głowa to nie tylko plątanina żyłek i nerwów oraz gąbka zwana mózgiem, ale też jeden wielki bałagan.

Dzisiaj drugi dzień sierpnia. Został już tylko miesiąc do końca wakacji. A dopiero się zaczęły. Dopiero co zapoznałam się z Lou, moknęłam z Harrym w centrum miasta i kłóciłam się z Niallem, a tymczasem zdążyło już tyle się wydarzyć - lepszego i gorszego.
Muszę dobrze wykorzystać czas, jaki mi pozostał.
- Dziadku, mogę iść do Lou?
- Jasne. Chcesz jakieś pieniądze? - Nie czekając na odpowiedź sięgnął do portfela.
- Jesteś najlepszy dziadku. - Uśmiechnęłam się i przyjęłam od niego pieniądze, gdy mi je podawał.

- Hej hej, mój ukochany chłopaku, wpuść mnie, proszę - powiedziałam do domofonu.
- Lepiej siedź cicho, bo Harry słucha, moja ukochana dziewczyno - zaśmiał się i już za chwilę usłyszałam charakterystyczny dźwięk, więc pchnęłam drzwi. Wspięłam się na drugie piętro i sekundę później moim oczom ukazał się Louis, a za nim Harry, uśmiechnięty, lecz jego usta przypominały bardziej skrzywione.
- Nie w porę? O kurde, chyba wam nie przerwałam, co? - Zaczęłam śmiać się pod nosem w połowie nerwowo, bo w sumie nie miałam  pewności, że nie.
- Ha, ha, ha. - Harry się naburmuszył, zzieleniał i pobiegł do łazienki.
- Zatrucie pokarmowe. Opiekuję się nim - wyjaśnił Louis.
Pokiwałam głową.
- Mięty?
- Nie lubię miętowej herbaty - odrzeklam.
- Czy jest coś, co ty lubisz?
- Jaśminowa jest przepyszna!
- Obawiam się, że takowej nie posiadam. Czekaj, pójdę sprawdzić co z Harrym. Od rana wymiotuje. Ty możesz włączyć czajnik elektryczny.
- Okej.

Siedzieliśmy w trójkę pijąc herbatę: ja zieloną, Louis czarną, a Harry miętową.
"Nie załamuję się. Wyłamuję się" - śmignęło mi w głowie.
- Hej Loueh?
- Taaak, moja ukochana dziewczyno? - Uśmiechnął się.
- Masz tu wifi, prawda?
- "Harreh5937" - podyktował od razu hasło.
- Dzięki i aw - powiedziałam wyciągając z kieszeni telefon.
Oni kontynuowali oglądanie jakiegoś show, a ja połączyłam się z internetem. Poczułam potrzebę sprawdzenia, czy ktoś zauważył moje zniknięcie z twittera jakiś rok temu, chociaż zapewne nie.
"3 nowe interakcje" - zobaczyłam.
Odpowiedzi na "dobranoc".
Wow, oczekiwałam 0.
Potrafiłam uzależnić się od wielu rzeczy, ale tak samo szybko się oduzależnić. Spędzałam kiedyś sporo czasu na twitterze, ale - tak jak mówiłam Tori - wkrótce  mi przeszło. Byłam uzależniona od książek, myślałam, że zostanie mi tak już na zawsze, ale to też minęło.
Mam tylko jedno beznadziejne uzależnienie. Kiedy przywiązuję się do ludzi, nigdy nie potrafię nad tym zapanować, a potem cierpię. Zbyt szybko przyzwyczajam się do ich obecności, dotyku czy zapachu. A potem nie potrafię się od nich oduzależnić. Na przykład mój tata. Boję się też, że gdy wyjadę, mój kontakt z Lou czy Harrym się urwie. To naprawdę beznadziejne i okropne uczucie.
"Chcę wieczności a zarazem pragnę to wszystko skończyć" - zatweetowalam.
Chcę nieskończonej, prawdziwej przyjaźni, bo jej potrzebuję, ale czasami mam ochotę skoczyć z mostu - tak po prostu - i zapomnieć. Zapomnieć o tych wszystkich problemach...
Zmarszczyłam brwi, wylogowując się z portalu.
- Chłopaki?
- Tak, Ley? - odparł Harry.
- Gdy już wyjadę... Nadal będzie tak jak jest teraz? - spytałam wciskając swój palec w zgięcie łokcia Loczka.
- Jasne, że tak, kochanie. I hej, nie podrywaj mojego chłopaka! - krzyknął z szerokim uśmiechem na twarzy Lou.
- Spokojnie, Lou, jestem zainteresowany tylko tobą - mruknął cicho Harry.
- Hej czy ja nie byłam przypadkiem przed chwilą twoją dziewczyną? - Uniosłam brew.
- Zawsze nią będziesz, Ash. Będziemy mieli potajemne romanse kiedy już pobierzemy się z Harrym - powiedział i chyba właśnie dotarło do niego co uwolniło się z jego własnych ust.
Harry zaczął patrzeć w niego jak w obrazek z szeroko otwartymi oczyma, w których dostrzegłam iskierki, i uchylonymi ustami.
Louis przygryzł wargę i próbował ukryć uśmiech.
Byłoby niegrzecznym i nie na miejscu pytać teraz o to, czemu nie mieszkają razem, prawda?
Chłopcy wciąż się na siebie patrzyli, kiedy nagle Harry zzieleniał, wstał i wybiegł z pokoju.
Policzki Lou zrobiły się malinowe.
- Loueeeh?
- Tak Ashley?
- Kocham cię - powiedziałam i wtuliłam nos w jego klatkę piersiową.
- A ja kocham ciebie - odpowiedział i pogładził moje włosy.
- Masz zamiar mu się oświadczyć? - zachichotałam w jego koszulkę.
- Kiedyś na pewno.
- Chyba powinnam już was zostawić. - Podniosłam głowę do góry i spojrzałam my w oczy.
- Odwieźć cię?
- Spokojnie, dotarłam tu autobusem to w drugą stronę też dam radę. Cześć Lou!
- Cześć Ash.
Zapukałam w drzwi łazienki.
- Harry?
Chwilę potem chłopak wyszedł.
- Wracaj do hm zdrowia.
- Dziękuję. - Uśmiechnął się.
- Do zobaczenia!
- Pa - odparli naraz.


Kiedy znalazłam się w domu, od razu rzuciłam się na łóżko. Każdy ma kogoś, kto się nim opiekuje. Tylko nie ja. To prawda, mam dziadków i chłopców, ale jakby nie patrzeć - nie zmienia to faktu, że jestem sama.
Było już po trzeciej.
- Babciu, pomóc ci w czymś?
- Mogłabyś rozwiesić pranie.
Tak więc wzięłam miskę z mokrymi ubraniami i wyszłam na dwór. Potem jeszcze pomogłam w kuchni i poszłam do sklepu. Takim sposobem zrobił się wieczór.
Siedząc na dworze porozmawiałam z Tori przez telefon. Wyjechała w góry.
A potem po prostu się wykąpałam i zakopałam pod kołdrą.

Wtem usłyszałam pukanie. Energicznie usiadłam i zaczęłam panikować.
Zauważyłam, że wyświetlacz mojego telefonu na chwilę się rozjaśnił. Wiedząc, że moje rolety są zaciągnięte, na palcach podeszłam do biurka i kliknęłam na kopertę na wyświetlaczu.
"Możesz oddać mi przysługę?"
Niall.
Westchnęłam i podeszłam do okna, otwierając je.
- O co chodzi? - spytałam odsuwając się trochę, by mógł wejść.
- Powiem ci wszystko, jeżeli pozwolisz mi u siebie zostać na noc.
Niepewnie pokiwałam głową.
- Siadaj - wskazałam ręką na krzesło.
Sama usiadłam na drugim, ówcześnie zapalając lampkę i podciągnęłam kolana pod brodę.
- Moi rodzice postanowili wrócić do domu. Słuchaj... To jest chyba ten moment, kiedy muszę się przed tobą otworzyć, a nie myślałem, że ten moment nadejdzie tak szybko. Gdyby ktoś mi to powiedział miesiąc temu, w ogóle bym nie uwierzył. No dobra... Moi rodzice wiecznie siedzą w pracy. Mają hotel jakieś dwie godziny stąd. Kiedy już kończą pracę, jadą sobie do jakiegoś klubu czy czegoś i tak szczerze mam w dupie gdzie jeszcze. I tak jest od kilku lat. Bo uznali, że jestem im zbędny, że im tyko przeszkadzam a oprócz tego często sprawiam problemy i pakuję się w gówna typu narkotyki, co z tego, że to trwało trzy miesiące, przecież oni nie zważają na czas, tylko na fakt. Tak więc, dzisiaj postanowili wrócić. I tak jakby się z nimi pokłóciłem.
- "Tak jakby"? - powtórzyłam jego słowa, dając mu tym do zrozumienia, że chcę, by to rozwinął.
- ...Wparowali do domu znikąd, kłócąc się o jakieś gówno. A jak mnie zobaczyli, zaczęli mnie w to wciągać. Wyszło tak, że osądzili mnie o rzeczy, których nawet nie zrobiłem. Więc wrzuciłem im, jakie to chore, że zostawiają dom pod moją opieką. Skończę osiemnaście lat za ponad miesiąc, to nawet nie jest legalne! Powiedziałem im, że mam dosyć ich nienormalnych wyjazdów i Bóg wie jeszcze jakich wymysłów. A potem po prostu wyszedłem. Bo ucieczka czasem jest lepszym wyjściem niż ustatkowanie się w cierpieniu. Przepraszam. Wiesz za co.
- Wiem... Ale chcę to od ciebie usłyszeć...
- Przepraszam, że wypominałem ci, że ucieczka jest dla tchórzów. Jest raczej dla silnych, bo oni mieli odwagę się na nią zdecydować. Pragnęli coś zmienić. Zmieńmy coś, Ash. - Ostatnie zdanie wypowiedział proszącym tonem.
Pokiwałam wolno głową.
Podniosłam się ze swojego miejsca, podreptałam do łóżka i usiadłam na jego krańcu.
- Możemy już iść spać? - Potarłam dłońmi oczy.
- Tak - odparł wstając i idąc w moją stronę.
Położyłam się na boku, tak, że kiedy położy się obok mnie, będę odwrócona do niego plecami.
- I zgaś lampkę - mruknęłam sennie.
Pokój omiotła zupełna ciemność. Poczułam jak łóżko się ugina i tuż za chwilę mój kark ogarnęła gęsia skórka. Starałam się oddychać w normalnym tempie, ale chyba dało się wychwycić mój ciężki niczym ołów oddech.
Uczucie skrępowania z czasem przeszło. I kiedy już w jakimś stopniu odpływałam w sen, poczułam jak za tasiemkę spodni od mojej piżamy wsuwa się palec. Momentalnie przewróciłam się na plecy, a ręka przylgnęła płasko rozłożona na dole mojego kręgosłupa pod koszulką.
- W moim łóżku śpisz na moich zasadach - burknęłam.
Jego oczy - choć było ciemno, wyraźnie się śmiały.
- Wykorzystam to jako argument przeciwko tobie, jak kiedyś przyjdziesz spać do mnie - wyszeptał mi zadowolony do ucha.
- Niall - warknęłam.
Chłopak zabrał rękę i podłożył ją sobie pod głowę.
- Dobranoc - szepnął.
- Umm, czekaj.
- Hm?
- Mogę ci zadać jedno pytanie?
- Jedno pytanie i idziemy spać - zgodził się.
To znaczy, że mogłam zadać dowolne pytanie. Dowolne. I nie wiem czemu, ale wybrałam akurat to.
- Skąd jest ten x, który masz na palcu?
- No więc.. Jest tam specjalnie. X to niewiadoma, jak w matematyce. Moje życie to też niewiadoma. To pas ciągłych zagadek, niepowodzeń i zmian. I nie ma niczego stałego. Rodzice - nie. Przyjaciele - gdy zacznie się rok szkolny wyjadą. Nie mam dziewczyny. W sumie chyba nie chciałbym jej mieć bo po co mi osoba, której miałbym nie darzyć żadnym uczuciem? Nie mam pojęcia co wydarzy się chociażby jutro. Nie mam pojęcia co wydarzy się za chwilę... - powiedział już ciszej.
- Rozumiem - odparłam równie cicho.
A potem nic już nie mówiłam, bo jakimś sposobem usunęłam, nawet tego nieświadoma.

Obudziłam się w środku nocy wstrząśnięta wielkim dreszczem. Zorientowałam się, że jestem szczelnie okryta kołdrą, za to Niall leży bez niej. A mimo to i tak było mi upiornie zimno.
- Niall? - wychrypiałam.
Nie podziałało. Podniosłam się tak, że stałam na łóżku i chciałam iść po bluzę. Lecz oczywiście coś musiało pójść nie tak. Zachwiałam się, będąc nie do końca przebudzoną i upadłam w poprzek na chłopaka.
- Co robisz? - spytał spokojnie, jakby mój upadek nie zrobił mu różnicy i jakbym dosłownie nic nie ważyła. Może tak było...?
- Ja... Um zimno mi i chciałam iść po bluzę, ale...
- Postanowiłaś, że wolisz sobie na mnie poleżeć?
- Nie, ugh. - Dopiero teraz się z niego zsunęłam. - Tak w ogóle: jak możesz być wciąż taki ciepły, skoro śpisz odkryty? I czemu się nie okryłeś?
- Drżałaś - powiedział, nie dając mi zarazem odpowiedzi na żadne z postawionych pytań. A może jednak?
- Jest mi strasznie zimno.
Naciagnęłam pościel aż po szyję, rezygnując z pomysłu wstania po bluzę.
- Jeśli chcesz, możesz się do mnie przytulić - usłyszałam cichy głos.
Przez chwilę się zawahałam.
- Mogę?
- Chodź. - Rozłożył swoje ramiona.
Wspięłam się na niego tak, że nie dotykałam nawet materaca. Okrył nas kołdrą, lecz i to zdawało się zbędne.  Był ciepły. Cholernie ciepły. Ciepły do tego stopnia, że miałam ochotę wtulić się w niego jeszcze mocniej, o ile by się dało. Przycisnęłam twarz do szyi Nialla, że nawet moje usta stykały się z jego skórą. Przeniósł swoje ręce na moje plecy i je tam zatrzymał.
A jego serce w kółko grało pod moją dłonią. Bez ustanku. Tak jak powinno. Bo niektóre zjawiska w naturze są czymś normalnym. Czymś niewymuszonym. I dobrym.
I sama nie wiem czy ja to pomyślałam, czy to już tylko moje sny myślały za mnie.

________________________________________________________________

Szykuję dla was długą notatkę... Ale to już nie teraz, przepraszam, jest 4:30 nad ranem, ale chciałam dodać ten rozdział. Także miłej nocy/dnia/ranka(?)
I przepraszam za błędy. Ale o 4 nas ranem jestem skłonna napisać zdanie "W naturze niektóre rzeczy są naturalne" lol.

###
No więc tak. Bardzo proszę byście to przeczytali, bo to niezmiernie ważne.

Ostatnio ktoś pozostawił pod rozdziałem komentarz, że zastanawia się czy nie usunąć bloga z zakładek i że najlepiej, jeżeli rozdział pojawi się do końca marca, ale zapewne się tym nie przejmę, bo to tylko jedna osoba. No więc wręcz przeciwnie - przejmę się, bo dla mnie liczy się każdy czytelnik. Bo każdy czytelnik sprawia, że na mojej twarzy pojawia się uśmiech.

I uwaga: NIE CHCĘ NIKOGO URAZIĆ! ALE:
Jeżeli szkoda Wam czasu na wyczekiwania na nowy rozdział, to może zainwestujcie go w naukę? Wiecie czemu rozdział nie pojawiają się co 2 tygodnie tylko np. co miesiąc lub więcej? Ponieważ mi zależy na ocenach. Staram się przykładać do nauki, a spróbujcie pogodzić ją z pisaniem fanfiction, kiedy czasem brak miejsca na sen!

Po drugie: staram się, by rozdziały były dobre. A jeżeli i tak wam one przeszkadzają to:
a) po co tu jesteście????????
b) zapraszam na 568965 blogów które są jak: Hej jestem Niall, umówimy się?" "Nie znam cię ale się zgodzę, bo twoje oczy są niebieskie" blah blah blah..

I tak!
Mój ff jest przeciętny! Temat oklepany - dziewczyna wręcz WYMYŚLA sobie problemy. Krąży wkoło żyletek, rozpamiętuje przeszłość i nienawidzi swojego życia. ALE UWAGA: Ja staram się Wam coś przekazać! Znacie to? https://pbs.twimg.com/media/B1InCCjIMAAhOJm.png
Tak, właśnie to Niall przekazuje Ashley słowami "Odczuwasz tak, jak postrzegasz świat. (...) Jeśli chcesz zmienić swoje życie, musisz zmienić też myśli."
Chcę Wam przekazać wiele innych moich myśli.

I jeszcze jedno. Naprawdę starałam się wyrobić do końca marca. Ale życie niezmiennie się toczy i to niekoniecznie tak, jak byśmy chcieli. Chodzi o odejście Zayna z zespołu. Przez kilka pierwszych dni nie byłam zdolna do dosłownie NICZEGO.

Mam nadzieję, że zrozumiecie. Pozdrawiam x