sobota, 23 maja 2015

Rozdział dwudziesty siódmy. "Spoko"

- Oo babciu, Stephen właśnie wraca! Ja nie znam tych wszystkich miejsc, dlatego on ci to wyjaśni - powiedziałam i wcisnęłam blondynowi do ręki telefon, uprzednio włączając głośnomówiący.


Spojrzał na mnie wielkimi oczami i zaczął kręcić głową na boki.
- Proszę cię - wymamrotałam bezgłośnie.
- Halo? - zaczął Niall, zmieniając głos, lecz wcale nie brzmiał jak Stephen.
Dlatego dosłownie wepchnęłam mój rozmiękły już wafelek od loda do jego ust.
- Co kur... - powiedział, ale ja tylko wskazałam na telefon, który trzymał w dłoni. - Uh, cześć babciu.
- Stephen! Czy ty przeżuwasz? Nie powinno się rozmawiać z jedzeniem w ustach!
Zaśmiałam się, bo prawdopodobnie zapomniała już o swoim wywiadzie i teraz wzięła się za pouczanie "Stephena".
- Przepraszam, byliśmy głodni. - Spojrzał na mnie pytającym spojrzeniem.
- Coś zwiedzaliście?
- Um, powłóczyliśmy się po centrum miasta i poszliśmy na zakupy - mówił wciąż mieląc w buzi rożek.
- Doskonale - skomentowała kobieta. - Mam do ciebie jeszcze tylko prośbę. Ashley mówiła mi, że jecie lody... Proszę, przypilnuj, żeby zjadła coś więcej. - Niall dziwnie na mnie spojrzał. Wytrzeszczyłam oczy i próbowałam zabrać mu telefon, ale zwinnie mnie unikał. A babcia gadała dalej. - Ostatnio coś mi powiedziała i wydaje mi się, że było to coś ważnego.
- Okej - odrzekł kiwając głową, chociaż ona nie mogła tego zobaczyć. A on patrzył na mnie, że zmarszczonymi brwiami.
- Dziękuję. Do zobaczenia. A i przekaż Ashley, że za jakieś dwie godziny jedziemy.
- Mhm. - Chwilę potem usłyszeliśmy sygnał oznaczający, że połączenie zostało zakończone.
- Wow,  nie skapnęła się! I muszę ci powiedzieć, że okropnie naśladujesz ludzkie głosy.
- Ash.
Spuściłam wzrok.
- Ash - powtórzył. - Mów do mnie.
- To nic takiego, zwykła przeszłość, o której zapomniałam, no wiesz, tak jak-
- Powiedz mi.
- Nie teraz, Niall. Nie.
Otworzył usta, jakby chciał się sprzeciwić, ale niczego nie powiedział. Zaległa cisza i przez jakąś minutę nikt z nas nic nie mówił, po prostu obok siebie siedzieliśmy.
- Jesteście tak bardzo dziecinni, że to aż boli. Szukałem was! - Taszczył w ręku torbę z Vans i jeszcze kilka innych. - Co tak siedzicie jak skazani? W porządku?
- Nic się nie stało - powiedziałam.
- A może jednak? - odparł sugestywnie Niall.
- Zapomnijcie, że pytałem.
I za to właśnie uwielbiałam tego chłopaka. Kiedy widział, że ktoś nie ma ochoty o czymś mówić - odpuszczał. Plus: wolał nie zagracać swoich myśli problemami. Żył beztrosko i po swojemu. Często go za to podziwiałam i pragnęłam nauczyć się tak funkcjonować.
On był tak jakby przeciwieństwem Tori. Ona zawsze w takich sytuacjach dopytywała.
- Za dwie godziny wracamy do Mullingar.
- Okej, więc mamy jeszcze odrobinę czasu. Gdzie idziemy?
- W sumie jestem już zmęczona. Nie moglibyśmy tu poleżeć? Jest taki ciepły wiatr, a moje nogi odmawiają posłuszeństwa.
- Tak w zasadzie to nie, nie moglibyśmy. Idziemy coś jeszcze zjeść? - zapytał Niall.
- Dopiero co wyszliśmy z Maca człowieku! Czasem zastanawiam się, czemu wciąż nie masz brzucha faceta po czterdziestce.
- Jeżeli zjem cokolwiek jeszcze, zwymiotuję - wydałam z siebie zirytowany dźwięk.
Niall wytrzeszczył oczy.
Cholera... On nie wie o anoreksji więc teraz może myśleć o... bulimii.
- Niall, możemy pogadać sami? - Zmarszczyłam brwi.
- Za mało czasu mieliście beze mnie? Czuję się pominięty, ignorowany, halo, lol.
- Dwie minuty, dosłownie - burknęłam do kuzyna.
- Dobra. A ja w tym czasie pozbieram na łące kwiatki i zrobię z nich dla ciebie bukiecik, a potem będziemy wszyscy skakać jak baby w reklamach podpasek i zarzygamy świat tęczą.
Zamrugałam na niego kilkakrotnie, a potem po prostu odwróciłam się na pięcie i podeszłam do blondyna, który zdążył już się oddalić.
- Bulimia?
- Anoreksja, ale nie chcę teraz o tym mówić.
- ...Dobra to... spotkamy się jutro? Wytłumaczysz mi to wszystko.
Rozejrzałam się dookoła. Trawa była ciemnozielona od słońca. Wśród niej dało się zauważyć kwitnącą gdzieniegdzie białą koniczynę.
- Nie wiem.
Tak szczerze, znów zaczynałam dusić się tym, że był w pobliżu - ostatnio jakoś częściej. A może nie tyle częściej, co jakoś więcej ode mnie "wymagał". Jakby nagle chciał nadrobić 17 lat mojego życia i dowiedzieć się o nim wszystkiego, a tak szczerze nie miałam najmniejszej ochoty do tego wracać.
Zmrużyłam oczy. Odwróciłam się w stronę Stephena.
- Wracamy?
- Co? Dopiero przyszliśmy!
- Tak w sumie to minęły prawie cztery godziny. Nie ma sensu siedzieć tu dłużej. Prooszę? - Uniosłam brwi i wygięłam usta w dół.
Brunet przewrócił oczami.
- Nie ruszasz mnie.
Przechyliłam głowę na bok.
- Ehh, dobra. Dzięki za towarzystwo stary. - Uścisnęli z Niallem swoje dłonie.
- I ja też. Cześć wam.
- Cześć - powiedziałam, lecz zabrzmiało to jakbym tylko wypuszczała z siebie powietrze.

- Czasem czuję się, jakbym był twoim ojcem! - rzekł Stephen, gdy byliśmy już jakieś 15 metrów dalej.
Spojrzałam przez ramię. Nialla nie było widać. Tak. Peszył mnie. Albo nie tyle peszył, co czułam się dziwnie w jego towarzystwie. Bo pozornie nie musiałam się bronić. Bo z nikim się nie kłóciłam. I to było dziwne. Jakbym teraz musiała chronić siebie jeszcze bardziej. Swej przeszłości i osobowości. Może po prostu bałam się dawać czegokolwiek z siebie ludziom. Albo raczej ludziom, którzy niegdyś mnie krzywdzili. I nagle postanowili wbić się do mojego życia, bez żadnego uprzedzenia i może z wcale nie najgorszymi zamiarami.


Tak więc nastał kolejny dzień. Siedziałam na podłodze, skubiąc zębami końcówkę długopisu.
Nie potrzebuję ludzi. Potrzebuję samotności bo wśród tłumu się gubię, duszę i ginę pokonana przez uczucia.
Nie zapisałam tego jednak w pamiętniku. Leżał on na moich kolanach otwarty już jakieś pół godziny. Włożyłam cienkopis za ucho i przekartkowałam dziennik. Otworzyłam na jakimś wpisie sprzed roku. Rzuciłam powierzchownie oczyma, by po chwili zagłębić się w tekst, utopić wzrok w literkach.

Drogi Pamiętniku,
To mój drugi tydzień terapii. Nie ma rezultatów, ale chyba jeszcze nie powinno być. Lecz jeżeli nie przytyję choćby odrobinę, będę musiała zostać w szpitalu... Nie chciałam anoreksji. Nie chciałam tego wszystkiego. I to przyszło samo, nagle, choć w rzeczywistości było rozciągnięte w czasie. To przeżycia spowodowały, że od jedzenia mnie odpycha. Kiedy to u mnie zdiagnozowali, było mi obojętne, czy umrę czy nie. Ale powiedzieli, że nie umrę. Dlatego wcisnęli mi jakąś terapię rodzinną, nie uwzględniając nawet faktu, że mój ojciec sobie uciekł, niczym tchórz, a matka mnie nie kocha. I szczerze nadal nie obchodzi mnie, czy przeżyję. Przecież nie mam już dla kogo żyć. Dosłownie.

Wpis był z lutego, ubiegłego roku, jak już wspomniałam. Przymknęłam powieki. Wdech, wydech. Wdech, wydech. I od nowa. Co przeszłość - to przeszłość. Idźmy dalej. Przerzuciłam kilka kartek, by otworzyć na dwudziestym marca - dniu, w którym trafiłam do szpitala. Jednak nie zabawiłam tam długo - i dobrze.

Drogi Pamiętniku,
Wystąpiło zagrożenie mojego życia. Wow, że ci cali 'specjaliści' nie mogli od razu pojąć, że ich cała terapia rodzinna nie wypali. Ostatnimi czasy schudłam 3 kilogramy. Przez miesiąc. Zemdlałam, a gdy się obudziłam nade mną stał lekarz. W pośpiechu złapałam plecak, wrzuciłam do niego piżamę, słuchawki, telefon i pamiętnik, a mama zabrała mi jakieś ubrania. Niestety zapomniałam długopisu, lecz na szczęście pewna miła pielęgniarka użyczyła mi swój cienkopis. Dziwne, bo zawsze pisałam na niebiesko, a atrament cienkopisu jest czarny. Tak, trafiłam do szpitala i mogę nie przeżyć, a spokojnie piszę o kolorze długopisu.
Odwodniłam się, dlatego w moją lewą rękę wbity jest wenflon. W górę biegnie żyłka od kroplówki. Nie jestem jedynie pewna, czy chcę poddawać się leczeniu. Teraz to jest mój wybór. Mam ochotę przestać walczyć. Co ja mówię - nie walczę od samiutkiego początku. Jedyny powód, który miałaby zadecydować o tym, czy podejmę się działania? Ciekawość. Jestem ciekawa co przyniesie przyszłość. Czy rzuci mną o ścianę jeszcze gwałtownej, czy może da mi wziąć oddech. I zdecydowanie liczę na to drugie. Nie mam już siły udawać, że życie mnie nie rusza, że sprostam wszystkiemu. Więc... Ryzyko? Co w tym wypadku w ogóle jest ryzykiem? To, że umrę? Nie, tu chyba ryzykiem jest życie. Ryzykiem, że zniszczy mnie jeszcze bardziej i tragiczniej. I... może nawet chcę je podjąć. I to mnie przeraża bardziej niż wieczność, która - jeżeli nie poddam się leczeniu - na mnie czeka. A wszystko siedzi w psychice.

Zatrzasnęłam pamiętnik, wgramoliłam się na łóżko i zakryłam po twarz kołdrą. Tego dnia nie wychodziłam już z pokoju. Nie dość, że byłam podziębiona (co okazało się przyczyną moich wcześniejszych dreszczy), złapałam też doła. Czy to nie śmiesznie brzmi w moim przypadku? "Złapałam doła". To tak, jakbym nie miała go przez całe wcześniejsze życie - kciuki w górę, nie ma co.
Przeczytałam obie książki, które kupiłam z początkiem lipca. Leżałam bezwiednie, z obojętnym wzrokiem wbitym w sufit. I nagle w mojej głowie pojawiła się myśl. Gdzie tak właściwie podział się miś, którego Lou wygrał dla mnie w wesołym miasteczku? Bo jeśliby wszystko rozważyć i przeanalizować.... Nie widziałam go od jakiegoś miesiąca. Nie zapominając o fakcie, że to właśnie ten "jakiś miesiąc" temu go dostałam...
Moje nogi powędrowały w górę, a włosy kaskadą opadły na dół. Uniosłam poły pościeli i zajrzałam pod łóżko, wciąż z niego zwisając. Zauważyłam misia, więc sięgnęłam po niego. I wtedy coś zagrzechotało, a ja wytężyłam wzrok. Już wiem! To pudełko z... żyletkami. Zeszłam na podłogę i włożyłam rękę pod mebel, wyciągając małe opakowanie. Uważnie mu się przyjrzałam, obracając kilkakrotnie między palcem wskazującym a serdecznym. Pamiętam, jak po prostu wepchnęłam je pod poduszkę, by babcia nie mogła ich znaleźć. Musiały spaść razem z maskotką. Odłożyłam pudełeczko na szafkę i znów weszłam pod kołdrę. Nie chciałam teraz o tym myśleć. Zamknęłam oczy i powoli odleciałam w świat, w którym spełniają się marzenia - te dobre jak i złe, pożądane i nie. Lecz tej nocy budziłam się wielokrotnie, nękana koszmarami z ojcem w roli głównej. 


- Wnusiu! Kochanie, razem z dziadkiem musimy załatwić coś w sąsiedniej miejscowości. Wrócimy dopiero wieczorem. Zrób sobie coś na obiad, dobrze? W razie co pieniądze leżą na bufecie w kuchni.
- Dobrze - rzekłam przeciągając się.
Czułam, że stan mojego zdrowia uległ znacznej poprawie. Zerknęłam na półkę, a gdy uświadomiłam sobie, że żyletki nadal tam leżą, szybko zakryłam je telefonem. Babcia jednak niczego nie zauważyła i tylko zakręciła się w pokoju, po czym wyszła.
Pościeliłam łóżko i złapałam za czyste ubrania. Kiedy wyszłam z łazienki, dziadków już nie było. Otworzyłam drzwi i wyszłam na dwór by powiesić mokrą koszulkę, którą chwilę wcześniej wyprałam. Owiał mnie delikatny, ciepły wietrzyk. Głęboko odetchnęłam. Poczułam, że burczy mi w brzuchu, więc nie zamykając drzwi poszłam do kuchni. Zrobiłam sobie kanapki i zaniosłam je do pokoju, po czym usiadłam na łóżku, opierając się o ścianę i zaczęłam jeść. Usłyszałam dźwięk powiadomienia, więc sięgnęłam po telefon, zarzucając przez przypadek pudełeczko. Zamarłam. Zostaw przeszłość w spokoju. Zostaw ją. Podniosłam opakowanie i je otworzyłam. Zostaw.
Przypomniałam sobie czas, gdy porwała mnie dwójka mężczyzn. Jeden z nich przejechał scyzorykiem po mojej skórze i... Czuj ból, kiedy ty chcesz, nie kiedy to on chce być odczuwany... Podjęłam ryzyko życia. Mogę podjąć i ryzyko śmierci. Po co? Bo chcę sprawdzić czy byłabym skłonna na przykład do zabicia się. Lecz na razie chciałabym tylko sprawdzić czy ja sama mam w sobie na tyle odwagi, by pozwolić krwi płynąć. A raczej nie na to. Czy mam w sobie tyle siły, by zabić wewnętrzny ból zewnętrznym.
Ponieważ od wczoraj znów nękają mnie myśli o ojcu. Nie potrafiłam poradzić sobie ze wspomnieniami. Cóż, trudno. Tylko szkoda, że one teraz szarpią mną, chcąc sprawdzić kiedy w końcu nie wytrzymam i upadnę na zimną podłogę, nie mając nikogo, kto mógłby mnie uratować. I w sumie podoba mi się ta perspektywa. Nie przyznaję się do tego, ale tak jest. Wolałabym zostać pokonana już teraz. Lecz nie przez życie. O nie, jemu nigdy nie nadam tytułu zwycięzcy w tej grze. Ból. To wszystko co mam, by zemścić się nad nim samym. I przy okazji nad życiem, które raz po raz kopie mnie w tyłek. Dla niektórych moje poglądy i problemy mogą wydać się nadmuchane, przerysowane i pełne przesadnego dramatyzmu. Wręcz nieważne, błahe i już nudne. Głupia nastolatka, która ma "poważne" problemy. Ale każdy ma swoje i widzi je w innym świetle. A ja mam już dosyć. Bo mogłabym się ich pozbyć, ale szczerze mówiąc, kiedy choćby zacznę wspominać, one wrócą... Każdy człowiek jest na swój sposób złamany. Rzecz w tym, że jedni bardziej, drudzy mniej.
Zostaw. Nie. Zemścij się na bólu, no już. Co masz do stracenia? Trochę krwi? Ha.
Zawahałam się. Jednak chwyciłam ostrze. Chwila. Jeżeli choćby trochę czerwonej cieczy skapnie na pościel, babcia będzie pytać. A przecież nie skłamię, że mam okres, bo odkąd miałam problemy z anoreksją, występuje on nieregularnie. Wstałam i powoli podeszlam do biurka, jednak nie usiadłam na krześle. Chwyciłam żyletkę dokładniej i podniosłam rękę na wysokość twarzy. Trzy, dwa, jeden - dotknęłam żyletką skóry, wstrzymując oddech. Wtem drzwi od mojego pokoju się otworzyły.
Kurwa. Czy mnie prześladuje déjà vu? Znowu natknęłam się na niebieskie oczy. Tyle, że tym razem inne. Czułam, jak moje policzki zrobiły się gorące, ale się nie poruszyłam. Przęłknęłam jedynie ślinę.
- Hej? - usłyszałam. Nie odpowiedziałam.
Minęła dłuższa chwila. Zaczynałam się irytować.
- Um, mogę? - spytałam spoglądając to na niego, to na swoj nadgarstek.
Niall wzruszył ramionami.
- Spoko - odparł obojętnie.
Cały czas patrzył mi w skupieniu prosto w oczy. Zerknęłam na żyletkę, próbując po prostu to zrobić. Ale wciąż miałam na sobie jego wzrok. Nie chciałam na niego patrzeć, ale ukradkiem podniosłam spojrzenie, by zauważyć, że nadal stoi tam gdzie stał - oparty o framugę drzwi, z rękoma wyciśniętymi w kieszenie i z lekko ściągniętymi brwiami.
I nie wiem czemu, ale cisnęłam metalem o podłogę, szybko przemierzając pokój. Niall uwolnił ręce i gdy byłam wystarczająco blisko - rozłożył je. Poczułam pod polikiem ciepły materiał jego bluzy, a we włosach palce. Zaczęłam szybko oddychać, chcąc powstrzymać płacz, lecz na marne. Z oczu popłynęły mi dwie ogromne łzy.
I oh, ironio, to ty, witaj!
Ostatnio za każdym razem, gdy praktycznie wpadam w kłopoty, ląduję w jednym miejscu.
W jego ciepłych ramionach.

_______________________________________________________________
Hej Wam. Już na wstępie przepraszam za tak długi czas oczekiwania na rozdział, jakim był równy miesiąc.  I przepraszam za jakość.
Przykro mi, ale jakoś tego nie czuję (rozdziału). Wiem, że rozdział jest jak gdyby nie na miejscu, bo wszystko było super, pięknie, a tu nagle znowu wyskakuję z żyletkami i tak, to nudne, no ale naprawdę potrzebowałam tej krzty złości do świata i obojętności Nialla w stosunku do Ley, byście w następnym rozdziale mogli dowiedzieć się czegoś więcej na temat ich relacji oraz na temat tego, jak z moich obserwacji postępuje człowiek w niektórych sytuacjach w stosunku do pewnych ludzi.

Serdecznie Was pozdrawiam i mam nadzieję, że jednak mnie nie opuścicie, bo bez Was jestem nikim - kolejną amatorską pisarką, która tak naprawdę o pisaniu wie tyle, co nic, tyle, co wywnioskowała z tysiąca przeczytanych książek.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Rozdział dwudziesty szósty. 'Tylko ty potrafisz zamówić fast foody i herbatę na ciepło'

- Ashley? - usłyszałam sugestywny ton, gdzieś kilka metrów dalej. Głos należał do mojej babci.
- Hmm? - mruknęłam nie otwierając oczu.
- Ashley! Niall!
I to był moment, kiedy wręcz podskoczyłam. I ktoś pode mną też. A cały czas byłam śmiertelnie przekonana, że moja twarz wbita jest w poduszkę. W niezwykle miękką i ciepłą poduszkę. Nie w klatkę piersiową.
Chociaż nie leżałam już całkowicie na Niallu, bo w nocy zdążyłam się zsunąć, nadal byłam w niego wtulona. Szybko usiadłam i spojrzałam na babcię, której brwi były wysoko uniesione.
- Czekam w kuchni. Za góra 10 minut oczekuję cię tam.
I wyszła.
Spojrzałam na Nialla, który wciąż gapił się w punkt, gdzie zniknęła.
- Mam przerąbane. - Schowałam twarz w dłoniach.
- Pogadam z nią - zasugerował.
- Nie! Nie. Ty idź do domu. Jak zaczniesz z nią gadać, wkurzy się jeszcze bardziej.
- Umm dobra. Dzięki za przenocowanie. I powodzenia.
Wyszedł - tak jak wszedł: oknem. Niechętnie podniosłam się z łóżka. Znów zrobiło mi się okropnie zimno. Podreptałam do kuchni, przeczuwając burzę wiszącą tuż nade mną. Albo raczej przede mną, za progiem kuchni.
- Przyszłam - oznajmiłam.
Że też akurat dziś zachciało jej się wchodzić do mojego pokoju tak wcześnie. No właśnie - czego mogła chcieć? Dopiero siódma...
- Zatem usiądź.
Zrobiłam co kazała.
- Nie wiem, co ten chłopak tu robił, ani nie chcę wiedzieć. Chciałam tylko ci oznajmić, że nie życzę tu sobie żadnego seksu. Ja się przed twoją matką nie będę tłumaczyć. Pamiętaj.
- Dobrze... - powiedziałam lekko zirytowana.
Zaczęła patrzeć na mnie wyczekująco.
- Co? - mruknęłam.
Jej wzrok wciąż był we mnie wbity, ale się nie odzywała.
- Nie robiliśmy tego, okej!? - krzyknęłam.
Babcia tylko westchnęła.
- Co robiłaś w moim pokoju? - zainteresowałam się, mówiąc już spokojnie. Ułożyłam swoje dłonie płasko na blacie stołu.
- Nigdy nie zastanawiałaś się, czemu każdego ranka twoje okno było uchylone, a powietrze w pokoju świeże, gdy się budziłaś?
Szlag. Rzeczywiście... Od zawsze zamykałam na noc okno, bo nienawidziłam budzić się pogryziona przez komary. Chyba przez to, że nie spędzam całego mojego czasu na czytaniu książek, poziom mego sprytu spadł...
- Jesteś na mnie zła? - Spojrzałam jej w oczy.
- Nie. Jedynie z lekka zawiedziona.
- ...On mnie poprosił o pomoc, babciu. Tak jak sam mi kiedyś pomógł. I... Przepraszam cię za wszystko. Bo jestem tu dopiero miesiąc, a zdążyłam narobić tyle szkód, co ktoś inny przez rok.
Babcia w zamyśleniu patrzyła z nikłym uśmiechem w jeden punkt.
- Też byłam taka jak ty, wiesz? Zbuntowana. To chyba dobre określenie.
- Nie chcę być zbuntowanaaaa - wymamrotałam. - Nie jestem zbuntowana. Jestem tylko trochę zagubiona. I wciąż szukam siebie. Ale tej prawdziwej siebie. Nie tej, której wszyscy tak bardzo pragną.
- I to jest fair - odpadła kobieta. - Ale proszę, postaraj się to robić w sposób, którym nie zranisz ani siebie, ani innych.
- Postaram się.
Babcia się uśmiechnęła.
- Ty nadal go trzymasz w tym swoim pokoju? - zaśmiała się.
- Nie - powiedziałam zażenowania.
- Młodzież... Chcecie być dorośli, choć potrzebujecie tego, co dzieci. Potrzebujecie poczucia, że ktoś się wami opiekuje, że ktoś nad wami czuwa. No nic. Zjedz jakieś śniadanie. Jedziemy dzisiaj do ciotki Charlotte. I ubierz się ładnie.
Pokiwałam głową.
- I jeszcze jedno.
- Tak? - spytałam.
- Nie powiem dziadkowi. I dobrze wiesz, że zawsze uważałam Nialla za dobrego chłopaka. Ale jak związki, to z głową, okej?
CO.
- Nie mam zamiaru pakować się w żadne związki. A na pewno nie z nim! Idę się ubierać i proszę cię, każdy, tylko nie on - rzekłam wychodząc z kuchni.
Na odchodnym usłyszałam jeszcze: "Twoje czyny przeczą słowom", ale postanowiłam to zignorować.

Siedziałam w aucie, słuchając muzyki. I gdy skończyła się piosenka Bad Romance Lady Gagi, usłyszałam akordy gitary.
"Cause everything starts from something, but something would be nothing, nothing if your heart didn't dream with me"
Ściągnęłam tą piosenkę po tym, co Tori mi mówiła. Zaczęłam ją nucić. I pomyślałam o Niallu. Chcieliśmy innego życia, zmiany. Odważyliśmy się o tym marzyć. Ta nienawiść zaczęła się lata temu. I z tak wielkiego uczucia, jakim była, przerodziła się w nic. Uleciała w powietrze. I tak jest dobrze. Wciąż dziwnie, ale dobrze.
Wzięłam tą piosenkę jak ją dostałam i nadałam jej swój własny sens. W jej słowach zapisałam swoją historię, swój odbiór. To piękne, co można robić z muzyką.

Siedziałam cicho przy stole, znudzona do granic. Naprzeciw siedział mój kuzyn, Stephen; wystukiwał na stole monotonny rytm. W sumie wydawał się być zniecierpliwiony. Dogadywaliśmy się, nasze relacje były na poziomie normalnego rodzeństwa, ale przy dorosłych to zdawało się niezręczne,  więc żadne z nas nic nie mówiło. Cóż, nasze rozmowy zawsze schodziły na dziwne tematy. A Stephen był wyraźnie czymś zaabsorbowany, bo nie zaprosił mnie do swojego pokoju. Jego oczy wpatrzone były w obrus, a czekoladowa grzywka opadała na czoło. W pewnej chwili dostałam sms-a. Dyskretnie wyjęłam z kieszeni telefon, ponieważ moją babcię zawsze denerwowało, gdy ktoś używał telefonu przy stole.
Niall: "Jak z babcia? :)"
Postanowiłam sobie z niego pożartować.
Ja: "Zle:(((((("
Niall: "Co mowila?"
Ja: "Masz zakaz uprawiania ze mna seksu:((((((("
Niall: "Ludzie, czemu ja sie z Toba zadaje, myslalem, ze byla wsciekla czy cos, ze zadzwonila do Twojej matki....."
Ja: "Tez myslalam, ze bedzie, ale nie byla jakos przesadnie. Za to ty mozesz miec zalobe, bo jak juz pisalam, masz zakaz:(((((((((((((((("
Niall: "Przestan byc taka sarkastyczna, probuje byc mily. Gdzie jestes?"
Ja: "U cioci ew. Gdzies w Killucan"
Niall: "Wtf jak to. Tez tu jestem. Przyjechalem do kumpla, ale okazalo sie, ze zjezdza mu sie rodzina i musial spadac do domu, bo ma surowa matke, a ja skonczylem szwedajac sie po galerii, bo nie chce wracac do domu"
Ja: "A ja tu zdycham i strasznie sie nudze"
Niall: "Wiesz gdzie jest Grand Plaza?"
Ja: "Kiedys tam bylam"
Niall: "Masz ochote powloczyc sie ze mna?;)"
Ja: "Raczej nie wyjdzie. Dziadkowie za nic w swiecie by sie nie zgodzili, gdybym oznajmila, ze chce isc do Plazy. A gdyby babcia wiedziala, ze jeszcze z toba to woah, w jej glowie bylyby rozne rzeczy:)))))))"
Niall: "Jak cos wymyslisz to daj znac"
Ja: "Okej x"
Potem szybkim ruchem schowałam telefon do kieszeni. Zauważyłam wzrok babci na mojej dłoni, więc udałam, że pocieram swoje udo.
Teraz i ja zaczęłam wystukiwać różne melodie na blacie.
- Dzieci, możecie przestać? Przepraszam, ale to irytujące - powiedziała ciotka Charlotte.
Więc przestaliśmy. Stephen odchylił się na oparcie krzesła i spojrzał na mnie swoimi brązowymi oczami. Nagle je zmrużył.
- Ash, pokazać ci miasto? - spytał.
Bez chwili namysłu odparłam:
- Nie mam ochoty, sorry.
- Oh Ashley, to trochę niegrzeczne z twojej strony - skarciła mnie babcia.
Przewróciłam oczyma.
- Ashley. - Stephen wciąż naciskał.
Przechyliłam głowę na jedną stronę, marszcząc brwi.
- Dobra - westchnęłam.
Nie miałam najmniejszej ochoty łazić z nim po tym mieście.
Wzięłam z wieszaka moją jeansową kurtkę, bo było mi zimno; Stephen zabrał swoją ramoneskę i wyszliśmy.
- Słuchaj, widziałem, że chcesz się stąd wyrwać, dlatego cię wyciągnąłem. Nie mam zamiaru oprowadzać cię po mieście, które i tak widziałaś. Miałem spotkać się z przyjacielem, ale mama kazała mi koniecznie być. Jej nie obchodzi to, że mam 18 lat, ją obchodzi to,  że mieszkam pod jej dachem i dopóki nie znajdę sobie mieszkania, żyję na jej zasadach. Możesz iść ze mną, ale równie dobrze możesz powłóczyć się po mieście sama.
- Jesteś moim wybawieniem Stephen, naprawdę. W zasadzie chciałam spotkać się z kimś w Grand Plazie.
- Czyli idziemy tam razem.
I poszliśmy, oboje na tyle głupi, żeby nie zorientować się o pewnym fakcie.
Kiedy przekraczaliśmy drzwi Plazy, napisałam do Nialla, gdzie mam go szukać. Odpisał, że będzie czekał przy fontannie. Rozdzieliliśmy się ze Stephenem; ja poszłam w prawo, on w lewo.
Po jakichś pięciu minutach znalazłam blondyna siedzącego na ławce, z łokciami na kolanach i piszącego coś na telefonie.
Podeszłam do niego i zrobiłam dokładnie to, co zrobił kiedyś Harry. Czyli stanęłam tak blisko, aby mógł zobaczyć moje buty przed swoimi oczami.
- Ashley. - Uniósł głowę.
- Hej, Niall. - Usiadłam obok niego.
- Będziemy mieć towarzystwo.
- Hm? - mruknęłam, bo nie wiedziałam dokładnie kogo ma na myśli.
Jednak już sekundę później usłyszałam znajomy głos.
- Udało mi się wyrwać!!
Jednak zamiast Nialla odpowiedziałam ja.
- Co ty odwalasz!?
- C-co ty tu... - Dopiero teraz mnie dostrzegł.
- Znacie się? - zagadnął Niall.
- Jesteśmy... - zaczęłam.
- ...Parą - skończył za mnie chłopak.
- Co? Spieprzaj śmierdzielu! - skierowałam się do Stephena. - To mój kuzyn.
- Aw, Ashley, słonko, zepsułaś to, ja chciałem wzbudzić w Niallu trochę zazdrości.
Zauważyłam, jak blondyn przewraca oczami.
- Daj sobie już spokój, twoje żarty i tak są zawsze na poziomie dziecka w przedszkolu, sorry stary.
- Zapomnij.
Więc chodziliśmy po galerii (poprosiłam dziadka wcześniej o trochę kasy), nieustannie się śmiejąc, odwiedzając różne sklepy i przymierzając dziwne akcesoria.
- Zgłodniałam - wyznałam po czasie.
Skierowaliśmy się więc w stronę alejki z restauracjami i kawiarenkami.
- Zajmę miejsce. Weźcie mi małe frytki, jakiegoś cheeseburgera i herbatę. Ale gorącą, nie mrożoną.
- Kurwa, Ashley, tylko ty potrafisz zamówić fast foody i herbatę na ciepło - krzyknął z iskierkami w oczach brunet.
Niall przyszedł pierwszy, przynosząc przy okazji tacę z moim jedzeniem. Wsunął się na miejsce obok mnie.
- Szczerze? Nie znałem cię od tej strony... - wyznał. - Znałem cię od kłótliwej strony, ale nie od sarkastycznej strony.
Spojrzałam na kuzyna, który wciąż wiercił się przy kasie, zatrzymując kolejkę i zapewne nadal zastanawiając się, co wybrać.
- Nie przebywamy za dużo w swoim towarzystwie. - Wzruszyłam ramionami, ze wzrokiem skierowanym na tacę.
- To prawda. Bo kiedy już przebywamy, robi się jakoś poważnie. A teraz... To chyba zasługa Stephena. On jest zdecydowanie definicją beztroski - zaśmiał się.
- Taa - przyznałam.
Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo chłopak właśnie do nas dołączył, marudząc coś o "niecierpliwej babie z kolejki", która za nim stała i "pieprzyła coś o niewychowaniu".
- Tak w ogóle skąd się znacie? - spytałam, gdy przełknęłam ostatni kęs bułki posypanej sezamem.
- Jego tata, a twój wujo, jak się okazuje, zgarnął mnie kiedyś na posterunek.
- Za? - Wytrzeszczyłam oczy.
- Hej, to akurat była wina Harry'ego. No więc poznaliśmy się właśnie tam, Stephen bawił się w sekretareczkę.
- W niezwykle pociągającą sekretareczkę. - Poruszył brwiami. - Ehh, potrzebowałem kasy. A nasz farbowany kolega uznał mnie za laskę i zaczął sypać słabymi tekstami na podryw.
- Sekretarki to zazwyczaj kobiety, a ty miałeś wtedy długie włosy!
- Myślałam, że to my poznaliśmy się w chory sposób - rzekłam do Nialla.
- Nie wierz mu, to kłamca
- Jak wy się poznaliście? - zagadnął tym razem Stephen.
Wymieniliśmy z Niallem szybkie spojrzenie.
- My... Um.. - zaczęłam.
- Poznaliśmy się w...
- Zaraz zacznę myśleć, że Niall był w klubie dla gejów, a ty tam sprzątałaś i postanowił dla ciebie zmienić orientację. No wiesz, jako sekretarka go pociągałem.
Niall udał, że krztusi się piciem, po czym opluł nim Stephena.
- Niall, porąbało cię!?
- Poznaliśmy się w dzieciństwie - sprostowałam, choć nie sądzę, by kuzyn mnie słuchał. Był zbyt zajęty wycieraniem się serwetką i patrzeniem krzywo na blondyna, który zwijał się ze śmiechu.
Bo po co mu mówić o tym barze? Po co znów wyciągać przeszłość? Prędzej czy później i tak sama to zrobię.
- Idziemy do jeszcze jakiegoś sklepu?
- Tak. Widziałem w Vans takie urocze buty w kwiatki, muszę je mieć.
- Nazywasz gejem mnie! - zaśmiał się Niall. - Trzeba by powiedzieć o tych butach Lou - zwrócił się do mnie.
- To dziecko nie opuszczałoby ich na krok - odparłam.
- Pośpieszcie się z tymi waszymi wywodami, albo was tu zostawię.
- Już idziemy - mruknął Niall.

Patrzyłam właśnie na jakiś plecak, a Stephen kilka metrów dalej rozmawiał ze sprzedawcą. Podskoczyłam, usłyszawszy bardzo blisko mojego lewego ucha niski, roześmiany głos:
- Zwiewamy mu?
Rzuciłam szybkie spojrzenie w stronę bruneta.
- Dobra.

Siedzieliśmy na ławce naprzeciwko galerii i rozmawialiśmy o tym, jak te wakacje szybko mijają. Ja miałam loda, a Niall skończył swojego wcześniej. Nagle mój telefon zawibrował w kieszeni. Na ekranie wyświetlił się napis: "babcia". Oops.
- Halo?
- Dzwonię, by spytać co u was. Gdzie jesteście?
- Yy, jesteśmy przy galerii Grand Plaza... W parku..
- Miło spędzacie czas?
- Taak. - Spojrzałam zdezorientowana na Nialla, który wiązał sznurówki butów.
- Kochanie, możesz dać mi Stephena? Chciałam go o coś prosić.
- Um, nie ma go tu teraz.
- Jak to? Jesteś tam sama?
Niall spoglądał na mnie zainteresowany i skupiony.
- Poszedł kupić nam lody - wyparowałam.
- Oh, ale to naprawdę ważne. No cóż, poczekam. Więc gdzie byliście? - spytała pogodnie babcia.
Nie byłoby sensu biec teraz do Plazy i szukać chłopaka, który mógł być wszędzie. Dlatego improwizowałam.
- Oo babciu, Stephen właśnie wraca! Ja nie znam tych wszystkich miejsc, dlatego on ci to wyjaśni - powiedziałam i wcisnęłam blondynowi do ręki telefon, uprzednio włączając głośnomówiący.

________________________________________________________________
Hej! Rozdział miał być wcześniej, w zasadzie miałam go napisanego już dokładnie dzień po opublikowaniu ostatniego rozdziału, ale coś słabo idzie wam z jakimkolwiek okazywaniem, że przeczytaliście. To naprawdę przykre, bo czuję jakbym pisała dla pięciu osób(?) które i tak nie wiadomo czy wszystko dokładnie przeczytały. I jeżeli chcecie wiedzieć, to tak, mam już kawałek następnego rozdziału i pomysł na niego.
Proszę Was, wiadomość, że czytacie jest naprawdę motywująca.

PISZCIE JEŻELI CHCECIE BYĆ INFORMOWANI!!

piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział dwudziesty piąty. 'Coś niewymuszonego. I dobrego.'

Drogi pamiętniku,
Wiesz jakie to uczucie, kiedy potrzebujesz do kogoś się przytulić i nie masz do kogo? Wiesz jakie to uczucie, gdy samotność rozrywa cię od środka? Wiesz jak to jest, gdy zalewają cię smutne wspomnienia, od których nie możesz się nijak uwolnić? Wiesz jak to jest, gdy czujesz pustkę i masz ochotę płakać, ale masz w sobie tą cholerną pustość więc nic nie płynie? Nie masz komu się wygadać, bo nikt nie zrozumie + nie potrafisz do tego stopnia otworzyć się na ludzi, by mówić im o tym, co cię przerasta?
"Nie załamuję się. Wyłamuję się". Nie wiem co to za cytat, ale zobaczyłam go kiedyś w internecie. To jest dosłowne opisanie moich uczuć. Próbuję utrzymać się na wodzy, by się znów nie załamać i przez to się wyłamuję. Tracę coś z radości, chociaż wcześniej miałam jej mniej. Lub tracę coś z czegoś, czego nigdy nie miałam. Albo... Może jednak trochę miałam. Mało.
Czasem zastanawiam się nad błahostkami, które nie przyszłyby do głowy normalnej osobie. Nazywamy danych ludzi daltonistami, ale może to oni widzą świat poprawnie? Może to oni widzą życie w poprawnych kolorach? Może te 98% ludzi i ja w tym są ślepe i niesłusznie oskarżamy resztę o 'ślepotę barw'? Może tak naprawdę świat jest jednym wielkim złudzeniem? Może ból mieliśmy odbierać jako dobro, ale coś poszło nie tak? Może tak naprawdę szczęście rani? Rani, bo jest chwilowe, znika i pozostawia niedosyt. Poczucie, że zrobiłeś coś nie tak i przez to wymsknęło ci się między palcami - odeszło. I masz tą głupią myśl, że może już nigdy więcej nie wrócić. Ale żyjesz dalej. Musisz stawiać czoła każdemu kolejnemu dniu. To męczące, ale może kiedyś pójdzie łatwiej. Może kiedyś cały świat będzie społeczeństwem nieszczęśliwych daltonistów. Kto wie.

Tak, jestem dziwna. Zawsze taka byłam i jakoś się tym nie przejmuję. Moja głowa to nie tylko plątanina żyłek i nerwów oraz gąbka zwana mózgiem, ale też jeden wielki bałagan.

Dzisiaj drugi dzień sierpnia. Został już tylko miesiąc do końca wakacji. A dopiero się zaczęły. Dopiero co zapoznałam się z Lou, moknęłam z Harrym w centrum miasta i kłóciłam się z Niallem, a tymczasem zdążyło już tyle się wydarzyć - lepszego i gorszego.
Muszę dobrze wykorzystać czas, jaki mi pozostał.
- Dziadku, mogę iść do Lou?
- Jasne. Chcesz jakieś pieniądze? - Nie czekając na odpowiedź sięgnął do portfela.
- Jesteś najlepszy dziadku. - Uśmiechnęłam się i przyjęłam od niego pieniądze, gdy mi je podawał.

- Hej hej, mój ukochany chłopaku, wpuść mnie, proszę - powiedziałam do domofonu.
- Lepiej siedź cicho, bo Harry słucha, moja ukochana dziewczyno - zaśmiał się i już za chwilę usłyszałam charakterystyczny dźwięk, więc pchnęłam drzwi. Wspięłam się na drugie piętro i sekundę później moim oczom ukazał się Louis, a za nim Harry, uśmiechnięty, lecz jego usta przypominały bardziej skrzywione.
- Nie w porę? O kurde, chyba wam nie przerwałam, co? - Zaczęłam śmiać się pod nosem w połowie nerwowo, bo w sumie nie miałam  pewności, że nie.
- Ha, ha, ha. - Harry się naburmuszył, zzieleniał i pobiegł do łazienki.
- Zatrucie pokarmowe. Opiekuję się nim - wyjaśnił Louis.
Pokiwałam głową.
- Mięty?
- Nie lubię miętowej herbaty - odrzeklam.
- Czy jest coś, co ty lubisz?
- Jaśminowa jest przepyszna!
- Obawiam się, że takowej nie posiadam. Czekaj, pójdę sprawdzić co z Harrym. Od rana wymiotuje. Ty możesz włączyć czajnik elektryczny.
- Okej.

Siedzieliśmy w trójkę pijąc herbatę: ja zieloną, Louis czarną, a Harry miętową.
"Nie załamuję się. Wyłamuję się" - śmignęło mi w głowie.
- Hej Loueh?
- Taaak, moja ukochana dziewczyno? - Uśmiechnął się.
- Masz tu wifi, prawda?
- "Harreh5937" - podyktował od razu hasło.
- Dzięki i aw - powiedziałam wyciągając z kieszeni telefon.
Oni kontynuowali oglądanie jakiegoś show, a ja połączyłam się z internetem. Poczułam potrzebę sprawdzenia, czy ktoś zauważył moje zniknięcie z twittera jakiś rok temu, chociaż zapewne nie.
"3 nowe interakcje" - zobaczyłam.
Odpowiedzi na "dobranoc".
Wow, oczekiwałam 0.
Potrafiłam uzależnić się od wielu rzeczy, ale tak samo szybko się oduzależnić. Spędzałam kiedyś sporo czasu na twitterze, ale - tak jak mówiłam Tori - wkrótce  mi przeszło. Byłam uzależniona od książek, myślałam, że zostanie mi tak już na zawsze, ale to też minęło.
Mam tylko jedno beznadziejne uzależnienie. Kiedy przywiązuję się do ludzi, nigdy nie potrafię nad tym zapanować, a potem cierpię. Zbyt szybko przyzwyczajam się do ich obecności, dotyku czy zapachu. A potem nie potrafię się od nich oduzależnić. Na przykład mój tata. Boję się też, że gdy wyjadę, mój kontakt z Lou czy Harrym się urwie. To naprawdę beznadziejne i okropne uczucie.
"Chcę wieczności a zarazem pragnę to wszystko skończyć" - zatweetowalam.
Chcę nieskończonej, prawdziwej przyjaźni, bo jej potrzebuję, ale czasami mam ochotę skoczyć z mostu - tak po prostu - i zapomnieć. Zapomnieć o tych wszystkich problemach...
Zmarszczyłam brwi, wylogowując się z portalu.
- Chłopaki?
- Tak, Ley? - odparł Harry.
- Gdy już wyjadę... Nadal będzie tak jak jest teraz? - spytałam wciskając swój palec w zgięcie łokcia Loczka.
- Jasne, że tak, kochanie. I hej, nie podrywaj mojego chłopaka! - krzyknął z szerokim uśmiechem na twarzy Lou.
- Spokojnie, Lou, jestem zainteresowany tylko tobą - mruknął cicho Harry.
- Hej czy ja nie byłam przypadkiem przed chwilą twoją dziewczyną? - Uniosłam brew.
- Zawsze nią będziesz, Ash. Będziemy mieli potajemne romanse kiedy już pobierzemy się z Harrym - powiedział i chyba właśnie dotarło do niego co uwolniło się z jego własnych ust.
Harry zaczął patrzeć w niego jak w obrazek z szeroko otwartymi oczyma, w których dostrzegłam iskierki, i uchylonymi ustami.
Louis przygryzł wargę i próbował ukryć uśmiech.
Byłoby niegrzecznym i nie na miejscu pytać teraz o to, czemu nie mieszkają razem, prawda?
Chłopcy wciąż się na siebie patrzyli, kiedy nagle Harry zzieleniał, wstał i wybiegł z pokoju.
Policzki Lou zrobiły się malinowe.
- Loueeeh?
- Tak Ashley?
- Kocham cię - powiedziałam i wtuliłam nos w jego klatkę piersiową.
- A ja kocham ciebie - odpowiedział i pogładził moje włosy.
- Masz zamiar mu się oświadczyć? - zachichotałam w jego koszulkę.
- Kiedyś na pewno.
- Chyba powinnam już was zostawić. - Podniosłam głowę do góry i spojrzałam my w oczy.
- Odwieźć cię?
- Spokojnie, dotarłam tu autobusem to w drugą stronę też dam radę. Cześć Lou!
- Cześć Ash.
Zapukałam w drzwi łazienki.
- Harry?
Chwilę potem chłopak wyszedł.
- Wracaj do hm zdrowia.
- Dziękuję. - Uśmiechnął się.
- Do zobaczenia!
- Pa - odparli naraz.


Kiedy znalazłam się w domu, od razu rzuciłam się na łóżko. Każdy ma kogoś, kto się nim opiekuje. Tylko nie ja. To prawda, mam dziadków i chłopców, ale jakby nie patrzeć - nie zmienia to faktu, że jestem sama.
Było już po trzeciej.
- Babciu, pomóc ci w czymś?
- Mogłabyś rozwiesić pranie.
Tak więc wzięłam miskę z mokrymi ubraniami i wyszłam na dwór. Potem jeszcze pomogłam w kuchni i poszłam do sklepu. Takim sposobem zrobił się wieczór.
Siedząc na dworze porozmawiałam z Tori przez telefon. Wyjechała w góry.
A potem po prostu się wykąpałam i zakopałam pod kołdrą.

Wtem usłyszałam pukanie. Energicznie usiadłam i zaczęłam panikować.
Zauważyłam, że wyświetlacz mojego telefonu na chwilę się rozjaśnił. Wiedząc, że moje rolety są zaciągnięte, na palcach podeszłam do biurka i kliknęłam na kopertę na wyświetlaczu.
"Możesz oddać mi przysługę?"
Niall.
Westchnęłam i podeszłam do okna, otwierając je.
- O co chodzi? - spytałam odsuwając się trochę, by mógł wejść.
- Powiem ci wszystko, jeżeli pozwolisz mi u siebie zostać na noc.
Niepewnie pokiwałam głową.
- Siadaj - wskazałam ręką na krzesło.
Sama usiadłam na drugim, ówcześnie zapalając lampkę i podciągnęłam kolana pod brodę.
- Moi rodzice postanowili wrócić do domu. Słuchaj... To jest chyba ten moment, kiedy muszę się przed tobą otworzyć, a nie myślałem, że ten moment nadejdzie tak szybko. Gdyby ktoś mi to powiedział miesiąc temu, w ogóle bym nie uwierzył. No dobra... Moi rodzice wiecznie siedzą w pracy. Mają hotel jakieś dwie godziny stąd. Kiedy już kończą pracę, jadą sobie do jakiegoś klubu czy czegoś i tak szczerze mam w dupie gdzie jeszcze. I tak jest od kilku lat. Bo uznali, że jestem im zbędny, że im tyko przeszkadzam a oprócz tego często sprawiam problemy i pakuję się w gówna typu narkotyki, co z tego, że to trwało trzy miesiące, przecież oni nie zważają na czas, tylko na fakt. Tak więc, dzisiaj postanowili wrócić. I tak jakby się z nimi pokłóciłem.
- "Tak jakby"? - powtórzyłam jego słowa, dając mu tym do zrozumienia, że chcę, by to rozwinął.
- ...Wparowali do domu znikąd, kłócąc się o jakieś gówno. A jak mnie zobaczyli, zaczęli mnie w to wciągać. Wyszło tak, że osądzili mnie o rzeczy, których nawet nie zrobiłem. Więc wrzuciłem im, jakie to chore, że zostawiają dom pod moją opieką. Skończę osiemnaście lat za ponad miesiąc, to nawet nie jest legalne! Powiedziałem im, że mam dosyć ich nienormalnych wyjazdów i Bóg wie jeszcze jakich wymysłów. A potem po prostu wyszedłem. Bo ucieczka czasem jest lepszym wyjściem niż ustatkowanie się w cierpieniu. Przepraszam. Wiesz za co.
- Wiem... Ale chcę to od ciebie usłyszeć...
- Przepraszam, że wypominałem ci, że ucieczka jest dla tchórzów. Jest raczej dla silnych, bo oni mieli odwagę się na nią zdecydować. Pragnęli coś zmienić. Zmieńmy coś, Ash. - Ostatnie zdanie wypowiedział proszącym tonem.
Pokiwałam wolno głową.
Podniosłam się ze swojego miejsca, podreptałam do łóżka i usiadłam na jego krańcu.
- Możemy już iść spać? - Potarłam dłońmi oczy.
- Tak - odparł wstając i idąc w moją stronę.
Położyłam się na boku, tak, że kiedy położy się obok mnie, będę odwrócona do niego plecami.
- I zgaś lampkę - mruknęłam sennie.
Pokój omiotła zupełna ciemność. Poczułam jak łóżko się ugina i tuż za chwilę mój kark ogarnęła gęsia skórka. Starałam się oddychać w normalnym tempie, ale chyba dało się wychwycić mój ciężki niczym ołów oddech.
Uczucie skrępowania z czasem przeszło. I kiedy już w jakimś stopniu odpływałam w sen, poczułam jak za tasiemkę spodni od mojej piżamy wsuwa się palec. Momentalnie przewróciłam się na plecy, a ręka przylgnęła płasko rozłożona na dole mojego kręgosłupa pod koszulką.
- W moim łóżku śpisz na moich zasadach - burknęłam.
Jego oczy - choć było ciemno, wyraźnie się śmiały.
- Wykorzystam to jako argument przeciwko tobie, jak kiedyś przyjdziesz spać do mnie - wyszeptał mi zadowolony do ucha.
- Niall - warknęłam.
Chłopak zabrał rękę i podłożył ją sobie pod głowę.
- Dobranoc - szepnął.
- Umm, czekaj.
- Hm?
- Mogę ci zadać jedno pytanie?
- Jedno pytanie i idziemy spać - zgodził się.
To znaczy, że mogłam zadać dowolne pytanie. Dowolne. I nie wiem czemu, ale wybrałam akurat to.
- Skąd jest ten x, który masz na palcu?
- No więc.. Jest tam specjalnie. X to niewiadoma, jak w matematyce. Moje życie to też niewiadoma. To pas ciągłych zagadek, niepowodzeń i zmian. I nie ma niczego stałego. Rodzice - nie. Przyjaciele - gdy zacznie się rok szkolny wyjadą. Nie mam dziewczyny. W sumie chyba nie chciałbym jej mieć bo po co mi osoba, której miałbym nie darzyć żadnym uczuciem? Nie mam pojęcia co wydarzy się chociażby jutro. Nie mam pojęcia co wydarzy się za chwilę... - powiedział już ciszej.
- Rozumiem - odparłam równie cicho.
A potem nic już nie mówiłam, bo jakimś sposobem usunęłam, nawet tego nieświadoma.

Obudziłam się w środku nocy wstrząśnięta wielkim dreszczem. Zorientowałam się, że jestem szczelnie okryta kołdrą, za to Niall leży bez niej. A mimo to i tak było mi upiornie zimno.
- Niall? - wychrypiałam.
Nie podziałało. Podniosłam się tak, że stałam na łóżku i chciałam iść po bluzę. Lecz oczywiście coś musiało pójść nie tak. Zachwiałam się, będąc nie do końca przebudzoną i upadłam w poprzek na chłopaka.
- Co robisz? - spytał spokojnie, jakby mój upadek nie zrobił mu różnicy i jakbym dosłownie nic nie ważyła. Może tak było...?
- Ja... Um zimno mi i chciałam iść po bluzę, ale...
- Postanowiłaś, że wolisz sobie na mnie poleżeć?
- Nie, ugh. - Dopiero teraz się z niego zsunęłam. - Tak w ogóle: jak możesz być wciąż taki ciepły, skoro śpisz odkryty? I czemu się nie okryłeś?
- Drżałaś - powiedział, nie dając mi zarazem odpowiedzi na żadne z postawionych pytań. A może jednak?
- Jest mi strasznie zimno.
Naciagnęłam pościel aż po szyję, rezygnując z pomysłu wstania po bluzę.
- Jeśli chcesz, możesz się do mnie przytulić - usłyszałam cichy głos.
Przez chwilę się zawahałam.
- Mogę?
- Chodź. - Rozłożył swoje ramiona.
Wspięłam się na niego tak, że nie dotykałam nawet materaca. Okrył nas kołdrą, lecz i to zdawało się zbędne.  Był ciepły. Cholernie ciepły. Ciepły do tego stopnia, że miałam ochotę wtulić się w niego jeszcze mocniej, o ile by się dało. Przycisnęłam twarz do szyi Nialla, że nawet moje usta stykały się z jego skórą. Przeniósł swoje ręce na moje plecy i je tam zatrzymał.
A jego serce w kółko grało pod moją dłonią. Bez ustanku. Tak jak powinno. Bo niektóre zjawiska w naturze są czymś normalnym. Czymś niewymuszonym. I dobrym.
I sama nie wiem czy ja to pomyślałam, czy to już tylko moje sny myślały za mnie.

________________________________________________________________

Szykuję dla was długą notatkę... Ale to już nie teraz, przepraszam, jest 4:30 nad ranem, ale chciałam dodać ten rozdział. Także miłej nocy/dnia/ranka(?)
I przepraszam za błędy. Ale o 4 nas ranem jestem skłonna napisać zdanie "W naturze niektóre rzeczy są naturalne" lol.

###
No więc tak. Bardzo proszę byście to przeczytali, bo to niezmiernie ważne.

Ostatnio ktoś pozostawił pod rozdziałem komentarz, że zastanawia się czy nie usunąć bloga z zakładek i że najlepiej, jeżeli rozdział pojawi się do końca marca, ale zapewne się tym nie przejmę, bo to tylko jedna osoba. No więc wręcz przeciwnie - przejmę się, bo dla mnie liczy się każdy czytelnik. Bo każdy czytelnik sprawia, że na mojej twarzy pojawia się uśmiech.

I uwaga: NIE CHCĘ NIKOGO URAZIĆ! ALE:
Jeżeli szkoda Wam czasu na wyczekiwania na nowy rozdział, to może zainwestujcie go w naukę? Wiecie czemu rozdział nie pojawiają się co 2 tygodnie tylko np. co miesiąc lub więcej? Ponieważ mi zależy na ocenach. Staram się przykładać do nauki, a spróbujcie pogodzić ją z pisaniem fanfiction, kiedy czasem brak miejsca na sen!

Po drugie: staram się, by rozdziały były dobre. A jeżeli i tak wam one przeszkadzają to:
a) po co tu jesteście????????
b) zapraszam na 568965 blogów które są jak: Hej jestem Niall, umówimy się?" "Nie znam cię ale się zgodzę, bo twoje oczy są niebieskie" blah blah blah..

I tak!
Mój ff jest przeciętny! Temat oklepany - dziewczyna wręcz WYMYŚLA sobie problemy. Krąży wkoło żyletek, rozpamiętuje przeszłość i nienawidzi swojego życia. ALE UWAGA: Ja staram się Wam coś przekazać! Znacie to? https://pbs.twimg.com/media/B1InCCjIMAAhOJm.png
Tak, właśnie to Niall przekazuje Ashley słowami "Odczuwasz tak, jak postrzegasz świat. (...) Jeśli chcesz zmienić swoje życie, musisz zmienić też myśli."
Chcę Wam przekazać wiele innych moich myśli.

I jeszcze jedno. Naprawdę starałam się wyrobić do końca marca. Ale życie niezmiennie się toczy i to niekoniecznie tak, jak byśmy chcieli. Chodzi o odejście Zayna z zespołu. Przez kilka pierwszych dni nie byłam zdolna do dosłownie NICZEGO.

Mam nadzieję, że zrozumiecie. Pozdrawiam x

niedziela, 8 marca 2015

Rozdział dwudziesty czwarty. 'Nial'

Ludzie piszą papierowe pamiętniki, zapisują w nich swe najgłębsze myśli. A przecież jest ryzyko, że ktoś taki dziennik znajdzie, otworzy, przeczyta. Więc ludzie może jednak jakoś nieświadomie chcą, by ktoś to przeczytał, poznał jego tok rozumowania i zadbał. Zainteresował się losem tego drugiego człowieka. Może ludzie wcale nie chcą być samotni...? Może JA nie chcę być samotna.

Zatrzasnęłam pamiętnik i zaczęłam intensywnie myśleć. Ociec odszedł, nie ma go i już nigdy nie będzie, nie muszę tracić na niego swojego czasu. Twierdzi (a przynajmniej tak było kilka lat temu), że mnie kocha i niech tak zostanie, nawet jeśli dziś okazałoby się to bujdą. Anoreksja to dawno zamknięty rozdział. Przeszłam odwyk, żyję, wszystko jest już w porządku. Ci źli ludzie, którzy mnie dwa razy porwali siedzą już za kratkami. W Tori zyskałam wsparcie. Mama się zaręczyła... Cóż, to przez długi czas będzie mnie męczyło, lecz nie sądzę, by jej związek z Georgem mógł przetrwać dłużej niż kilka kolejnych lat. A nawet jeśli... Muszę nauczyć się to znosić. Przynajmniej przez jakiś czas, a potem wyjadę na studia i au revoir! Niall... Całe życie był dla mnie chujem, sprawiał, że czułam się źle, ale w sumie nie pozostawałam mu dłużna. Ostatnimi czasy coś się w nim zmieniło i ja naprawdę to zauważyłam... Myślę że z czasem każdy dorasta. Obiecałam mu, że nie będę rozpamiętywać przeszłości. I mam zamiar się o to postarać.
Nie wiem kiedy chwyciłam do ręki cyrkiel i nieświadomie zaczęłam nim ryć w strukturze biurka małe literki, ale właśnie się ocknęłam. O nie. Potarłam kciukiem niedokończony wyraz 'Nial'. Ew, czemu ja muszę odpływać w najmniej odpowiednich momentach? Dobra, trudno.
Odeszłam od biurka i postanowiłam sprawdzić co u dziadków.

- Dokąd się wybieracie? - spytałam, gdy zauważyłam szykującego się dziadka.
- Do kościoła - odrzekła babcia.
- Dzisiaj niedziela?
- Tak, Ashley - westchnęła kobieta.
- ...Mogę iść z wami?
Na te słowa zamarli w pół ruchu i dziwnie na mnie spojrzeli.
- Jasne, o co ty pytasz! Ale co cię nagle tak natchnęło? - Babcia wyglądała tak, jakbym właśnie oznajmiła, że okropnie cieszę się na myśl George'a jako męża mamy.
- Tak po prostu... - Zmarszczyłam brwi. Właściwie nie wiedziałam, czemu przyszło mi to do głowy, ale przyszło.
- Ale musisz się przebrać, przecież nie pójdziesz w takich krótkich spodenkach!

Wyszłam z pokoju w jeansach i ramonesce.
- Tak lepiej. A teraz chodź.

- Umm, usiądę tu - szepnęłam wskazując na ławkę z tyłu.
Uklęknęłam, po czym po prostu zaczęłam płakać. Przez całe życie byłam zapatrzoną w siebie egoistką. Mam kilka osób do przeproszenia. I przepraszam Ciebie, Boże. Przepraszam, że jestem jaka jestem. Chcę się zmienić.
Pomyślałam o czymś, po czym wstałam i poszłam do kolejki prowadzącej do konfesjonału. Po prostu. Na dobry początek.


Poniedziałek. Wstałam o 9:23, ubrałam się w wielką fioletową bluzę, jeansy, wskoczyłam w moją ulubioną parę creepersów i postanowiłam wyjść. Skierowałam się ku restauracji, gdzie pracuje Lou.
Przekroczyłam próg i cóż, zdziwiłam się.
- Ash! - Lou do mnie podbiegł.
- Hej, Loueh. Co się tu stało?
Pomieszczenie nie było już w bordowych barwach, lecz turkusowych. Na jednej ze ścian znalazła się ogromna mapa świata, a niedaleko stoi akwarium z drobnymi rybkami. Podoba mi się.
- Szef uznał, że rezygnujemy z kuchni Europy Środkowej i przechodzimy na kuchnię śródziemnomorską.
- O fujka - zaśmiałam się.
- Nigdy nie zastanawiałaś się, czemu kilka dni miałem totalnie wolne?
- Oj cicho bądź.
Lou pokręcił głową, szeroko się uśmiechając.
- Idę znaleźć jakieś miejsce - powiedziałam i rozejrzałam się po pomieszczeniu.
Moje oczy zatrzymały się na dwukolorowych włosach, więc niepewnie podeszłam w to miejsce.
- Hej - powiedziałam niepewnie, a Niall podniósł głowę znad swojego telefonu.
- Hej - odparł i na mnie popatrzył.
- Um, mogę?
- Jasne. - Przesunął się na ławce w stronę okna.
Schował telefon do przedniej kieszeni swoich jeansów i się uśmiechnął.
- Pomyślałam nad tym, co mi mówiłeś... - wyznałam.
- I?
- I, cóż, chcę wreszcie dowiedzieć się jak wyglądałoby moje życie, gdybyśmy się nie kłócili. Ale ty musisz mi w tym pomóc.
Spojrzał na blat stolika i zaczął bawić się palcami. W tej chwili podszedł do nas Lou.
- O, Ash, tu jesteś. Niall, twój napój. Chcesz coś, Ley?
- Ta, sałatkę po grecku z jakimiś pomidorami i oliwkami, błagam cię Louis, to niedobre.
- Szef przyjdzie za 20 minut, skargi do niego, nie do mnie. Trzymaj menu, jak na coś się skusisz to po prostu wołaj.
- Spaghetti carbonara, paella, bruschetta - wymieniłam, patrząc w kartę. - Co to w ogóle jest?
- Nie mam pojęcia, dlatego postanowiłem zostać przy kawie.
- Słusznie. Niall?
- Hm?
- O co ci chodzi? Nie rozmawiasz ze mną.
- Bo myślę.
Odchyliłam głowę do tyłu i zaczęłam patrzeć w sufit. To z lekka niezręczne.
- Hej.
- Tak? - spytał.
- Czemu tak w zasadzie Lou i Harry nie mieszkają razem...?
- To trochę skomplikowana sprawa i niekoniecznie jestem chętny, by ci o tym opowiadać. Znaczy, mógłbym, ale to są ich sprawy, więc czemu nie zapytasz na przykład ich? Louisa? Harry'ego? Wiesz, nie mam w zwyczaju opowiadać o kimś, bo nie chcę by inni mówili ludziom o mnie i moich problemach.
Zignorowałam to.
- I co Ashley, wybrałaś coś?
- Chcę sok.
- Truskawkowy, pomarańczowy czy porzeczkowy?
- Brr nie znoszę truskawek. Pomarańczowy.
Zauważyłam, że brwi Nialla wystrzeliły do góry.
- Jadłaś śniadanie? - spytał zmartwiony Lou, na co przewróciłam oczami.
- Wykombinuj coś zjadalnego, a odpowiem ci: "tak".
Szatyn odwrócił się na pięcie i odszedł w stronę kuchni.
- Nie lubisz truskawek? Myślałem, że wszyscy je lubią.
- Nie ja.
Zapadła cisza. Niall stukał palcami o blat stolika. Kiedy przestał, spojrzałam na niego. Uśmiechnął się pod nosem.
- Też nie lubię truskawek.
I dalej jakoś poszło. Ta konwersacja wreszcie się nią stała. Mówiliśmy na zmianę, jedząc przy okazji pomidorki koktajlowe z jednej miski.
- Ash?
- Hm?
- ..Czemu nigdy mnie nie uderzyłaś?
Zatrzymałam się w połowie przełykania mojego soku. To trochę niebezpieczne, tak przy okazji.
- Co?
- Czemu tego nie zrobiłaś? Przecież miałaś tyle okazji. Za każdym razem, kiedy byłem kutasem mogłaś to zrobić. Nie rozumiem.
- To nie jest coś, o czym chciałabym rozmawiać.
- Ashley.
Momentalnie poczułam się przytłoczona. StOP.
- Zostaw mnie w spokoju. - Odsunęłam się od niego i skuliłam.
- Odpowiedz mi.
- Nie.
- Ktoś cię uderzył?
- Nie! - Energicznie wstałam, a on zrobił to samo. - Zostaw mnie. - Zaczęłam iść w kierunku wyjścia.
Przed drzwiami, już na zewnątrz, Niall mnie wyprzedził i zagrodził mi dalszą drogę.
- Przepuść - wydusiłam, gdy złapał za moje nadgarstki.
- Ashley. Uderzył cię ktoś?
- Puszczaj. - Próbowałam się wyszarpnąć, ale tylko przyciągnął moje ręce do swojej klatki piersiowej, więc trzymał mnie teraz mocniej.
Mój oddech był ciężki. Nie chciałam pieprzonej przeszłości z powrotem, kiedy się jej dwa dni wcześniej pozbyłam!
- Ashley.
- Niall.
Jego oczy były ciemne.
- Czego ty chłopaku ode mnie w ogóle chcesz? Czy to twoja sprawa? Dopiero sam na mnie warczałeś, że nie chcesz by wszyscy wszystko o tobie wiedzieli, że swoje problemy pozostawiasz sobie, nie wypisujesz o nich tanim sprayem w puszce na ścianie domu kultury.
- Masz rację. Ten spray musiałby być drogi, żeby nie można było go zmyć. No i może łatwiej maluje się farbą.
- Nie próbuj być zabawny. Po prostu mnie puść!
Nadal trzymał moje ręce ciasno, przy sobie. Był o wiele wyższy, a jego drżący - wyraźnie z irytacji - oddech owiewał moją twarz. Jego usta były ściśnięte w jedną kreskę.
- Uderzył cię ktoś?
- Jeżeli w najmniejszym stopniu ci na mnie zależy, to kurwa puść! - krzyknęłam ze łzami w oczach.
I puścił. Podziałało. Woah.
No więc tylko odwróciłam się na pięcie i zaczęłam iść w dół ulicą, aż nie zniknęłam za zakrętem.
Zależy mu.

__________________________________________________________________________
Hej miśki! PRZEPRASZAM, że dopiero teraz, ale miałam trochę utrudnień. Przez pierwsze 2 tygodnie od publikacji poprzedniego rozdziału nie miałam pojęcia, jak zacząć ten, chociaż wiedziałam mniej więcej co chcę napisać. Potem, kiedy już miałam wenę, nauczycielki postanowiły zacząć bawić się we wredne osoby, uprzykrzające życie każdemu nastolatkowi, bo przecież co my możemy mieć do roboty? Przecież my nie mamy i tak życia towarzyskiego, więc czemu nie dowalić nam jakichś pięciu dodatkowych zadań i projektów? Po co dawać nam czas na oddychanie pff. A na domiar wszystkiego, kiedy już chciałam napisać rozdział, bo miałam trochę czasu, mój laptop po prostu się popsuł.

LICZĘ, ŻE WYRAZICIE SWOJĄ OPINIĘ W KOMENTARZU, ILYSM!


czwartek, 29 stycznia 2015

Rozdział dwudziesty trzeci. 'Wielkim haustem tlenu...'

BYŁOBY DOBRZE, BYŚCIE PRZECZYTALI NOTKĘ POD ROZDZIAŁEM


Krawędź. Uważaj! Przepaść jest blisko. Jeśli teraz spadniesz, już nigdy się nie obudzisz. Musisz być silna, musisz wytrzymać. Nie możesz przegrać tej walki. Lecz jeśli zawiedziesz... Otchłań czeka. Wieczność czeka. Jeszcze jeden, mały krok...

- Aaaaa! - krzyknęłam, po czym upadlam na zimną podłogę. Chwila, co?
Podniosłam się do pozycji siedzącej.
- Co się stało? - Blondyn nagle się poruszył, wyraźnie wyrwany ze snu, na razie nieświadomy co się wydarzyło.
- Umm, no więc: przyśnił mi się jakiś koszmar i spadłam z urwis- znaczy się, z łóżka. - Potarłam oczy dłońmi.
- Często ci się to zdarza? - Mruknął, wyciągając do mnie spod kołdry rękę, bym mogła wreszcie podnieść się z podłogi.
- Nie... - Uciekłam od niego wzrokiem. - Powiesz mi, która jest godzina.
- Telefon gdzieś tu leży, sprawdź sobie - odparł, naciągając na siebie pościel, cały czas mając zamknięte oczy.
Rozejrzałam się dookoła, aż w końcu znalazłam komórkę leżącą koło jego głowy, wsuniętą pod poduszkę. 9:11. Usiadłam, opierając się plecami o ścianę. Nie chciało mi się spać, więc po prostu zaczęłam rozglądać się po pokoju. Ciemnozielone ściany, małe biurko w kącie, na którym leżały jakieś kabelki, wyglądające na ładowarkę i coś jeszcze plus laptop, fotel na kółkach z rzuconymi na niego kilkoma koszulkami, szafa i kilka mniejszych szafek, a oprócz tego jedno, w miarę spore okno od strony wschodu i to łóżko, które już, hm, znałam. W końcu moja czynność mi się znudziła, więc po prostu patrzyłam na Nialla. Oddychał powoli, a jego rzęsy były równo położone na zarumienionych policzkach. Byłam w stu procentach pewna, że śpi, kiedy niespodziewanie otworzył oczy i spojrzał prosto w moje.
- To trochę krępujące, wiesz? Czuję na sobie twój wzrok. - Zamrugał.
- Em. - Więcej nie powiedziałam, jedynie zaczęłam bawić się swoimi palcami.
- Nieważne. - Wygramolił się z łóżka. - Jesteś głodna?
- Nie bardzo.
- Jesteś chuda.
- Co za trafne spostrzeżenie. - Wywróciłam oczami.
- Na pewno nie jesteś głodna? - Spojrzał na mnie przenikliwie.
- Nie.
- Czekam na dole. Jesteś wegetarianką, weganką, coś?
- Uh, nie.
Czy on musi być kolejną osobą, która ma zamiar wmuszać we mnie jedzenie?
Oparłam czoło na dłoniach, przez co całą moją twarz zakryła czarna kaskada włosów. Czułam, jak obok mnie łóżko znowu się ugina.
- Chodzi o mamę? - Usłyszałam.
- Możemy pogadać o tym później?
Westchnął, po czym wstał i zaczął szukać czegoś w szufladzie. Wyjął z niej jakieś ubrania.
- Chcesz się przebrać? - zapytał.
- Nie, to może być. Um, Niall?
- Taak? - Odwrócił się, będąc w drzwiach.
- Masz jakąś wolną szczoteczkę do zębów?
- Mam. Czasem nocuje u mnie Zayn, a on zazwyczaj zapomina wielu potrzebnych rzeczy.
Pokiwałam głową. Potrafiłam sobie to wyobrazić.
- Przygotuję ci wszystko. A, i dzisiaj skorzystaj z łazienki na piętrze. A teraz narka - powiedział, po czym wyszedł.
Schowałam twarz w pościel, pachnącą męskim żelem pod prysznic. Zaczęłam płakać. Muszę być silna, a przynajmniej powinnam, ale wszystko zwala mi się na głowę w najmniej odpowiednim momencie. A może to jest właśnie najlepszy moment? Może to moja ostatnia szansa, by wreszcie móc powiedzieć 'start' nowemu życiu? Jak to szło? 'Żadna rzecz nie dzieje się bez powodu'. A może ja tylko zwariowałam?


Umyłam się, związałam włosy w kucyka i weszłam do kuchni, przy okazji potykając się o za długie nogawki dresów Nialla, które niestety zjechały mi lekko z bioder. Usłyszałam cichy śmiech i podniosłam gniewne spojrzenie na chłopaka, który udawał, że szuka czegoś w lodówce.
- Ha, ha, ha. Od kiedy ty tyle się śmiejesz?
- Odkąd po tym domu chodzi drobna dziewczyna, w moich za dużych spodniach i wielkim T-shircie, która ciągle się potyka o za długie nogawki?
- Zapomnij. - Pokręciłam głową w akcie rezygnacji. - Mogę cię o coś zapytać?
- Zależy.
- Nie ma kogoś, komu moja obecność mogłaby przeszkadzać? - spytałam niepewnie.
- Jeśli masz na myśli moich rodziców, to już ci o nich mówiłem - odparł chłodno.
- Nie, chodzi bardziej o... Czemu marnujesz na mnie czas, skoro po prostu mógłbyś odesłać mnie z powrotem do domu i znaleźć sobie po prostu jakąś łatwą dzie-
- Czy ja ci wyglądam na męską prostytutkę? - warknął, opierając ręce na blacie stołu, wyraźnie górując nade mną swoim wzrostem, zwłaszcza, że stał - a ja siedziałam.
Spojrzałam w dół.
- Naprawdę mnie za takiego uważasz?
- Nie wiem? - odparłam cicho.
Chyba miał zamiar powiedzieć jeszcze coś niemiłego, ale wyraźnie sobie odpuścił.
- Nie jestem taki. Nie śpię z kim popadnie. - Jego głos był teraz spokojniejszy.
Oh.
Zaległa cisza, więc wrócił do szperania w lodówce. Jednak pewna rzecz nadal nie dawała mi spokoju, bo moje pytanie nie było zakończone.
- Co z twoją babcią?
- Z jaką babcią? - Znów się do nie odwrócił, unosząc jedną brew do góry.
- No wiesz, słyszałam, że nasze babcie to przyjaciółki. Nie wiem, może coś pomyliłam. - Zaczynałam wątpić w swoje słowa i coraz mniej ufać swej pamięci.
- Była tu w pierwszym tygodniu wakacji, ale już pojechała.
- Aha. - Tym krótkim słowem ucięłam naszą konwersację, bo gdyby dalej ją ciągnąć, to nie wróżyłabym dobrego zakończenia.
- Szlag by to trafił - szepnął Horan sam do siebie.
- Hm? - Wstałam ze swojego miejsca i podeszłam do niego.
- Nikt tu dawno nie robił zakupów. Wydaje się, że mamy tylko mleko, płatki i jakieś parówki, co ty na to?
- Mogą być płatki. Bo wiesz, łączenie mleka i kiełbasek nie wydaje się najlepszym wyjściem...
- Jasne.
Zauważyłam znaczną różnicę w jego zachowaniu teraz, a jeszcze dziesięć minut temu. Jego szczęka ani plecy nie były już napięte, głos zrobił się bardziej opanowany. Pomimo to, zapowiadał się długi poranek.


- Cholera - wymamrotałam, potykając się już czwarty raz tego dnia. Co ciekawe, nie dochodziła nawet dwunasta.
- Po prostu je podwiń.
- To i tak nic nie daje.
- Jak tam chcesz, ja przynajmniej mam się z czego pośmiać.
- Nie mam nastroju do żartów - burknęłam.
- Może kawa na mieście poprawi ci humor?
- Nie lubię kawy, a przynajmniej nie na co dzień.
- Herbata?
- Hmm, mów dalej.
- Wiesz gdzie jest 'Wh@'?
Już miałam powiedzieć: 'Nie chcę nigdzie z tobą iść', ale uświadomiłam sobie, że pozwolił mi u siebie przenocować i starał się być cały czas miły, więc po prostu ugryzłam się w język.
- Mniej więcej.
- Dobra. Więc teraz pójdziesz do domu, ubierzesz się w coś, w czym się nie zabijesz, pójdziemy tam, a ty spróbujesz szerzej wytłumaczyć mi sytuację ze swoją mamą, zgoda?
- Ee...
- Ashley? - ponaglił mnie zniecierpliwiony.
- No dobra. Za 15 minut będę z powrotem.
- Okej.


***


- Nie było cię u Louisa. - Słowa, które usłyszałam od razu, gdy przekroczyłam próg domu.
Wypuściłam powietrze.
- Twój telefon dzwonił jakieś sto razy, aż w końcu Louis sam tu przyjechał.
Japierdolęjapierdolęjapierdolęjapierdolęęęęęę.
- I?
- Wiem też, że byłaś u Nialla.
- Co? - spytałam zdezorientowana, bo niby skąd miałaby to wiedzieć?
- Louis zadzwonił do niego spytać, czy przypadkiem cię tam nie poniosło.
- I... jesteś zła?
- Ujmę to tak: wiem, że jesteś młoda, niezdecydowana i nawet nie powinnaś taka być, ale cóż, chłopcy zaczynają się już za tobą oglądać, a ty zamiast robić złudną nadzieję dwójce, może trójce, powinnaś wreszcie się zdecydować, kogo naprawdę lubisz. Nie można mieć wszystkiego, można mieć albo jedno, albo drugie. I jeszcze raz powtórzę: niedługo kończysz siedemnaście lat i nawet nie powinnaś decydować o chłopakach, powinnaś zająć się nauką, ale teraz są wakacje, nie wiem.
Myślałam, że będzie zła o to, że spędziłam noc w innym miejscu niż jej powiedziałam, a ona tak po prostu... Ugh. I to był moment, w którym nie wytrzymałam. 
- Przestań tak mówić! Nie wiesz niczego, oceniasz książkę po okładce, a to przecież ty uczyłaś mnie tego, by tak nie robić! Louis i Harry to geje! Chciałaś? - Proszę. A z Niallem nienawidziliśmy się od pierwszego dnia, kiedy tylko się poznaliśmy! Co jeszcze? Często płaczę, a oprócz tego przechodziłam anoreksję. A teraz przepraszam, ale muszę się przebrać - powiedziałam ze łzami w oczach, kierując się w stronę swojego pokoju.

Niepewnie podeszłam do staruszki, kiedy podrzemywała w ogrodzie. Właśnie skończyłam się szykować.
- Hej - powiedziałam cicho, lecz babcia uchyliła oczy i na mnie spojrzała.
- Hej - odparła.
- Um, wiesz, obiecałam Niallowi, że pójdę z nim do kawiarni i... - urwałam, czekając aż domyśli się reszty.
- Idź.
- Dziękuję. 
- Tylko wróć zanim zapadnie zmrok.
- Obiecuję - krzyknęłam będąc już kilka metrów od niej.

***


- Wiesz co dokucza mi najbardziej? Fakt, że dowiedziałam się o tym od dziadków. Nie miała nawet czasu do mnie zadzwonić. Dzwoni tylko po to, by mnie opieprzyć. Nigdy więcej. Zostałam odrzucona przez ojca, zostałam odrzucona przez matkę... A, czekaj, ty nic nie wiesz... chyba.
- Nie wiem. Ale rozumiem.
- Wiesz, denerwuje mnie już fakt, że ciągle coś zatajasz - wyznałam.
- Po prostu przywyknij. Nie jestem typem człowieka, który się przed tobą otworzy. Choć moje poprzednie zdanie to już jakiś rodzaj otwartości, czyli chyba za dużo jak na jeden dzień.
Fuknęłam. Nie chciałam już tu siedzieć. Chciałam wracać do domu.
- Ja już dłużej nie zniosę zatajania wszystkiego, rozumiesz? Przez całe życie ktoś coś przede mną zatajał, dobra, może nikt niczego nie zatajał, jak miałam pięć lat, ale nie miałam pięciu lat wiecznie. I widzisz, do czego to doprowadziło? W praktyce nie mam taty, a mama... ugh - urwałam, wstałam z miejsca i miałam zamiar odejść, ale Niall też wstał, złapał mnie za przedramię i przyciągnął do siebie. Moja twarz wbiła się w jego klatkę piersiową. Zacisnął mocno ramiona na moich plecach, tak, że nie mogłabym się mu wymsknąć.
Dusiłam się tą nagłą bliskością, ale zarazem stała się ona wielkim haustem tlenu, jakiego zaczerpnęłam. Paradoks. Tego właśnie chciałeś mnie nauczyć, tatusiu? Jesteś z siebie dumny? Nic już nie wiem.
I co z tego, że dookoła byli ludzie. Osoby, które zapewne patrzyły. Miałam ich wszystkich w dupie. 
- Ashley, spokojnie. Usiądź jeszcze na chwilę.
Byłam naprawdę wściekła, miałam wrażenie, że zaraz zacznę w tym samym czasie krzyczeć i płakać, lecz mimo to usiadłam.
- Chodzi o to... Nie ważne jak bardzo bym się starał, ja po prostu nie potrafię się otworzyć przed niektórymi ludźmi. Nie umiem mówić o swoich uczuciach, może kiedyś dowiesz się dlaczego. Ale nie teraz. Nie obraź się teraz, ale musisz nauczyć się, że świat nie kręci się wyłącznie wokół ciebie, Ash.
- Wiem. To kłopoty się wkoło mnie kręcą.
- Weź wreszcie zaufaj ludziom.
- Tobie też? Przecież przez tyle lat mnie krzywdziłeś. Zaufanie nie przychodzi ot tak. - Pstryknęłam.
Nie odpowiedział.
Z uwagą wpatrzyłam się w dno filiżanki, bo nie miałam pojęcia, co teraz.
- Posłuchaj. Słuchasz?
- Mhm. - Oderwałam wzrok od naczynia, by móc przylepić go do jego twarzy.
- Odczuwasz tak, jak postrzegasz świat. Tak naprawdę twoje wyobrażenie jest wyolbrzymione. Wielu problemów już dawno się pozbyłaś, ale ciągle o nich myślisz i to cię obciąża. Nawet nie zauważyłaś, że wcale nie jest tak źle, że większość złego już za tobą. Ale jeśli chcesz zmienić swoje życie, musisz zmienić też myśli.
W tej chwili tylko na niego patrzyłam. Nigdy nie pomyślałabym, że ten chłopak może być tak inteligentny.
- Ashley? - Zamachał mi ręką przed oczyma, a wtedy zorientowałam się, że moje usta są uchylone a brwi ściągnięte. - Wracamy?
Potaknęłam.

***

Z początku szliśmy w ciszy, słuchając tylko tupotu naszych butów odbijających się od podłoża i aut, które tędy przejeżdżały. Spytałam go o telefon od Lou i rzeczywiście dzwonił, kiedy poszłam wziąć prysznic. I znów było cicho.
A potem ni stąd ni zowąd rzuciłam:
- Chciałabym móc zmienić przeszłość.
- Wiesz, nadal pamiętam dzień, kiedy się poznaliśmy - wyznał Niall, po dłuższej ciszy.


- Tatusiu, gdzie idziemy? - Spojrzałam w górę, by zobaczyć twarz mojego tatusia, który trzymał mnie za rączkę.
- Do baru, kochanie. Tam, gdzie jest w kąciku stoliczek, kredki. Usiądziesz tam i zaczekasz na mnie, dobrze? - Twarz rodzica rozjaśnił uśmiech, lecz coś było nie tak z jego oczami.
Pokiwałam energicznie głową, podekscytowana pomysłem malowania, a w mojej głowie pojawił się obraz dużego, żółtego i uśmiechniętego zajączka. Zaczęłam podskakiwać.
Przekroczyliśmy próg baru, znajdującego się zaledwie w następnej uliczce. Patrzyłam na stoliki, przy których siedziały rodziny i wesoło rozmawiały. Tatuś usiadł na bardzo wysokim krzesełku i zaczął mówić coś do pani w brzydkim fartuszku w czerwone paski.
- Jedno piwo i hm... Ashley, chcesz coś do jedzenia?
Pokręciłam głową.
- Do picia?
- Może być soczek pomarańczowyyyy!
- Piwo i sok pomarańczowy w kartoniku.
Skończyłam swój napój, po czym zaczęłam skakać po płytkach tak, aby nie nadepnąć na żadną linię.
- Ash, chodź do mnie. - Tatuś wyciągnął rączkę, więc podbiegłam do niego.
Jednak zaraz potem usłyszałam dzwoneczek, zawieszony na drzwiach. To znaczyło, że ktoś się pojawił. Zerknęłam w tamtą stronę.
- Bobby! - Usłyszałam tatusia.
Spojrzałam na wysokiego pana, który uścisnął dłoń mojego taty. Dopiero kilka chwil później zauważyłam kogoś, kto stał za nim.
- To jest Ashley, prawda? - spytał ten pan i pochylił się nade mną. - Poznaj Nialla. - Odwrócił się i wypchnął zza swoich pleców chłopca o brązowych włosach. Nic nie powiedział. Dziwny był ten chłopiec.
- Pójdźcie się pobawić. - Tatuś wskazał na stoliczek z kredkami, o których wcześniej wspominał.
Tak więc zostaliśmy tam zaprowadzeni i usadzeni na plastikowych krzesełkach.
Tatuś i pan odeszli do baru, a wtedy chłopiec do mnie podszedł.
- Nie lubię cię. - Wystawił mi język, a jego zęby były krzywe.
- Nie, to ja ciebie nie lubię! - Zatupałam, też wstając.
- Dziewczyny są głupieeeeeeee!
- Chłopaki są.. są... głupsiiiii!
- Spadaj!
- Idź się zbadaj! - Teraz to ja wytknęłam do niego język.
- Jesteś głupia!
- A ty brzydki!
- Wcale że nie!
- Wcale że tak!
- Dzieci, co się tutaj dzieje? - Ten straszny pan znowu się pojawił.
- Nic - zaseplenił Niall.
Wydęłam dolną wargę i zmrużyłam oczy.
- Niall, bądź grzeczny. - Pan pogroził mu palcem i odszedł.
Wtedy chłopak pociągnął za mojego warkoczyka, ściągając z niego różową kokardkę.
- To moje!
- Różowy to najbrzydsiejszy kolor!
Chciałam mu odpowiedzieć, ale obok mnie stanął tatuś.
- Idziemy, kochanie. Pożegnaj się z kolegą.
- On mi zabrał kokardę! - poskarżyłam się.
- Oh, Niall, proszę, oddaj mojej córce ozdobę, nie wolno tak robić. - Tata uśmiechnął się do niego.
Chłopak wyciągnął w moją stronę różowy przedmiot, a ja szybko mu go wyrwałam.
- Ashleeeey? - rzekł tata swoim tonem, którego zawsze używał, gdy czegoś chciał.
- Uh, cześć - powiedziałam najbardziej nieprzyjemnie jak potrafiłam.
- Cześć - odpowiedział tak samo.
Kiedy szłam za rękę z tatusiem i byłam pewna, że nie widzi, odwróciłam głowę w kierunku Nialla i zmarszczyłam nos w akcie złości.


- Byliśmy dziwnyyyyyymi dziećmi. - Wzdrygnęłam się na to wspomnienie.
- Coś jak 'nienawiść od pierwszego wejrzenia' - zażartował Niall, a ja się zaśmiałam, bo naprawdę czułam się komfortowo.
- Szkoda mówić. - Podrapał się po głowie.
- To śmieszne. Większość dzieci poznaje się w przedszkolu, szkole, na placu zabaw, a my, mimo, że mieszkaliśmy na jednej ulicy, spotkaliśmy się w pobliskim barze, gdzie nasi podpici już ojcowie przyszli się znów napić. Ciekawa historia - mruknęłam.
- Oj no weź, przynajmniej jest oryginalnie.
Zapadła cisza, kiedy skręciliśmy w naszą ulicę.
- Niall? - zapytałam niepewnie. To mnie korciło od jakiegoś czasu. Od chwili, gdy powiedział mi o postrzeganiu świata.
- Hm?
- Dziękuję ci za wszystko. A i... nie będę już wywlekała przeszłości. Co było to było. Dzisiaj to dzisiaj, wczorajszy dzień dawno przeminął. Ale muszę sobie wszystko poukładać, wiesz, wszystkie te problemy. Pozbyć się ich. Kiedy będę już gotowa, po prostu przyjdę.
- ...Okej.
A potem znaleźliśmy się pod moją furtką, więc podziękowałam mu za herbatę i po prostu weszłam do domu, po czym złapałam pamiętnik i rozsiadłam się wygodnie na podłodze. 

_____________________________________________________
Hej! Wieeeem, rozdziału strasznie długo nie było, choć w sumie miałam go połowę napisanego już dawno. Musiałam po prostu rozwinąć niektóre wątki i w zamian za długi czas oczekiwania rozdział też jest długawy. Po prostu końcówka półrocza, codziennie kartkówki, sprawdziany, nie nadążam eh, właśnie się wkurzam na zadanie domowe z polskiego dlatego postanowiłam zamiast niego skończyć rozdział ((tak, ja buntowniczka lmao)). Mam wrażenie, że coś pominęłam, ale naprawdę jestem już zmęczona i przepraszam, jeśli odarłam rozdział z 'magii' jeżeli to fanfiction w ogóle jakąkolwiek posiada. I dziękuję że to czytacie + DZIĘKUJĘ WAM BARDZO ZA POMOC W GŁOSOWANIU, BLOG ZAJĄŁ PIERWSZE MIEJSCE JAKO BLOG MIESIĄCA LISTOPAD! WOAH, JESZCZE RAZ WIELKIE DZIĘKI! UWIELBIAM WAS.

Jest jeszcze pewna kwestia. Niektóre osoby piszą, że fanfiction rzeczywiście podobne jest do tdb czy totgi i jeżeli macie takie odczucie, to przepraszam za to. Ogólną fabułę ułożyłam sobie, kiedy wpadłam na pomysł tego ff ((I NIESPODZIANKA, NIESPODZIANKA, PISZĘ JE JUŻ PRAWIE ROK CO JEST... WOW - tak po prostu, bo już sporo wytrwałam i to trochę taki mój osobisty sukces haha)) czyli coś na przełomie lutego i marca. Teenage Dirtbag i The One That Got Away przeczytałam w ubiegłe wakacje, w sierpniu i się zakochałam, ostatnio drugi raz to czytam i cóż, niektóre rzeczy mogą wydawać się podobne, lecz mój zamysł jest inny. A i nie mam zamiaru zmieniać planów co to #SIDff, więc będę pisała to, co sobie ułożyłam, więc jeżeli będzie przeszkadzało wam to, że coś może być podobne, to trudno. Na pewno jest to inna historia.

DZIĘKUJĘ, JEŻELI PRZECZYTALIŚCIE I DZIĘKUJĘ, ŻE W OGÓLE TO CZYTACIE. PRZEPRASZAM ZA WSZELKIE BŁĘDY I PRZEPRASZAM, JEŻELI WAS NIE ZACHWYCIŁAM TYM ROZDZIAŁEM, ALE UWAŻAM, ŻE JEST W SUMIE DOBRY. MIŁO BYŁOBY POZNAĆ WASZĄ OPINIĘ NA TEN TEMAT.